RSS
 

Notki z tagiem ‘związki’

Porozmawiajmy o atrakcyjności

04 sie

Mój kolega, Przemek, to podwójny rozwodnik. Dwa małżeństwa, dwoje dzieci. Nieuchronnie zbliża się do czterdziestki, mieszka z rodzicami i zarabia w dorywczej pracy. Życiowy przegrany, można by rzec.

A jednak, z pewnych przyczyn, to gość, któremu nie jeden, zaliczający się do normalnych facetów, może zazdrościć. Przemek, zawsze miał zapał do podrywania kobiet. ZAWSZE. Zawsze był okrągłym chłopcem, którym do najprzystojniejszych nie należał. Teraz, gruby, zarośnięty, śmierdzący potem i widać na nim nadmiar wypitego alkoholu. Ale od początku. Zawsze, kiedy mijaliśmy jakieś dziewczyny, jeszcze w latach wczesnego dzieciństwa. Z ust mojego druha padało coś na kształt: „cipki rude”. Był nieprzejednany. Kiedy nieco podrośliśmy i szliśmy razem w miasto, nie przepuszczał żadnej dziewoi. „Cześć”, „znasz Kaśkę jakąś tam” to tylko jedne z łagodniejszych tekstów. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Nie znałem magicznego słowa podryw. On znał. Nie wiem, czy to fart, czy statystyka, ale w wieku dziewiętnastu lat został ojcem. Kontakt nam się urwał, kiedy poszedłem na studia. Słyszałem, że życie go przerosło, ale nie uszało mnie to. Czasem, kiedy w wyczynach seksualno-towarzyskich, można powiedzieć ścigałem się sam ze sobą nachodziła mnie myśl, czy już osiągnąłem jego level, czy może jeszcze nie. A może poszedłem dalej? Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, dowiedziałem się, że jest po raz drugi żonaty.

Zderzyliśmy się ostatnio. Dwa rozwody na koncie. I, co najważniejsze, niekończący się apetyt na nowe dupy. Co prawda, teraz nie interesują go pojedyncze wsady, a raczej, jak to określa związki, ale wciąż ten sam chłopak. Pokazał mi fotki w telefonie dwóch swoich aktualnych wybranek. Trzydzieści dwa i dwadzieścia siedem lat. Nie jakieś kaszaloty, ale całkiem dobre dupy. Jak je wyrwał, nie mam pojęcia. Co ciekawe wie, która z koleżnek się rozwiodła, albo jest sama cały czas. Facet jest po prostu, niczym szalony naukowiec pracujący nad niezrozumiałą formułą. Biorąc pod uwagę, że to purchawa nasączona piwem, nasuwa się pytanie. Jak w świecie zdominowanym przez lifestylowe programy, gdzie na topie są wyepilowani solarmeni, ciągle rucha polska wersja Rona Jeremy`ego.

Ja sądzę, że pod powłoczką medialnego bełkociku o trendach w modzie i kosmetyce, w realnym świecie żyją prawdziwe, które chcą po prostu chłopa. A wszystkie porady i tipy odnośnie sztuczek w alkowie nijak się mają do tradycyjnego, swojskiego, dobrego rypania. Jak u Fredry.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozwódki vs stare panny

09 maj

Blogerka Moonczita poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

- singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

- singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

- stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak, tak droga Moonczito, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Moonczita porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

- prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Czy możemy zdobyć czyjeś serce?

24 lut

Paląc papierosa, w całkiem miłej knajpce, patrzyłem na otaczające mnie pary. Pod oknem, para w średnim wieku. Farbowana brunetka, szczupła, której twarz zdradzała nadmiar wypalonych papierosów i dobrze ubrany facet, pewnie jakiś handlowiec. Obok, kilkoro nastolatków, dziewczyny wdzięczące się do chłopaków w śmiesznych czapeczkach. Nie m bardziej skomplikowanej gry, niż gra towarzyska. Żadna gra, nie jest tak ekscytująca, w żadnej, innej grze wygrana nie ma tak słodkiego smaku, a porażka nie daje o sobie zapomnieć, długo, po samym fakcie zaistnienia. Gdziekolwiek nie spojrzymy roi się ludzi, którzy są z kimś, byli z kimś, albo zamierzają być.

Niedawno były Walentynki. Święto zakochanych. Podobno najpopularniejszym podarunkiem były serca, w najróżniejszych postaciach. Łatwo dać komuś pudełko pomadek, ale czy tak łatwo sięgnąć po serce, to w środku?

Zawsze nurtowało mnie jedno zagadnienie. Co jest przejawem większych uczuć: bycie razem przez kilkadziesiąt lat, czy krótki, namiętny i płomienny romans. Obie formy bycia ze sobą mają dobre i złe strony. Obie mają zwolenników. Pytanie, kto ma rację.

Weźmy za przykład małżeństwo. Staż kilkudziesięcioletni. Typowy cebulowy rodak i typowa, cebulowa rodaczka. Mniej więcej dziesięć lat po ślubie seks i zmysłowość, o ile jakąś posiadali odstawili na półkę. Pozostało im wychowanie dwójki dzieci, remonty w mieszkaniu, odkładanie na wakacje nad morzem. Między czasie przeszli takie przygody jak krótkie pobyty w szpitalu, utrata pracy, kłopoty wychowawcze z dziećmi. Jednak cały czas byli razem. Dziś, kiedy kładą się wieczorem spać, jedno chrapie, drugie poprykuje przez sen. Jednak zawsze, w rozmowach określają siebie mianem „mój”, „moja”.

Kolejna para. Młodzi ludzie po dwudziestce. Przyjmijmy wariant studentów, mieszkających w akademiku. Poznają się na imprezie studenckiej. Coś iskrzy. Mija kilka dni, lądują w łóżku. Są mega kompatybilni. Nie wychodzą z łóżka. Ich ciała i zmysły wydają się nadawać na tych samych falach. W przypływie namiętności, przekraczają coraz więcej barier w sferze seksu, ale również w sferze uczuć. Taki stan trwa kilka miesięcy. Odkrywają, że mimo fantastycznego seksu i szczerego oddania, na dłuższą metę, nie potrafią być ze sobą. Kolejne kilka miesięcy i powoli, ich znajomość umiera śmiercią naturalną. Za kilka lat każde z nich wejdzie w poważny związek, jednak zawsze, każde z nich będzie pielęgnować tę cząstkę serca, którą kiedyś zdobyło.

To tylko dwa skrajne przykłady. Pomiędzy nimi jest całą masa innych. Typowe seks-układy, związki z rozsądku, związki-pomyłki, romantyczne relacje, etc etc.

Kiedy następuje moment, zdobycia serca, czyjegoś serca, kiedy nasze serce ktoś zdobywa? Po udanej nocy? Po wspólnym dramacie? Po narodzinach dziecka? A może w ogóle nie można zdobyć serca, bo to najbardziej egoistyczny organ (no, może poza dwoma innymi). A nasze związki, to tylko kwestia przyzwyczajenia i seksu?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Na co komu Grey?

12 lut

W kinach pojawia się kolejna część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Już widzę ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które czują, że coś, mężowie nie patrzą na nie tak łakomym okiem, jak dawniej.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam, zapomniałem, minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu, to sfera, gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy, za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety, to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza. Kiedyś, przy drinku, stwierdziła, że nie jest pewna, czy ten związek ma przyszłość.

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu, znalazłem się w odpowiedniej chwili, w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych Walentynek dla wszystkich.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Double BDSM cz. 2

09 lut

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, jednak mi umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria na wydziale. Popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasze znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. W ostatnich miesiącach, na uczelni, wciąż miałem dużo pracy. Upominały się zaległości z poprzednich semestrów. Kiedy po raz któryś z kolei błąkałem się po wydziale, znów ujrzałem Ankę. Zastanawiałem się, u kogo się broni i co takiego się stało, że się nie obroniła w terminie, raczej była sumienną studentką. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem, nie złorzeczyłem, gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem, co mnie opętało. Poczułem złość, na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Nie minęło czterdzieści minut, a już byłem na mieszkaniówce, nowej. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co, za ile. Wcześniej, ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę, to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi, niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta, tak się przedstawiły. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta, odświeżyć poszła się Basia.

- Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

- No, odwróć się, zaczynamy działać. Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

- No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

- No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

- Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujżdzała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

- Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

- Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego uczucia do Anki. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

- Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko, czułem się wybrakowany.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Double BDSM

01 lut

Jak to się stało. Złamałem dane sobie słowo. Kiedy jechałem na Wielkanocne Święta do domu, obiecałem sobie, że z tym koniec. Koniec z moją przygodą. Koniec z pewnym zachowaniem. Jeszcze kilka dni temu. Nieco ponad tydzień. Uznałem, po raz kolejny, że na chwilę obecną wystarczy mi doznań. Że trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadała. Kto wie. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. A teraz? Idę szarym miastem. Moje ręce dotykają spodni, sztruks zdaje się parzyć moje opuszki. Mijani ludzie, przybierają dziwne rozmazane kształty. Co się stało? A może, jak to się stało? Wracam od dziwki. Starając ominąć wyszczerbione, chodnikowe płytki, powoli rekonstruuję wydarzenia.

Wszystko zaczęło się od Ani. Rok wcześniej. A może jeszcze wcześnej. Ania spowodowała moje uczucia. Na skutek uczuć, podjąłem działanie. Działanie przyniosło nowe uczucia, a owe uczucia nowe działanie. Łańcuch zdarzeń. Ankę znałem z widzenia od pierwszego roku. Nie wiem, czy właściwym stwierdzeniem było, że wpadła mi w oko, ale coś jednak przykuło moją uwagę. Blondynka, duże cycki, w porównaniu, z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Z pewnością, nie była podręcznikowym przykładem atrakcyjnej dziewczyny. Jednak, pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. A poznałem ją dopiero na czwartym roku. A raczej na powtórce czwartego roku, ponieważ pojawiło się tyle do zrobienia, że uczelnia spadła na ostatnią pozycje, za co mi odpłacono, nie dopuszczając do dwóch egzaminów. Wiosna, początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Kiedy zobaczyłem Ankę w tramwaju, podszedłem, uśmiechnąłem się, i tak oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który burdelowo, z całym swoim kolorytem doznań przykryło i nie dopuściło na światło dzienne. Sprawiała wrażenie idealnej kandydatki na żonę. Patrząc na nią, miałem jeden scenariusz – ślub. Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku Dagny. Tam ślub, wydawał się częścią wielkiej, romantycznej przygody. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem matkę moich dzieci. Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Seks oralny, seks analny, spuszczenie w usta, połykająca dziewczyna, między cycki, rimming, robótki ręczne, niemal każda pozycja. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią. Nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w moich pozalekcyjnych zajęciach, że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie. Jest tylko jedno ale. Prędzej, czy później, żądza zawsze zwycięży. Podstawowe prawo burdelowa, związków, w ogóle wszechświata. Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem toaletę i jednocześnie, rzucałem okiem na odtwarzane filmiki w moim laptopie. Sam nie wiem kiedy, ale włączył się trailer filmu. Kilka sekund. Prawie hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, poddaj się”. Byłem sam w mieszkaniu, zrobiło się dziwnie. Mimo pełnej świadomości, że to tekst z filmu, że właśnie leci trailer. Odniosłem wrażenie, że te słowa są kierowane do mnie. I nie pochodzą od aktora wygłaszającego kwestię filmową. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, nie przestałem posuwać n boku. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co, idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się”.

Po dwóch tygodniach, przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo, Ja i one

 

Gdzie ci faceci

15 lis

- z dziewczyn, w dziale, to tylko Edytę można by było zapiąć. Tak, żeby można się było pochwalić, czy coś.

- no tak, jest po trzydziestce, ma dziecko, ale pupa niezła i figura fiu fiu.

- jest jeszcze Beata, ale przy niej mógłby nie stanąć (śmiech) i Agnieszka, ale one z kolei jest dziwna.

- popierdolona, nie dziwna.

- no tak.

Pozwoliłem sobie przytoczyć fragment rozmowy moich kolegów z pracy. To nie szczyle, po dwudziestce, ale wszyscy w okolicy trzydziestki. Oczywiście, każdy z nich ma wiedzę specjalistyczną, w zakresie kontaktu z dziewczynami i seksu. To, co mnie zniesmaczyło, to fakt seksu, dla pochwalenia się. Jak najbardziej, pamiętam czasy szkoły średniej, magiczną granicę zrobienia „TEGO”. Wtedy każdy się chwalił, żeby było ciekawiej, to były kłamstwa albo bardzo naciągana rzeczywistość. Taka mała dygresja: kolega z klasy każdą dziewczynę, z którą się całował uważał za zdobytą i zaliczoną. No cóż, prawa szkoły średniej. W późniejszych latach, zjawisko to osłabło.

Czy tylko ja widzę tu pułapkę, którzy faceci zastawiają sami na siebie?

Jeśli przysłowiowy Jasio zaliczy Kasię i pochwali się Józiowi, Stasiowi i Krzysiowi, to wszyscy uderzą do Kasi. Ich zaloty będą miały jeden akcent: „dałaś Jasiowi, nadstaw i nam”. Bez względu, czy Kasia da każdemu z nich, czy nie, będzie miała przypiętą etykietę szmaty, kurwy, puszczalskiej. To, co zrobi Kasia, żeby nie wyjść na ladacznicę? Nie da nikomu. A co zrobią inne dziewczyny? Zobaczą na los koleżanki i tak zacisną nogi, ze długo, żaden nie tylko fiut, ale i palec się tam nie wciśnie. Jedno głupie zdanie do kolegów i bęc! Poruchane w tym odcinku.

Nie wiem, czy to efekt dyktatury ekshibicjonizmu, czy zawsze tak było? Facet poznaje kobietę, idą do łóżka. Okazuje się, że orgazm nie jest ostatnim elementem gry. Ostatni element, to opowiadanie kolegom z tryumfalnym uśmiechem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że kobiety też lubią rozmowy o seksie i poruszają ten temat sto razy częściej od facetów. To jednak jest inny rodzaj rozmów, mniej w nim prymitywizmu.

Śmieszy mnie poza niektórych konserwatystów, ale w tym miejscu muszę westchnąć: „gdzie ci faceci?” Gdzie faceci z klasą, którzy patrzą na seks z perspektywy człowieka rozumnego, który wie, że to manewry towarzysko – seksualne, to nie jest wojna, ani konkurencja sportowa. To gra do jednej bramki. Zarówno my, faceci, jak i kobiety, gramy do jednej bramki. Czasem gramy o jedną noc, czasem o przygodę na kila tygodni, a czasem o długi związek. Cała sztuka, to znaleźć osobę, która będzie szukała w danej chwili tego, co my.

Kolejna rzecz, to dlaczego chcemy seksu z kobietą?

Ja uważam, że nie ma nic w tym wszechświecie porównywalnego, do dwóch ciał, które dostarczają sobie maksimum przyjemności. To zjawisko tak intensywne i magiczne, że nic nie jest w stanie tego przebić. To jest cel sam w sobie. Naruszenie czyjejś prywatności, pochwaleniem się, tym, co przeżyliśmy, jest nie tylko nietaktem, ale też pewną profanacja tego, co przeżyliśmy. Jeśli ktoś chce seksu, żeby się pochwalić, to ewidentnie coś jest nie tak. I nie przesadzam, potrzebna jest pomoc specjalisty z zakresu psychologii bądź seksuologii. Jeżeli, tak, jak w przypadku mojego znajomego z pracy, taką postawę prezentuje osobnik żonaty, to jaki wyłania się obraz jego małżeństwa, obraz nędzy i rozpaczy.

No tak drogie panie, wychodzi na to, że macie do wyboru:

- festynowego ogiera, który po mniej lub bardziej upojnej nocy pokaże was kolegom i zarechocze: „no, co stary, miałem ją”

- desperata, który, jeszcze dobrze nie wyjmie ręki z waszych majtek, a już zaprowadzi was przed ołtarz, domagając się dozgonnej wierności

- albo przestraszoną cipę, która nigdy do was nie podejdzie, bo w głowie wytworzy setki wymówek.

Ehhh, gdzie ci faceci.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

O uczuciach ciąg dalszy

25 paź

 - A może to nie tak. Może źle na to patrzycie. Albo traktujecie kobietę jak szmatę albo pałacie romantyczną miłością. A to nie tak.  – Głos zabrał Adam. – Kto go tu w ogóle zaprosił? – Przemknęło mi przez głowę. Lubiłem Adama. Mimo, że pochodziliśmy z dwóch różnych światów, to szanowałem go za intelekt i twardy charakter. Byłem zdziwiony jego obecnością, bo po prostu nie pasował do tej zgrai i raczej nie bywał na takich posiedzeniach. Takich, czyli pijackich, gdzie z oparów piwa i wódki wyłaniał się nasz prymitywizm.

- Miłość, to nie jest magiczne „coś”, to ciężka robota. Nie ma sytuacji, gdzie ktoś jest ci pisany przez los, przeznaczenie, czy cokolwiek innego. – Zaczynał. Odkąd poznałem Adama, zawsze podziwiałem u niego ewangelizacyjny zapał. Kiedy rozpoczynał swoje przemówienia, było w tym coś z dobrego kazania. Nie chodziło o tani chwyt retoryczny. To nie była chęć zabłyśnięcia kąśliwą uwagą, czy błyskotliwym tekstem. To była przemowa, wygłaszana z przekonaniem, z wiarą mówiącego, że oto, objawia prawdę. Nie było tu agresji, nutki szaleństwa, był przekaz. Szczery przekaz. Tak. Niewątpliwie Adam nadawał się na kaznodzieję.

- Poznajesz dziewczynę. Poznajecie się nawzajem, spotykacie się, chodzicie ze sobą, znajomość przeradza się w związek. I to wspólne wzloty i upadki umacniają wieź, tworzą miłość. Cementują na dobre i na złe.

- Ale, to takie gadanie, albo się zakochujesz albo nie. – Kapitan Planeta, lubiący lekkie dragi, romantyk próbował przeforsować swoją filozofię towarzyską.

- Zakochać możesz się zawsze. – Adam był jednak nieugięty. Zmiażdżył oponenta, zanim  tamten zdążył wystawić na retoryczny ring pierwsze argumenty. – To normalne, że ktoś się nam podoba, że kogoś pożądamy, że kogoś lubimy lub wręcz jesteśmy kimś zauroczeni, czy w kimś zakochani. Ale to nie jest miłość. Namiętność odchodzi, ale osoba zostaje. I co wtedy? Rozwód? Rozstanie? Tylko dojrzałe uczucie pozwoli dostrzec w drugiej połowie piękno ponadczasowe.

- A tam, pierdolisz. – To była licha obrona Miszy, przed płomiennym wystąpieniem. Znałem go zbyt długo. Wiedziałem, że taki tekst był oznaką intelektualnej bezradności i chęcią ukrycia tego, że nie ma kontrargumentów.

Wkrótce otwarte zostały kolejne piwa. Niedawna dyskusja został zepchnięta na boczny tor. Pojawiły się nowe tematy. Opary alkoholu zaczęły gęstnieć.

Wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. Sam chciałem rozwiązać zagadkę albo raczej sklasyfikować, to, co nazywamy relacjami z kobietami. Co to jest miłość? Co to jest namiętność? Czy niezobowiązujący seks, zawsze niczym nie zobowiązuje?

Pytań było dużo. Rozwiązaniem było doświadczenie i wnioski. Z ochotą oddałem się towarzyskim manewrom, żeby pewnego dnia usiąść z lampką wina i stwierdzić: „Świat uczuć i doznań, nie ma przede mną tajemnic.” Czy to był młodzieńczy idiotyzm, czy stawałem się prorokiem własnej religii?

W przeciwieństwie do moich znajomych, ja miałem, niczym mickiewiczowski mędrzec, swoje szkiełko i oko. Burdelowo było szkiełkiem i okiem. Dzięki temu, że penetrowałem ten świat, stałem się chłodniejszy emocjonalnie, to pozwalało mi, niczym naukowcowi w laboratorium, zabrać się do swoich pokręconych badań.

Moje plany zakładały eksploracje i celebrację, tego cudownego świata, świata kobiet, emocji i doznań. Miałem też nadzieję przeprowadzić choć jedną deflorację, czego niestety nie dokonałem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli