RSS
 

Notki z tagiem ‘wspomnienia’

Kaja i jej koleżanka

08 lis

Powoli podnoszę się z łóżka. Uczucie ciężkości w głowie, nakazuje ponowne położenie się na wygniecionym wyrku. Wiem, że to nic nie da. Siłą woli trzeba wstać. Patrzę na swój pokój. Butelki, kartony po sokach o smaku jabłko-brzoskwinia. Było grubo. Na tekturowym talerzyku leżą nieco już przywiędłe ogórki konserwowe z pobliskiego dyskontu. Siadam przy stole. Palcem dociskam żółte okruszki po chipsach, które zostały na arcorocowym talerzu. Podnoszę palec do ust. Słony, chemiczny smak chipsa ożywia moje zmysły. Przełykam ślinę. Boli. Jednak nie pomogło. Wczoraj, siadając do pierwszej flaszki z Kapitanem, miałem nadzieję, że przepłukanie gardła czystą, pomoże. Jednak nie pomogło. No właśnie, co z Kapitanem? Idę do pokoju Miszy. Na łóżku Miszy leży rozścielony koc, na nim leży Kapitan, przykryty beżową narzutą. Usłyszał mnie i odwrócił się, patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

- Nie dam rady się podnieść, niezła banioszka była.

- Leż chłopaku, leż. – Wierzę, że zaniemógł, niech leży. Wracam do siebie. Patrzę w okno. Słońca gdzieś zniknęło, tylko chmury i kołysane zimnym wiatrem gałęzie, które o tej porze roku bardziej przypominają kikuty. Znów omiatam wzrokiem stół, pożoga wojenna. Co robić? Jestem zbyt słaby, żeby cokolwiek podziałać twórczego. Często, po takich właśnie imprezach, miewam coś w rodzaju wyrzutu. No przecież przez to, że wczoraj zachlałem, dziś zmarnuję więcej niż połowę dnia. Nigdy więcej. A z drugiej strony, czym niby mam wypełnić ten dzień? Zawsze w takich sytuacjach staje mi przed oczami Kubex. Jego współlokatorzy twierdzą, że można dzięki niemu regulować zegarki. O trzeciej zamykają klub. Trzecia trzydzieści Kubex jest na mieszkaniu. Być może ten fakt nie zostałby odnotowany przez jego współlokatorów, ale obecność tego zwyrola obwieszcza puszczany niemal na cały regulator Benny Bennassi. Spać idzie o czwartej, a o ósmej już jest na zajęciach. Facet jest nie do zdarcia.

    Dłonią przeczesuję włosy. Jeszcze raz rozglądam się po pokoju. Czuję lekki ucisk w podbrzuszu. Reakcje biochemiczne w moim organizmie przekształcają się w impuls, który moja świadomość przechwytuje, niczym sygnał od obcych. Już wiem, co zrobię. Idę do toalety, opuszczam gatki i biorę do ręki fiuta. Zaczynam powoli poruszać ręką. Kutas, jakby na to czekał, staje na baczność. Muszę się zbrandzlować…

(dwa tygodnie wcześniej)

Strona dostarczyła nowych ogłoszeń. Z zainteresowaniem śledziłem nowinki i opinie Szwagrów. Szczupła dziewczyna, fotka umiejętnie zrobiona, prezentowała zarys szczupłej figury. Co ciekawe, tylko zarys figury na ciemnym tle. Postanowiłem odwiedzić ją. Kiedyś, przy okazji. Według relacji Szwagrów, przyjmuje niedaleko mojego wydziału. W trakcie przerwy zadzwoniłem. Istotnie, diva o pseudonimie Kaja, przyjmowała niedaleko.

    Po zajęciach, niezdarnie próbowałem walczyć z ziemnym wiatrem. Zawsze tak jest. Co roku. Nie potrafię dobrać odzieży do pogody. Moja kurtka jest albo za cienka albo za gruba. Teraz była za cienka. W dodatku, nie miałem czapki, walczyłem jak mogłem. Pochylony, z głową do przodu parłem na przód, starałem się przebić głową niewidzialne, wietrzne ściany. Moja ręka powędrowała do kieszenie, musiałem sięgnąć po chusteczkę, bo zacząłem coraz częściej i głośniej pociągać nosem. Kiedy zwolniłem kroku, żeby móc skorzystać w końcu z chusteczki, dostrzegłem dziewczynę idącą w moją stronę. Również zwolniła i wyciągnęła chusteczkę. Okazało się, że w smarkaniu jesteśmy w stu procentach kompatybilni. Zauważyliśmy to oboje, nasze spojrzenia spotkały się. W naszych oczach zagościły iskierki uśmiechu. Trwało to może trzy sekundy. Minęliśmy się, każde z nas poszło w swoją stronę. Udało mi się dotrzeć do tunelu. Korzystając z chwilowej ciszy i braku przenikającego wiatru, ponownie zadzwoniłem do divy. Mogłem bez problemu przyjść. Blok, gdzie miała swoją pracownię był trzysta metrów dalej. Postawiłem kołnierz kurtki, choć i tak wiedziałem, że nie ma szans, aby ochronił mnie przed zimnem, wyszedłem z tunelu i poszedłem dalej. Przeciąłem plac zabaw i wszedłem między bloki. Szedłem wzdłuż bezbarwnego teraz żywopłotu i za chwilę zobaczyłem numer na bloku. Metaliczny brzęczek domofonu, odliczenie kasy, jeszcze na klatce i szybka wspinaczka na drugie piętro.

    W ciemnym przedpokoju, który oświetlony był tylko światłem docierającym z okien dwóch pokoi, bo bokach, przywitały mnie dwie młode divy. Pierwsza, z delikatnym nadmiarem kilogramów, w żółtej bluzeczce i dresach, chyba granatowych, była ładna. Ciemne włosy, sympatyczny uśmiech, taki szczery. Druga, była divą ze zdjęcia, poznałem po figurze. Kaja. Szczupła, wiotka, o brązowych oczach, stała tylko w bieliźnie. Fioletowy stanik, i różowe figi. To dziwne połączenie tworzyło pewien wabik. W Kai nie widziałem niczego szczerego, jej uśmiech był sztuczny, podobnie, jak całą ona. Twarz, pod makijażem, skóra, szczelnie pokryta opalenizną, zapewne z solarium, które minąłem po drodze tutaj. Trudno określić, rodzaj jej atrakcyjności. Z pewnością, daleko jej było do czarującej, zmysłowej, czy uroczej. Emanowała wulgarnością. Była tym typem dziwki, której obraz, najczęściej pojawia się w zbiorowej wyobraźni, gdy słyszymy słowo „dziwka”, „prostytutka”. Żeby było ciekawiej, to istotnie działało. Przynajmniej na mnie.

CDN

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ostatnia odsłona początku cz. 2

12 paź

Iwa, to nie jest taka zwyczajna kobieta, a może właśnie to kobieta, która w stu procentach jest świadoma swego kobiecego arsenału. Kiedy spojrzeć na Iwę, można ujrzeć farbowaną blondynkę z kilogramowym makijażem. Szerokie biodra czynią z niej „dupiastą blondynę z ekonomii”, tak jest nazywana na wydziale. To jest tylko powierzchnia, pod nią czai się prawdziwa lisica. Iwcia, jak sama opowiadała, ma dobry kontakt ze swoją babcią i, jak przypuszczam, to właśnie babcia wpłynęła na ukształtowanie Iwy. Jeśli przyjrzymy się zachowaniu tej dupiastej blondyny, to niczym panienka z dobrego domu przeniesionego z dwudziestolecia. Zawsze nieco nieśmiała, zawsze nieco spłoszona, swoją postawą ujęła część profesorstwa. Za tym nieśmiałym dziewczęciem kryła się zdeterminowana kobieta sukcesu, która miała jasno określone cele, a wszystko napotkane po drodze albo pomagało w osiągnięciu celu, albo było zbędne. Oczywiście, nie samym kobiecym arsenałem Iwcia dążyła do celu, kobiecy arsenał, to coś, co pomagało, ale Iwa była przede wszystkim pracowita. Zawsze ją za to szanowałem, bo ja sam nie potrafiłem wykrzesać z siebie nawet promila tej pracowitości. Podobnie było w tej chwili. Wszyscy nie potrafili ukryć swojego wisielczego nastroju, dodatkową godziną wykładu. Twarz Iwy wyraża takie samo uwielbienie, jak na każdych zajęciach. Perfekcyjna aktoreczka.

         Zaczynają się wykłady. Głos profesor Danuty rozbrzmiewa w sali. Siedzimy i słuchamy. Patrzę na okno, za nim, gałązka z kilkoma listkami figluje z wiatrem. Patrzę na zegarek, minęło trzy minuty. Dosłownie trzy minuty, a myślałem, że chociaż kwadrans. Czas, to oszukańczy skurczybyk. Staram się słuchać pani profesor. Może to w jakiś sposób wpłynie na postrzeganie czasu. Niestety meandry nauk ekonomicznych same z siebie zbyt ciekawe nie są, a psorka do wziętych retorów nie należy. Sam nie wiem, kiedy odpłynąłem. Popatrzyłem na Iwcię, Iwcia na mnie. Pojawiła się myśl, wspomnienia. Zupełnie jakby mój mózg, w trosce, abym nie zanudził się totalnie, podsunął mi barwne wspomnienia tego, co było, tego, co doświadczyłem, doznałem. Odpłynąłem. Zamiast notować, co wartościowsze słowa psorki, zacząłem pisać listę. Gdy skończyłem, spojrzałem – nieźle, ale mogłoby być lepiej. Errol Flyyn, siedząc kiedyś w restauracji z przyjacielem, spoglądając na przechodzące kobiety, zapłakał. Zapytany o powód płaczu miał odpowiedzieć: „nigdy nie będę miał mich wszystkich”. Tak, moja lista, mogła napawać dumą, mogła być powodem wstydu, mogła być powodem zazdrości lub współczucia, mogła przywołać wspomnienia powodujące erekcję, w końcu, mogło jej w ogóle nie być. A przede wszystkim mogła być znacznie dłuższa. Gra nigdy się nie kończy, zawsze chce się więcej.

         Po wykładzie, który jakimś cudem, z trzema przerwami na kawę, minął, odprowadziłem Iwę na przystanek. Na rynku pojawiał się nowa sieć komórkowa, która swoją ofertą znokautowała konkurencję. Iwa była bardzo zainteresowana i do odjazdu jej autobusu rozmawialiśmy o ofertach, technice i ekonomii. Nowa sieć nie miała jeszcze rozwiniętych salonów dlatego Iwa, zamiast na tramwaj, czekała na autobus. Nasza rozmowa przeplatana z flirtem i podszczypywaniem, była przyjemnym spędzeniem czasu. Spojrzałem na Iwe. Gdybyśmy się kiedyś pobrali, to nasze dzieci usłyszałby sztampową bajkę, jak to mamusia i tatuś poznali się na uczelni. Tak było rzeczywiście, poznaliśmy się na schodach, Iwa szukała sali, ja grupy. Na pierwsze spotkanie dotarliśmy razem. I tak nasza znajomość się rozwijała. Iwa w końcu wsiadła do autobusu.

         Ruszyłem przed siebie. W głowie miałem dwa bieguny myśli: może tak, może nie. Sam nie wiedziałem, co zrobić. Znalazłem jakiś spleśniały numer, pewnie nieaktualny – pomyślałem. Zdzwoniłem. Jednak numer był aktualny. Głos, który mógłby należeć do którejkolwiek kobiety na świecie poinformował mnie, co i za ile. Dowiedziałem się wszystkiego, wsiadłem do tramwaju, skasowałem bilet i gapiąc się na mijane drzewa, sunąłem do przodu. Dotarłem na docelowy przystanek, zacząłem rozglądać się za nazwą ulicy, którą usłyszałem w telefonie. Tak, dla sportu, przecież nie jest powiedziane, że muszę szukać akurat tego bloku. Jeszcze nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem w osiedle i wtedy sobie przypomniałem, to właśnie tu, rok temu, wulgarna kurwa sponiewierała mojego druha i odstraszyła mnie na rok. No dobrze, to z pewnością tu, ale nie jest powiedziane, że to ten sam adres, przez rok dużo mogło się zmienić – pocieszałem sam siebie. Kiedy wchodziłem do klatki, byłem pewien, to ten sam adres. Trudno, teraz już nie ma odwrotu, jeśli zobaczę tę samą rurę, to zrezygnuję, przez rok na ekonomii coś w końcu wiedziałem o prawach konsumenta.

Otworzyła kobieta, która mogła być w moim wieku. Może kilka lat starsza, trudno określić. Młoda, szczupła, o nieokreślonej urodzie, raczej ładna. Zaprosiła mnie do pokoju. Wręczyłem jej pieniądze. Chwilę popatrzyłem na nią i poszedłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, łóżko było zaścielone prześcieradłem, diva poszła się opłukać. Kiedy wróciła po kilku minutach, owinięta bordowym ręcznikiem, przyjrzałem się jej bardziej. Ciemna blondynka o przeciętnej twarzy, szczupła, zgrabna o niewielkich piersiach. Oboje położyliśmy się na łóżku, moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej ciele, w sposób prosty, samczy, prymitywny. Piersi, brzuch, uda, ręka sięgnęła miedzy uda. Przesunąłem dłonią po jej wzgórku. Wygolone łono zdawało się obiecywać mającą niedługo nadejść rozkosz. Diva, początkowo bierna, zaczeła gładzić mnie po udzie. Rytmicznie, z mechaniczną systematycznością. Kiedy na moment przerwałem jej dotykanie. Podniosła się, usiadła na kolanach, w okolicach mojego krocza i pochyliła się. Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Jej usta objęły mój stojący organ. Przyjemne uczucie otulało mnie jak najdroższa pościel. Spojrzałem na nią, jej głowa unosiła się i opadała, spokojnie, miarowo. Uznała że to już. Założyła prezerwatywę i mnie dosiadła. Góra – dół, góra dół, nic się nie odzywałem, delektowałem się jej ujeżdżaniem. Jedną dłoń położyłem jej na udzie, drugą ścisnąłem pierś. Patrzyłem na jej twarz, bez żadnych emocji, pełen profesjonalizm. W końcu obie dłonie wylądowały na jej pośladkach. Przyspieszyła. Zaproponowałem zmianę pozycji. Ułożyła się na boku, a ja w nią wszedłem. Poruszając się powoli, napawałem  się jej ciałem. Skończyłem od tyłu. Runda druga, zaczęła się klasycznie, skończyliśmy na jeźdźca. Po wszystkim, usiedliśmy na łóżku. Powiedziała, że od dwóch lat jest w zawodzie, od pół roku w mieście. Nieco mi poopowiadała o swojej profesji.

- Każda dziewczyna (czyt. prostytutka) woli starszych. Można troszkę porozmawiać, poprzytulać się i zawsze lepiej zapłacą. Nie wymęczą tak dziewczyny, jak młodzi. Młodzi, zazwyczaj mają mało kasy, a chcieliby najlepiej od razu na pięć godzin brać dziewczynę.

Powiedziała mi o Stronie i Forum. Słuchałem z zainteresowaniem. Nie zdziw się, jak rozpoznasz tam którąś z koleżanek. – Zaśmiała się. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Czas minął.

Wieczorem, z głośnika leciały dźwięki najnowszej piosenki Nelly Furtado, a ja niemal zahipnotyzowany, przesuwałem pasek na stronie www. Patrzyłem na profile, zdjęcia, opisy, ceny, telefony kontaktowe. Następnie Forum. Wszystko przyprawiło mnie o ucisk w żołądku, z podniecenia. Oto patrzyłem na nowy szlak, krainę wprost przepełnioną doznaniami. Uzmysłowiłem sobie, że patrzę na możliwość realizacji chyba każdej zachcianki. Wtedy byłem przekonany, że stoję u progu cudownej krainy, młodzieńcza naiwność, zdawała się tak udekorować ten mikrokosmos, że nie zauważyłem bardzo istotnej rzeczy. Za tymi wszystkimi obrazkami, obietnicami, które patrzyły na mnie z monitora i które w dużej mierze sam sobie wykreowałem, była otchłań, otchłań ziejąca pustką. Tamtego wieczoru spojrzałem właśnie w tę otchłań, a ona spojrzała na mnie. Moja naiwność zaślepiła mnie na tyle, że patrzyłem na tę otchłań i jej nie dostrzegłem, ja za to nie umknąłem jej uwadze.

Przestałem być debiutantem, tamtego wieczoru wstąpiłem do grona Szwagrów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ostatnia odsłona początku

10 paź

Wydarzenia letnich miesięcy, eskapady po ulicach obcego miasta, w pewien sposób nasyciły mnie. Przestałem odczuwać głód nowych doznań i czegoś nowego. Po powrocie do siebie, kilka tygodni później odwiedziłem divę, która zmasakrowała mojego fiuta czytaj . Przez kilka dni oglądałem poharatanego ptaka. To było za dużo. Zdecydowanie poczułem przesyt tymi wszystkimi doświadczeniami. Trzeba przysiąść, przystopować, dać na luz. Bilans i tak nie wyglądał źle. Na tle innych dwudziestolatków mogłem się poszczycić całkiem sporą listą pokręconych przeżyć. O! I właśnie ta refleksja popchnęła mnie do dalszych przemyśleń. Przecież chciałem normalnej relacji, zakochania, uczucia. Wciąż zakochany w Beacie, flirtujący z Martusią. Jak każdy młody człowiek przeplatałem marzenia z codziennością.

Co ciekawe, wyrzuciłem z głowy, wszystko, co było. Byłem młody, a świat miał tyle do zaoferowania. Zdecydowanie, należało wrócić do normalnego świata. Znowu byłem normalnym młodym człowiekiem. Moje wakacje minęły na wędrówkach po dziewiczych łąkach, strumykach, chłonąłem piękno i dobroć natury każdą porą skóry. Byłem wolny. Rok akademicki, już kolejny zacząłem z olbrzymim kopem energii. Całą jesień, zimę i wiosnę żyłem studenckim życiem. Chodziłem na zajęcia, imprezowałem, żyłem. Z Miszą, zmieniliśmy status ze współlokatorów, na kolegów. Grupa osób, która trzymała się razem na wydziale i poza nim, w końcu wykrystalizowała się na kształt paczki. Zacząłem relacje, zwane studenckimi przyjaźniami (nie wiem, czy na całe życie, ale część z nich wciąż trwa). To chyba w tamtym okresie, po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się Dagna. Na uczelni zaczął się niewinny flirt z Iwą. Do tego wszystkiego, nawet, początkowo nielubiona ekonomia, przyjęła nieco bardziej znośną formę. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pewnie i, co ważne, radośnie kroczyłem pewną, twardą, bo ubitą tysiącami stóp przede mną drogą młodości. Problem w tym wszystkim był taki, że gdzieś w samym środku mojego „ja”, tak naprawdę nie lubiłem tej ubitej drogi. Koniecznie chciałem iść po swojemu. Bez względu na cenę i ofiarę, swojej prawdy, chciałem szukać sam. Inaczej byłoby nie w porządku. Wobec losu, Boga, czy natury. Nie po to istniejemy, żeby przeżyć swoje życie pasywnie i asekurancko. Nawet, jeśli nasze życie okaże się pasmem przegranych, a nasze szlaki, zamienią się w wielki nic, pozostanie uczucie, że do końca byliśmy czemuś wierni. Wiem, że to pogląd, który nie spotka się z pochlebnym przyjęciem w dobie mody na łatwe recepty i wprost wymuszonego poczucia szczęścia i spełnienia, ale nie ma łatwej gry. I to jest stek bzdur, że każdy może poprawić swój los. Co najwyżej możemy oprawić swój los, oprawić w ramki niby szczęścia, niby spełnienia, niby uśmiechu.

           Minął prawie rok. Jak we wcześniejszych latach, lato zaczęło odbierać pałeczkę wiośnie, w odwiecznej sztafecie. Ciepło za oknem rozleniwiało coraz bardziej i bardziej. Na wydziale został trzy godziny wykładu, co w porównaniu, do pogody na zewnątrz wyglądało blado. Trzy godziny z panią profesor Danutą. Niektórzy śmiali się, że najpierw była Danuta, a później wokół nie zaczęli budować wydział. Tęga starsza kobieta, posiadająca wiedzę, ale nie potrafiąca tej wiedzy ani zareklamować, ani sprzedać. Stoimy pod ścianą, czekamy na psorkę, jak na pluton egzekucyjny. Pojawia się, profesjonalnie pochmurne „dzień dobry”, zaprasza nas do sali. Informuje, tytułem wstępu, że w najbliższej przyszłości przepadnie nam wykład i musimy tę godzinę odrobić. Dziś, innymi słowy zamiast trzech godzin, siedzimy cztery godziny. Opadają nie tylko ręce. Rozglądam się po ludziach z grupy, miny są grobowe, tylko Iwa zachowuje twarz pokerzysty. Jest nieprzejednana.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ulicznice; vol 2

01 paź

Marcin z Edytą wrócili. Radośnie przywitaliśmy się, W ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się, szczerze i bardzo. Jednak, wydarzenie sprzed godziny, wybudowało miedzy nami coś, na kształt niewidzialnej płyty. Jakaś część mnie oderwała się od rzeczywistości. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy, od jesieni, do lata poznałem tę krainę, że ją znam, niemal na wylot. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Wtedy moi znajomi, przegrali z nią. Poszedłem razem z nimi, na domówkę, wypiliśmy morze piwa. Śmiałem się, flirtowałem i mile spędzałem każdą chwilę. To jednak była tylko część mnie. Wszyscy obecni mogli uścisnać mi dłoń, porozmawia ze mną, wypić kieliszek wódki, ale tak naprawdę, nie było mnie tam. Już odliczałem godziny do kolejnego wieczoru. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę, to oznaczało, że mam wolny wieczór. Już nie mogłem się doczekać. Nad ranem wróciliśmy do akademika moich przyjaciół. Mimo alkoholu, nie mogłem zasnąć. Mroczna kraina, wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była przeze mnie nie zauważona, przynajmniej wtedy. Coś było we mnie, coś, co skaziło mnie bezrefleksyjnością.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Marcin knajpy. Galerie, mimo, ze niby jedne z największych w kraju, to jednak, nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, ty tylko obraz zubożenia duchowego człowieka, gdzie by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo, jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy, pijąc ich firmową colę. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery, było chłodniej, wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi, tylko dla mnie byli niewidoczni, wiedziałem, ze gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem, niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznicę. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Podszedłem do wysokiej brunetki, pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę, niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

- Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chodziło o nic innego, jak o to, że nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga, wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy ja starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem, przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

- Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

- Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem, gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

- Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

- Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

- Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał z kolei mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

- Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na penisie. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko puściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 - Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następna noc, to już przejazd na dworzec, pożegnanie i wsiadłem do autobusu. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Co do znajomych ze szkoły średniej, z czasem nasze drogi rozeszły się. Telefony do siebie nawzajem, zamieniły się w smsy z okazji świąt, te z czasem rozpłynęły się w prozie dnia codziennego.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 5

08 wrz

Jednocześnie, tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

- Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej i zacząłem głaskać po udach, powoli wsuwając rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, stanął natychmiast.

- Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos, nadal miękki i przyjazny, jednak pojawił się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie światła przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był, niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji, ręcznik podwinął się, ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

- Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. -  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie, wiedziała, jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej, dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

- Ok., dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś przeróbki dancowe. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy, spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, ale też nienaturalne. Tak, jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami, czułem na nosie materiał jej majtek. Odwróciła się i pogroziła palcem.

- Jeszcze nie.

Jej plas trwał jeszcze kilka chwil, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący  trącała sterczący korzeń.

- Wstań. – Zaciekawiony, co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie, rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

- Chcesz mnie zerżnąć, czy… – T.. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

- Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Podsunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je, tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Kiedy na chwilę się zatrzymałem, wysoka dziewoja, sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, miarowo, ale każda minuta, naszego stosunku, pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne ekspresji, pasji. Oddech blondyny zamienił się w pojękiwanie. Przez moment, nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie, gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę, dziwki i klienta. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Fala ekstazy nadciągała, nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim kutasie. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

- O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

- Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale też byłem spanikowany. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

- Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

- I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem czemu, ale pomyślałem o scenie z „Poranku kojota” Inie zmroziło. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego – pomyślałem.

- Co? Nie. Ale..Boże. Nie jesteś na nic chory?

- Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

- Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, siebie mi było szkoda. Nieciekawa sytuacja.

- Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

- Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło między nami pewne wrota, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

- Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem, co tutaj robię, dlaczego, akurat ja mam bzika na punkcie burdelowa, dlaczego to wszystko tak wygląda. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

- Zaczynasz studia, wiem, że jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz dziewczynę, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

- Było mi z tobą dobrze. Pa

- Cześć

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica. To był jeden z tych momentów w życiu, gdzie czujesz, że nic nie może się stać. Jakbyś był w magicznej mydlanej bańce, która chroni. Dodtarłem do mieszkania sporo po północy.

- Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

- I jak byłeś? – To pytanie było pierwsze.

- Byłem – odparłem tak po prostu

- Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację:

link

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz.4

06 wrz

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką, w kształcie wąskiego prostokąta, sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

- Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

- Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało pierwszego, tego typu lokalu. Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, niemal rozrywając rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie zainstalowana była, na podeście, błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione, chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Ja robiłem szybki rekonesans, a towarzystwo patrzyło na mnie. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem, jaki może być powód ich uśmiechów. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc.

Doświadczenie, choć niewielkie nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat, w takich miejscach, kurtuazja, kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to, moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jaki to ja nie jestem obyty w takich miejscach, jednak nie za bardzo mi to wychodziło. Podszedłem do blondynki.

- Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

- Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona.

- Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, zgrabne, długie nogi, częściowo zakryte sukienką. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.

- To chodźmy. Blondi zwróciła się do mnie i skierowała się w stronę sof. Okazało się, że za ścianą, która tak, jakby przedzielała pomieszczenie na dwie strefy, znajdują się schody na górę. Idąc za blondi, niczym wierny psiak, pokonywałem każdy stopień. Na piętrze były dwa albo trzy pokoje. Weszliśmy do środkowego.

- Możesz zdjąć kurtkę i bluzę. Na końcu korytarzu jest łazienka. Ręczniki są na fioletowej półce. Jak wrócisz, to ja pójdę. – Wyjaśniała wszystko miękkim głosem.

Zdjąłem kurtkę, bluzę i buty. W skarpetkach poczłapałem do łazienki. Łazienka wyłożona była dużymi płytkami w kolorach białym i czarnym. To połączenie kolorów, wraz z dużą kabiną prysznicową, sprawiało wrażenie ekskluzywnego wykończenia. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny. Strumień ciepłej wody był przytulny, dodawał otuchy. Kiedy spłukałem resztki żelu spojrzałem na fioletową półkę, Kilka ręczników ułożonych w kostkach, jeden na drugim. Sięgnąłem po pierwszy, ale cofnąłem rękę. Wziąłem czwarty od góry. Uznałem, że będzie mniej zmacany. Poczłapałem z powrotem do pokoju, zostawiając ślady wody na korytarzu.

- Usiądź sobie i poczekaj, ja zaraz wrócę.

- Ok.

Kiedy zostałem sam, rozejrzałem się po pokoju. Stolik, dwa fotele, duże, wysokie łóżko, lustro na ścianie. Pokój pomalowany był na kolor ciemnoczerwony, co zdawało się być nieco agresywnym akcentem. Tak właśnie wyobrażałem sobie pokój w przyzwoitej agenturze. Siedziałem na łóżku, owinięty ręcznikiem. Stan oczekiwania podniecał mnie, ale przede wszystkim dominowało we mnie zaciekawienie. Zaciekawienie i brak jakiegokolwiek strachu, czy obaw. Coś we mnie mówiło mi, że jestem tu, gdzie i tak bym trafił. Jestem tu, gdzie jestem, bo tak po prostu musi być. Nie można uciec od przeznaczenia, a moim było być wtedy właśnie w tym pokoju. Całym sobą chłonąłem każdą molekułę tego doświadczenia.

CDN.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 3

01 wrz

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, dlatego dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowała mi moja grupa. Jakoś tak, po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą zgagą na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak, nie podobała mi się ta rzeczywistość. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Tkwiła we mnie jeszcze licealna, nieudolna „miłość”, do koleżanki, która studiowała na drugim końcu kraju. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami, niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Okazało się, że nasze, rodzime warunki studiowania, to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez, gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska, chłodna jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem, wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu. Wtedy jednak, początek nie był wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, chodziłem po mieście. Wieczorne, długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o burdelowie. Nie, nie zapomniałem, bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo, gdzieś nieco dalej. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

- Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

- No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz, kiedy w moim telefonie pojawił się taki, gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić, ile telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale gdybym nawet zaczął medytować, nie potrafiłbym określić, ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy, zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego, agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób wiedziałem, o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa, od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby, byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i szybko zmieniające się w wieczór popołudnie pomogły podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem, czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem, czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak, jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części, gdzie właśnie zmierzaliśmy nigdy nie odwiedziłem.

- Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

- Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, jakie to , w sumie miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

- No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie takie wątpliwości. Nie potrafiłem sam sobie odpowiedzieć na te pytanie. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko d przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór byłby jedynie moim wspomnieniem, a ja, po gówniarskim, licealnym zauroczeniu znalazłbym dziewczynę, może później żonę? Gdyby tak było? To z kim bym był teraz? Z Maskotką?, Anią, Martą, Magdą? Tak. Tak wyglądałby ten scenariusz. Oklepany, powszedni. No właśnie,  ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem poszukać sam. Nawet jeśli miałaby wieść przez tę krainę. Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka, jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat. Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło, niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną, patrzyłem umocowany prostopadle, prostokątny, duży  neon. Witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 2

25 sie

- Jesteś tu? – Luki, nieco spedalony skejcik i graficiarz, wrzeszczał do telefonu.  – Taa, wkręcasz. Wiesz co? Jak jesteś w mieście, to za ile możesz być na przystanku pod blokiem.

- Za dziesięć minut.

- Taa! Teraz to już kitujesz! Grasz w chuja, jak Zorro!

Nie wiedział, nie mógł widzieć, że zapamiętałem adres, który mi podał, gdy razem siedzieliśmy w knajpie, a później długie godziny włóczyliśmy się po naszym rodzinnym mieście. Nie mógł wiedzieć, że właśnie stoję dwieście metrów od przystanku i w osiedlowym sklepie kupuję papierosy i gumy. Rozerwałem folię pokrywającą kartonik z papierosami, wyciągnąłem jedną rolkę z tytoniem i spokojnie odpaliłem. wolniutko, noga, za nogą poszedłem w kierunku szarego bloku, gdzie mieszkało moje towarzystwo.

- Wyjrzyj przez okno. – Blond łepetyna pojawiła się na balkonie usytuowanym na dziewiątym piętrze. Nawet z chodnika dostrzegłem uśmiech. Uniesiona wysoko ręka zwiastowała początek wieczoru. Luki, Młody i Adaś. Moi koledzy z rodzinnych stron. W pierwszych dziesięciu minutach naszego spotkania, uciskom i „piątkom” nie było końca. I wciąż powtarzane pytanie: „co ty tu robisz?”. Kiedy atmosfera powitania opadła. Zgodnie, niejako za swoim instynktem ruszyliśmy po piwo. Trunek, odpowiedni do powitań i długich rozmów, a na takie się zanosiło. Przede wszystkim mieliśmy opić mój początek nowego etapu. Bo, z całą pewnością zaczynało się coś nowego, coś wspaniałego. Kiedy staliśmy przed sklepową ladą, na twarzy każdego z nas gościł uśmiech, radość, świeżość, wręcz, nie zawaham się tego użyć: niewinność. Jedna z tych chwil, które zostają w nas. Nawet nie z powodu ludzi obok mnie, nigdy nie byłem z chłopakami specjalnie blisko. Później też, widywaliśmy się sporadycznie. Chodziło o pewien stan, pewien nieuchwytny stan, który dostrzega się później, kiedy bezpowrotnie przepadnie. Kiedy wyszliśmy z osiedlowego sklepiku, usta nam się nie zamykały. Wypytywałem chłopaków co i jak. Oni chętnie opowiadali mi, jak się sprawy mają. Idąc chodnikowym zawijasem, mijaliśmy ludzi, którzy niespiesznym spacerem celebrowali niedzielne popołudnie. Patrzyli na nas z  ciekawością, a może z irytacją. W końcu czterech głośnych młodzianów, może zakłócić niedzielny spokój. Weszliśmy do klatki i odrapaną, starą windą udaliśmy się na dziewiąte piętro.

       Mieszkanie było dwupokojowe. Mniejszy pokój zajmował Adaś. W większym mieszkali Młody i Luki. Całe mieszkanie było typowym mieszkaniem, które wynajmuje się studentom. Nieco niski standard. Dawno nie remontowane, bez szału, ale też bez nadmiernej obskurności. Trzem studentom, którzy radość do życia czerpali z każdego dnia, to w zupełności wystarczało. Z satysfakcją odnotowałem, że mieszkanie, które ja wynajmowałem, miało wyższy standard. Mniej „komunistyczny”. Odleciały pierwsze kapsle o butelek z piwem. Podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Cholera wie skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś tam był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas. Według relacji chłopaków, jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem tego wszystkiego, z wyostrzonymi zmysłami. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu – zakończył relację Luki. Młody uśmiechnął się nieśmiało, jak to miał w zwyczaju. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej tej trójki Młody, jako jedyny miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni. Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miała miejsce rozmowa, którą na nieszczęście prowadzących dialog wszyscy przy stole zapamiętali. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina młodego, zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

- To może jakieś dupconko zorganizujemy. – Adaś mocno wstawiony, wyciągnął telefon z kieszeni. Nie wiem, jak to się stało, że oprócz piw, które wypiliśmy, pojawił się inny alkohol. Jak to w takich sytuacjach bywa, po prostu. Pomysł Adasia spotkał się z dużą aprobatą nas wszystkich. Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet w stanie sporego upojenia, w stanie, jakim się znajdowałem, dotarło do mnie szybko, że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest swoistą wróżbą, mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął?

CDN

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku

17 sie

Studia. Mało kto dziś wie, że studia, z założenia, mają być czasem, kiedy adept danej dziedziny, zgłębi ją. Pozna tajniki, a jego poziom kompetencji w tej dziedzinie będzie daleko głębszy, niż poziom średni. Jeśli taki żak, ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny, zaczerpnie wiedzy z innych źródełek. Po czasie, jaki został dany na ten etap nauki, wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było, kiedyś, tak powinno być, w wymarzonym świecie. Dziś studia, to symbol, pijaństwa, chamstwa, zdziczenia obyczajów. Żeby było gorzej, w kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków, student, to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale, co gorsze, nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której dumnie obnosi się z tytułem. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek, w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców, głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość, musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku, pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali, moi przyszli koledzy po fachu za oceanem, byłem pewien, że wybór kierunku mojej edukacji, z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda, jaką będę musiał pokonać, to ta we mnie. Tak bardzo wizja nowojorskiego brokera stanęła mi przed oczami, że zapomniałem o drodze, jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu, nigdzie nie mogłem odnaleźć zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, pazerna ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach. Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: wszystko jest możliwe i świat jest mój, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas, pamięć którego, pamięć choćby najmniejszej cząstki z tamtych lat, czyni z nas optymistów na starość.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko, ten egzemplarz miał pewną skazę, wadę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie zakazanego, owocu nie zatrutego, ale owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, płatnych doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo, zostawiły ślad, zostawiły uchylone pewne drzwi. To właśnie przez te drzwi, zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie, co mnie za nimi czeka. A może to kraina burdelowo wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco palcem? Nie wiem.

           Pierwsze trzy dni, w nowej rzeczywistości, to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. Stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. Dzielnicę dalej, mieszkali moi znajomi. Z mojego rodzinnego miasta. Nieco starsi, ale nie na tyle, żeby się nie znać. Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Nie bardzo miałem pomysł na popołudnie, dlatego wystukałem numer w telefonicznych kontaktach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Porozmawiajmy o atrakcyjności

04 sie

Mój kolega, Przemek, to podwójny rozwodnik. Dwa małżeństwa, dwoje dzieci. Nieuchronnie zbliża się do czterdziestki, mieszka z rodzicami i zarabia w dorywczej pracy. Życiowy przegrany, można by rzec.

A jednak, z pewnych przyczyn, to gość, któremu nie jeden, zaliczający się do normalnych facetów, może zazdrościć. Przemek, zawsze miał zapał do podrywania kobiet. ZAWSZE. Zawsze był okrągłym chłopcem, którym do najprzystojniejszych nie należał. Teraz, gruby, zarośnięty, śmierdzący potem i widać na nim nadmiar wypitego alkoholu. Ale od początku. Zawsze, kiedy mijaliśmy jakieś dziewczyny, jeszcze w latach wczesnego dzieciństwa. Z ust mojego druha padało coś na kształt: „cipki rude”. Był nieprzejednany. Kiedy nieco podrośliśmy i szliśmy razem w miasto, nie przepuszczał żadnej dziewoi. „Cześć”, „znasz Kaśkę jakąś tam” to tylko jedne z łagodniejszych tekstów. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Nie znałem magicznego słowa podryw. On znał. Nie wiem, czy to fart, czy statystyka, ale w wieku dziewiętnastu lat został ojcem. Kontakt nam się urwał, kiedy poszedłem na studia. Słyszałem, że życie go przerosło, ale nie uszało mnie to. Czasem, kiedy w wyczynach seksualno-towarzyskich, można powiedzieć ścigałem się sam ze sobą nachodziła mnie myśl, czy już osiągnąłem jego level, czy może jeszcze nie. A może poszedłem dalej? Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, dowiedziałem się, że jest po raz drugi żonaty.

Zderzyliśmy się ostatnio. Dwa rozwody na koncie. I, co najważniejsze, niekończący się apetyt na nowe dupy. Co prawda, teraz nie interesują go pojedyncze wsady, a raczej, jak to określa związki, ale wciąż ten sam chłopak. Pokazał mi fotki w telefonie dwóch swoich aktualnych wybranek. Trzydzieści dwa i dwadzieścia siedem lat. Nie jakieś kaszaloty, ale całkiem dobre dupy. Jak je wyrwał, nie mam pojęcia. Co ciekawe wie, która z koleżnek się rozwiodła, albo jest sama cały czas. Facet jest po prostu, niczym szalony naukowiec pracujący nad niezrozumiałą formułą. Biorąc pod uwagę, że to purchawa nasączona piwem, nasuwa się pytanie. Jak w świecie zdominowanym przez lifestylowe programy, gdzie na topie są wyepilowani solarmeni, ciągle rucha polska wersja Rona Jeremy`ego.

Ja sądzę, że pod powłoczką medialnego bełkociku o trendach w modzie i kosmetyce, w realnym świecie żyją prawdziwe, które chcą po prostu chłopa. A wszystkie porady i tipy odnośnie sztuczek w alkowie nijak się mają do tradycyjnego, swojskiego, dobrego rypania. Jak u Fredry.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii