RSS
 

Notki z tagiem ‘wspomnienia’

Kolejna odsłona początku cz. 5

08 wrz

Jednocześnie, tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

- Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej i zacząłem głaskać po udach, powoli wsuwając rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, stanął natychmiast.

- Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos, nadal miękki i przyjazny, jednak pojawił się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie światła przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był, niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji, ręcznik podwinął się, ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

- Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. -  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie, wiedziała, jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej, dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

- Ok., dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś przeróbki dancowe. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy, spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, ale też nienaturalne. Tak, jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami, czułem na nosie materiał jej majtek. Odwróciła się i pogroziła palcem.

- Jeszcze nie.

Jej plas trwał jeszcze kilka chwil, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący  trącała sterczący korzeń.

- Wstań. – Zaciekawiony, co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie, rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

- Chcesz mnie zerżnąć, czy… – T.. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

- Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Podsunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je, tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Kiedy na chwilę się zatrzymałem, wysoka dziewoja, sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, miarowo, ale każda minuta, naszego stosunku, pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne ekspresji, pasji. Oddech blondyny zamienił się w pojękiwanie. Przez moment, nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie, gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę, dziwki i klienta. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Fala ekstazy nadciągała, nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim kutasie. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

- O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

- Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale też byłem spanikowany. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

- Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

- I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem czemu, ale pomyślałem o scenie z „Poranku kojota” Inie zmroziło. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego – pomyślałem.

- Co? Nie. Ale..Boże. Nie jesteś na nic chory?

- Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

- Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, siebie mi było szkoda. Nieciekawa sytuacja.

- Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

- Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło między nami pewne wrota, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

- Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem, co tutaj robię, dlaczego, akurat ja mam bzika na punkcie burdelowa, dlaczego to wszystko tak wygląda. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

- Zaczynasz studia, wiem, że jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz dziewczynę, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

- Było mi z tobą dobrze. Pa

- Cześć

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica. To był jeden z tych momentów w życiu, gdzie czujesz, że nic nie może się stać. Jakbyś był w magicznej mydlanej bańce, która chroni. Dodtarłem do mieszkania sporo po północy.

- Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

- I jak byłeś? – To pytanie było pierwsze.

- Byłem – odparłem tak po prostu

- Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację:

link

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz.4

06 wrz

Neon zdawał się zapraszać. Kontury liter na czerwonym tle były obietnicą, były pokusą. Za nimi kryło się to wszystko, o czym przyzwoici ludzie mówili półgębkiem, a co mnie fascynowało od niepamiętnych czasów. Zrobiłem kilka kroków do przodu, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Stałem pod neonem. Przede mną stała kamienica, dwupiętrowa, w socrealistycznym stylu. Drewniane drzwi, z niewielką szybką, w kształcie wąskiego prostokąta, sprawiały wrażenie masywnych. Mały, biały przycisk umiejscowiony po prawej stronie, na wysokości wzroku, był jedynym sposobem na dostanie się do środka. A więc wszystkie burdele z zewnątrz wyglądają podobnie – pomyślałem. Wszystko w dziwny sposób przypominało moją pierwszą wizytę w tej krainie. Nacisnąłem przycisk. Drzwi otworzyły się, a ja ujrzałem uśmiech ciemnowłosej kobiety.

- Dobry wieczór. – Starałem się nadać swojemu głosowi, a także wyrazowi twarzy wyraz pewnego znużenia i pewnej rutyny, abym mógł wyglądać na bywalca. Nie wiem, z jakim skutkiem, ale pewnie mizernym.

- Dobry wieczór. Zapraszam. – Uśmiech kobiety pozostawał niezmiennie profesjonalnie miły.

Wszedłem do środka. To, co ujrzałem, nie przypominało pierwszego, tego typu lokalu. Od razu dało się zauważyć, że ten lokal znajduje się co najmniej oczko wyżej w hierarchii. Niedaleko drzwi były dwa schodki w dół. Po prawej znajdował się bar,  za którym stała kobieta w wieku trudnym do określenia. Przy barze siedziały trzy dziewczyny i jeden zwalisty, łysogłowy misio, któremu biceps rozciągał, niemal rozrywając rękaw koszulki. Reszta pomieszczenia wypełniona była stolikami i sofami. W centralnym punkcie zainstalowana była, na podeście, błyszcząca rura. Całość skąpana w niebieskiej poświacie, wszystko jakby lekko przydymione, chociaż nigdzie nie widać dymu. Gustowny lokal. Ja robiłem szybki rekonesans, a towarzystwo patrzyło na mnie. Ich lekko uśmiechnięte miny nieco odebrały mi i tak nadwątloną pewność siebie. Wtedy nie bardzo rozumiałem, jaki może być powód ich uśmiechów. Dopiero z czasem zrozumiałem, że byłem wtedy dwudziestoletnim szczylem, którego fizjonomia z pewnością nie wskazywała na to, bym był bywalcem takich miejsc.

Doświadczenie, choć niewielkie nauczyło mnie, że najlepiej przejść od razu do sedna, bez zbędnych rozmów i kurtuazji, bo akurat, w takich miejscach, kurtuazja, kosztuje. Z trzech kobiet przy barze, moją uwagę przykuła blondynka. Wysoka, ładna, w sukience, która w tym oświetleniu sprawiała wrażenie turkusowej. Wszystko to, moje spostrzeżenia, przemyślenia, rekonesans, trwały niecałą minutę, czas, który poświęciłem na pokonanie dwóch stopni i dojście do baru. Bardzo chciałem pokazać, jaki to ja nie jestem obyty w takich miejscach, jednak nie za bardzo mi to wychodziło. Podszedłem do blondynki.

- Można panią prosić? – Nie wiem, czy istnieje bardziej głupi tekst, ale nic mądrzejszego nie miałem pod ręką. Blondynka z lekkim uśmiechem patrzyła na mnie.

- Mnie? – Spytała wciąż się uśmiechając. Jej koleżanki były bardziej rozbawione. Pani za barem, wydawała się najbardziej rozbawiona.

- Ale pan szybki i zdecydowany – mówiła to, a jej twarz wyrażała szczery ubaw i odrobinę kpiny. – Idź. Uregulowałem należność, z góry. Blondynka wstała z barowego stołka. Okazało się, że jest odrobinę wyższa ode mnie. Jeszcze raz rzuciłem na nią okiem. Tak, zdecydowanie wybór był przedni. Wysoka, z ładną twarzą, zgrabne, długie nogi, częściowo zakryte sukienką. Spojrzałem na dekolt, zarysowania kształtów na tkaninie, zdawały się obiecać, że niedługo moim oczom ukażą się ładne, spore piersi.

- To chodźmy. Blondi zwróciła się do mnie i skierowała się w stronę sof. Okazało się, że za ścianą, która tak, jakby przedzielała pomieszczenie na dwie strefy, znajdują się schody na górę. Idąc za blondi, niczym wierny psiak, pokonywałem każdy stopień. Na piętrze były dwa albo trzy pokoje. Weszliśmy do środkowego.

- Możesz zdjąć kurtkę i bluzę. Na końcu korytarzu jest łazienka. Ręczniki są na fioletowej półce. Jak wrócisz, to ja pójdę. – Wyjaśniała wszystko miękkim głosem.

Zdjąłem kurtkę, bluzę i buty. W skarpetkach poczłapałem do łazienki. Łazienka wyłożona była dużymi płytkami w kolorach białym i czarnym. To połączenie kolorów, wraz z dużą kabiną prysznicową, sprawiało wrażenie ekskluzywnego wykończenia. Rozebrałem się i wszedłem do kabiny. Strumień ciepłej wody był przytulny, dodawał otuchy. Kiedy spłukałem resztki żelu spojrzałem na fioletową półkę, Kilka ręczników ułożonych w kostkach, jeden na drugim. Sięgnąłem po pierwszy, ale cofnąłem rękę. Wziąłem czwarty od góry. Uznałem, że będzie mniej zmacany. Poczłapałem z powrotem do pokoju, zostawiając ślady wody na korytarzu.

- Usiądź sobie i poczekaj, ja zaraz wrócę.

- Ok.

Kiedy zostałem sam, rozejrzałem się po pokoju. Stolik, dwa fotele, duże, wysokie łóżko, lustro na ścianie. Pokój pomalowany był na kolor ciemnoczerwony, co zdawało się być nieco agresywnym akcentem. Tak właśnie wyobrażałem sobie pokój w przyzwoitej agenturze. Siedziałem na łóżku, owinięty ręcznikiem. Stan oczekiwania podniecał mnie, ale przede wszystkim dominowało we mnie zaciekawienie. Zaciekawienie i brak jakiegokolwiek strachu, czy obaw. Coś we mnie mówiło mi, że jestem tu, gdzie i tak bym trafił. Jestem tu, gdzie jestem, bo tak po prostu musi być. Nie można uciec od przeznaczenia, a moim było być wtedy właśnie w tym pokoju. Całym sobą chłonąłem każdą molekułę tego doświadczenia.

CDN.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 3

01 wrz

Minął pierwszy dzień. Zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, dlatego dopiero od następnego dnia rozpocząłem nowy etap w życiu. Nowi ludzie, nowy budynek, wszystko nowe. Nie wiem dlaczego, ale dziwnie nie przypasowała mi moja grupa. Jakoś tak, po prostu, byłem na „nie”. Nie nawiązaliśmy kontaktu. Pierwsze zajęcia, również mnie odstraszyły. Jak się okazało, z największą zgagą na wydziale. Teraz mnie to bawi, ba, mam nawet duży sentyment do tamtych czasów. Wtedy jednak, nie podobała mi się ta rzeczywistość. Czułem się dziwnie obcy. Życie poza wydziałem też nie miało jakoś kolorowych odcieni. Tkwiła we mnie jeszcze licealna, nieudolna „miłość”, do koleżanki, która studiowała na drugim końcu kraju. Tak minęły dwa pierwsze tygodnie. Ekscytacja studiami, niepostrzeżenie zamieniła się w rozczarowanie. Okazało się, że nasze, rodzime warunki studiowania, to nie komedia „Wieczny student”. Nikt nie porusza się po kampusach golfowymi wózkami, nie ma imprez, gdzie fitneski paradują w bikini. Jest za to polska, chłodna jesień.

Zobowiązany jestem w tym momencie nadmienić, że z czasem, wszystko ruszyło naprzód. Pojawiły się dziewczyny, imprezy i najpiękniejsze lata w moim życiu. Wtedy jednak, początek nie był wesoły.

Nie mogąc odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, chodziłem po mieście. Wieczorne, długie spacery miały, można powiedzieć, terapeutyczne działanie. Chodziłem spokojnie, bez pośpiechu. Odwiedzałem centra handlowe, sklepy, knajpki i wszystko, co mijałem po drodze. W natłoku nowych doświadczeń, nowej rzeczywistości, zapomniałem nawet o burdelowie. Nie, nie zapomniałem, bardziej trafnym sformułowaniem będzie: zepchnąłem burdelowo, gdzieś nieco dalej. Ale, ile można trzymać część własnej osobowości, gdzieś w niezdefiniowanej oddali.

Zadzwoniłem do Młodego. Poprosiłem o numer do „tego miejsca”. Z tego, co pamiętałem, miał taki numer, chociaż nigdy nie miał zamiaru skorzystać.

- Ale..? Do, do burdelu chcesz numer? – Był uroczo zaskoczony. Jego przyciszony głos zdradzał mieszankę zakłopotania i niedowierzania.

- No tak. – Odpowiedziałem spokojnie.

Dał numer. To był pierwszy raz, kiedy w moim telefonie pojawił się taki, gorący numer. Numer do miejsca, gdzie pieniądze można wymienić na dowolną dawkę przyjemności. Gdybym się zastanowił, potrafiłbym określić, ile telefonów od tamtej pory zmieniłem. Ale gdybym nawet zaczął medytować, nie potrafiłbym określić, ile takich gorących numerów przewinęło się przez moje telefony. Z pewnością dużo, ale ten pierwszy, zawsze będzie obecny w moich wspomnieniach. Według Młodego, agencja znajdowała się nieco w bok od centrum, na spokojnej, ale nieco podejrzanej uliczce. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem na połączenie. Po kilkunastu sekundach usłyszałem przyjemny, kobiecy głos. Usłyszałem wszystko, co chciałem wiedzieć. W jakiś dziwny sposób wiedziałem, o co pytać, zupełnie jakbym rozmawiał ze starą znajomą. Serio, tak jakbym od zawsze to w sobie miał. Podziękowałem  za informację i zakończyłem połączenie. Nie wiedziałem co zrobić. Kwota, którą usłyszałem była ponad pięćdziesiąt procent wyższa, od kwot, które płaciłem wcześniej. Co prawda jako biedny student, byłem zasilany przelewami od rodziców, którzy ostatnią koszulę oddaliby, byle tylko ich latorośl wyszła na ludzi. Wahałem się co zrobić. Jesień zapanowała nad miastem w zupełności. Chłód i szybko zmieniające się w wieczór popołudnie pomogły podjąć decyzję o powrocie do mieszkania.

W mieszkaniu przekąsiłem kabanosa, zamieniłem kilka słów z Miszą (wtedy docieraliśmy się, toteż zbyt wielu słów nie wymienialiśmy). Czułem chęć zrobienia czegoś, taki dziwny rodzaj motywującego niepokoju. Chęć ruszenia do przodu. Nie do końca wiedziałem, czego chcę. Ubrałem kurtkę i wyszedłem, było kilka minut przed dwudziestą drugą. W osiedlowym bankomacie wypłaciłem kilka stuzłotowych banknotów. Ruszyłem dalej przed siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej był postój taksówek. Zapytałem, czy da radę podjechać na wspomnianą przez Młodego uliczkę. Żaden problem, tak, jak myślałem. Po niecałej minucie siedziałem w Lanosie i podziwiałem panoramę miasta zza szyby samochodu. Częściowo znałem miasto, jednak tej części, gdzie właśnie zmierzaliśmy nigdy nie odwiedziłem.

- Czegoś konkretnego pan szuka? Jakiś dokładny adres?

- Nie znam dokładnego adresu. Znajomi mają tu mieszkanie, mają po mnie wyjść.

Uwierzył? Nie wiem, jakie to , w sumie miało znaczenie. Co jego albo mnie to obchodzi.

- No to tutaj. Jesteśmy.

Uregulowałem rachunek. Wysiadłem na niezbyt dobrze oświetlonej uliczce. Taksówka nawróciła i pojechała dalej. Zrobiło się jakby chłodniej. Nieco zasyfiona, słabo oświetlona uliczka, bo z pewnością nie ulica, mogła z całą pewnością posłużyć za tło powieści Conan Doyle`a. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Co ja tu robię? Po co ja tu przyjechałem? Nawiedziły mnie takie wątpliwości. Nie potrafiłem sam sobie odpowiedzieć na te pytanie. Wiedziałem, a raczej czułem, że nie mogę zrobić kroku wstecz. Mogę iść tylko d przodu.

Co by było, gdybym wtedy zawrócił? Czy ten wieczór byłby jedynie moim wspomnieniem, a ja, po gówniarskim, licealnym zauroczeniu znalazłbym dziewczynę, może później żonę? Gdyby tak było? To z kim bym był teraz? Z Maskotką?, Anią, Martą, Magdą? Tak. Tak wyglądałby ten scenariusz. Oklepany, powszedni. No właśnie,  ja nigdy nie chciałem iść szlakiem wszystkich. Swojej drogi chciałem poszukać sam. Nawet jeśli miałaby wieść przez tę krainę. Coś we mnie mówiło mi, że ta zapyziała uliczka, jest mi w jakiś sposób bliższa niż cały zewnętrzny świat. Tak było, bo tak miało być. Uniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Przestałem czuć chłód, poczułem ciepło, niczym po wypiciu kielicha. Na kamienicy przede mną, patrzyłem umocowany prostopadle, prostokątny, duży  neon. Witały mnie białe litery na czerwonym tle: „night club”.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 2

25 sie

- Jesteś tu? – Luki, nieco spedalony skejcik i graficiarz, wrzeszczał do telefonu.  – Taa, wkręcasz. Wiesz co? Jak jesteś w mieście, to za ile możesz być na przystanku pod blokiem.

- Za dziesięć minut.

- Taa! Teraz to już kitujesz! Grasz w chuja, jak Zorro!

Nie wiedział, nie mógł widzieć, że zapamiętałem adres, który mi podał, gdy razem siedzieliśmy w knajpie, a później długie godziny włóczyliśmy się po naszym rodzinnym mieście. Nie mógł wiedzieć, że właśnie stoję dwieście metrów od przystanku i w osiedlowym sklepie kupuję papierosy i gumy. Rozerwałem folię pokrywającą kartonik z papierosami, wyciągnąłem jedną rolkę z tytoniem i spokojnie odpaliłem. wolniutko, noga, za nogą poszedłem w kierunku szarego bloku, gdzie mieszkało moje towarzystwo.

- Wyjrzyj przez okno. – Blond łepetyna pojawiła się na balkonie usytuowanym na dziewiątym piętrze. Nawet z chodnika dostrzegłem uśmiech. Uniesiona wysoko ręka zwiastowała początek wieczoru. Luki, Młody i Adaś. Moi koledzy z rodzinnych stron. W pierwszych dziesięciu minutach naszego spotkania, uciskom i „piątkom” nie było końca. I wciąż powtarzane pytanie: „co ty tu robisz?”. Kiedy atmosfera powitania opadła. Zgodnie, niejako za swoim instynktem ruszyliśmy po piwo. Trunek, odpowiedni do powitań i długich rozmów, a na takie się zanosiło. Przede wszystkim mieliśmy opić mój początek nowego etapu. Bo, z całą pewnością zaczynało się coś nowego, coś wspaniałego. Kiedy staliśmy przed sklepową ladą, na twarzy każdego z nas gościł uśmiech, radość, świeżość, wręcz, nie zawaham się tego użyć: niewinność. Jedna z tych chwil, które zostają w nas. Nawet nie z powodu ludzi obok mnie, nigdy nie byłem z chłopakami specjalnie blisko. Później też, widywaliśmy się sporadycznie. Chodziło o pewien stan, pewien nieuchwytny stan, który dostrzega się później, kiedy bezpowrotnie przepadnie. Kiedy wyszliśmy z osiedlowego sklepiku, usta nam się nie zamykały. Wypytywałem chłopaków co i jak. Oni chętnie opowiadali mi, jak się sprawy mają. Idąc chodnikowym zawijasem, mijaliśmy ludzi, którzy niespiesznym spacerem celebrowali niedzielne popołudnie. Patrzyli na nas z  ciekawością, a może z irytacją. W końcu czterech głośnych młodzianów, może zakłócić niedzielny spokój. Weszliśmy do klatki i odrapaną, starą windą udaliśmy się na dziewiąte piętro.

       Mieszkanie było dwupokojowe. Mniejszy pokój zajmował Adaś. W większym mieszkali Młody i Luki. Całe mieszkanie było typowym mieszkaniem, które wynajmuje się studentom. Nieco niski standard. Dawno nie remontowane, bez szału, ale też bez nadmiernej obskurności. Trzem studentom, którzy radość do życia czerpali z każdego dnia, to w zupełności wystarczało. Z satysfakcją odnotowałem, że mieszkanie, które ja wynajmowałem, miało wyższy standard. Mniej „komunistyczny”. Odleciały pierwsze kapsle o butelek z piwem. Podważane łyżkami, zapalniczkami, bądź czymkolwiek. Wspominać za bardzo nie mieliśmy co, bo stosunkowo nie dawno widzieliśmy, ale tematów i tak znalazło się pod dostatkiem. Studia, niedawno matura, życie, perspektywy, plany i marzenia. To wszystko, wtedy wydawało się takie poważne i takie namacalne. Nikt nie przypuszczał, że za kilka lat wszystko się pozmienia i każdemu życie napisze swój scenariusz. Tematem, którego nie mogło zabraknąć, były oczywiście dziewczyny. Okazało się, że Młody, ma prawie dziewczynę, Luki, jak sam określił, nie spotkał takiej, która spełniałaby standardy. Adaś, coś tam potakiwał, ale zrozumiałem, że argument tłumaczący, dlaczego nikogo nie ma, zabrał mu Luki, dlatego nie wypowiadał się zbyt wiele. Cholera wie skąd pojawił się temat dziwek. Co ciekawe, według relacji chłopaków ktoś tam był. Jak się okazało, chłopaki wiedzieli, że są takie przybytki, co istotne było ich więcej niż u nas. Według relacji chłopaków, jacyś ich znajomi po mocno zakrapianej imprezie wybrali się, i już prawie skorzystali z oferowanych usług, ale nie mieli kasy i  nieco się spietrali. Słuchałem tego wszystkiego, z wyostrzonymi zmysłami. Moja twarz pokryta leniwym uśmiechem, nieco zamroczona piwem, była doskonałym kamuflażem żywego zainteresowania wspomnianym tematem. No i Młody nawet wziął od nich numer do burdelu – zakończył relację Luki. Młody uśmiechnął się nieśmiało, jak to miał w zwyczaju. Przyjrzałem mu się. Tak. Z całej tej trójki Młody, jako jedyny miałby na tyle jaj, żeby odwiedzić krainę Burdelowo. Jeszcze raz ogarnąłem wzrokiem całą trójkę. Adaś z Lukim, to takie małe chujki, dosłownie i w przenośni. Dosłownie dlatego, że jeszcze w czasach liceum, kiedy często piątkowe popołudnia spędzało się na posiadówach w naszym pubie, miała miejsce rozmowa, którą na nieszczęście prowadzących dialog wszyscy przy stole zapamiętali. Nikt nie wie dlaczego, ale nagle z ust Lukiego padło do Adasia: nie martw się Paweł (Paweł, bo Adaś, to ksywa), obaj mamy małe chuje, ale jakieś dupy sobie znajdziemy. Na moment czas się zatrzymał. Wszyscy spojrzeli na chłopaków, na siebie i na chłopaków. Mina młodego, zaskoczone rozbawienie, była bezcenna. Troszkę pośmialiśmy się, ale nikt nie gnębił chłopaków z powodu wyznania Lukiego.  Dużo mają do powiedzenia, ale w rzeczywistości, mało by zrobili. Co innego Młody. Młody, był zawsze spokojny i cichy. Niewiele mówił, ale za to mądrze. Nie był teoretykiem, jak się za coś zabierał to na serio. Jeśli zaczynał czytać jakąś książkę, to choćby miała osiem tomów, nie robił przerw i nie odpuszczał. Teraz, w „tych” sprawach, też wiedziałem, że jeżeli podjąłby decyzję, że idzie do burdelu, to nie cofnąłby się. Ale nie poszedł. Nawet nie zbliżył się do takich miejsc. On sam pewnie stwierdziłby, że może ze strachu, może z innych powodów. W rzeczywistości, był na to zbyt porządny. Był po prostu przyzwoitym człowiekiem, z jasno wykreślonymi granicami. A w jego kodeksie, przyzwoity człowiek nie chadzał do takich miejsc. Koniec, kropka.

- To może jakieś dupconko zorganizujemy. – Adaś mocno wstawiony, wyciągnął telefon z kieszeni. Nie wiem, jak to się stało, że oprócz piw, które wypiliśmy, pojawił się inny alkohol. Jak to w takich sytuacjach bywa, po prostu. Pomysł Adasia spotkał się z dużą aprobatą nas wszystkich. Mieliśmy się udać do knajpy z piłkarzykami, tam spotykali się studenci z wydziału chłopaków. Tam spotkaliśmy się z ich koleżankami. Rozmowa o niczym, partia przy stole z nabitymi na ruszt plastykowymi sportowcami. Nawet w stanie sporego upojenia, w stanie, jakim się znajdowałem, dotarło do mnie szybko, że nikt z nas nie porucha w tym odcinku. Relacje chłopaków z dziewczynami, w żadnym wypadku nie mogły doprowadzić do, jak to Adaś ładnie określił „dupconka”. Pozostało dalej pić.

Do swojego mieszkania dotarłem bardzo późno. Rano zaspałem na uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego, niby nic nie znaczące wydarzenie, ale dziwnie chodziło za mną uczucie, że ten pierwszy, w gruncie rzeczy, nic nie znaczący występek jest swoistą wróżbą, mojej kariery studenta. Następnego dnia zaczęły się już zajęcia i tak rozpoczął się nowy rozdział. Ale czy na pewno w pełni się rozpoczął?

CDN

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku

17 sie

Studia. Mało kto dziś wie, że studia, z założenia, mają być czasem, kiedy adept danej dziedziny, zgłębi ją. Pozna tajniki, a jego poziom kompetencji w tej dziedzinie będzie daleko głębszy, niż poziom średni. Jeśli taki żak, ma wystarczająco sprawny intelekt, to oprócz swojej podstawowej dziedziny, zaczerpnie wiedzy z innych źródełek. Po czasie, jaki został dany na ten etap nauki, wychodzi człowiek inteligentny, obyty, mający własne zdanie, nie wstydzący się go i umiejący go obronić. A przede wszystkim wychodzi specjalista w danej dziedzinie. Tak było, kiedyś, tak powinno być, w wymarzonym świecie. Dziś studia, to symbol, pijaństwa, chamstwa, zdziczenia obyczajów. Żeby było gorzej, w kwestii kwalifikacji, po ukończeniu dowolnej uczelni, w przygniatającej większość przypadków, student, to nieudacznik, cymbał, i głupek. Głupek, który nie tylko nie wie nic o świecie (poza newsami z serwisów plotkarskich), ale, co gorsze, nie wie kompletnie nic w dziedzinie, z której dumnie obnosi się z tytułem. Stąd kolejni ludzie określani kapitałem ludzki sprawnie operują na zmywakach w UE.

       Nie wiem, czy ze mną było tak samo. Częściowo na pewno, a częściowo nie. Dostałem się na wymarzony kierunek, w mieście, gdzie miałem znajomych. Jak u większości młodzieńców, głowa nie mogła pomieścić moich wszystkich marzeń. Skoro byłem na ekonomii, to moja przyszłość, musiała być związana z GPW, a może nawet z Wall Street. Szeroko wtedy opisywane fundusze inwestycyjne z Nowego Jorku, pobudzały zmysły. Kiedy czytałem o tłustych premiach, jakie otrzymywali, moi przyszli koledzy po fachu za oceanem, byłem pewien, że wybór kierunku mojej edukacji, z pewnością był słuszny. Nie przyszło mi do głowy, że najpoważniejsza przeszkoda, jaką będę musiał pokonać, to ta we mnie. Tak bardzo wizja nowojorskiego brokera stanęła mi przed oczami, że zapomniałem o drodze, jaką do wymarzonej pozycji muszę pokonać. Drodze, która zaczynała się tu, w tym momencie. Mimo całego entuzjazmu, nigdzie nie mogłem odnaleźć zainteresowania studiami. Owszem interesowało mnie wiele rzeczy, ale najmniej edukacja. Zupełnie, jakby mi ktoś obcy wybrał przypadkowy kierunek studiów. Ponieważ byłem typowym dwudziestolatkiem, byłem głodny wszystkiego, co mnie otacza. Młodzieńcza ciekawość, pazerna ciekawość, nie jednego młodziana wyprowadziła na manowce. Jedni zostali tam tylko jakiś czas, a innym całe życie zleciało na manowcach. Ciekawość i wiara w dwa dogmaty: wszystko jest możliwe i świat jest mój, to najlepiej charakteryzuje ten okres w życiu człowieka. Tak, to jest ten czas, pamięć którego, pamięć choćby najmniejszej cząstki z tamtych lat, czyni z nas optymistów na starość.

       Ja sam byłem kolejnym egzemplarzem, takim właśnie radośnie naiwnym egzemplarzem. Tylko, ten egzemplarz miał pewną skazę, wadę. Gdzieś obok tej młodzieńczej świeżości i urzekającej ciekawości świata, nosiłem w sobie cień. Inny rodzaj ciekawości. Mroczną ciekawość. Skosztowałem pewnego owocu. Owocu nie zakazanego, owocu nie zatrutego, ale owocu nadgnitego. Owocu zepsucia, płatnych doznań, nieczystości. Jeśli same doznania można porównać do owocu, to z pewnością świat do doznań za pieniądze, jest swego rodzaju nadpsuciem tego najsmakowitszego owocu.  To właśnie kraina rozkoszy za pieniądze, sprawiła, że owoc doznań zaczął fermentować, a jego smak odurzył mnie, niczym przednie wino. Moje pierwsze wizyty w krainie burdelowo, zostawiły ślad, zostawiły uchylone pewne drzwi. To właśnie przez te drzwi, zacząłem nieśmiało zaglądać i zadawać sobie pytanie, co mnie za nimi czeka. A może to kraina burdelowo wyjrzała zza tych drzwi i kiwnęła na mnie zachęcająco palcem? Nie wiem.

           Pierwsze trzy dni, w nowej rzeczywistości, to lawina nowych spraw. Wprowadzenie do wynajętego mieszkania. Poznanie współlokatorów, rozeznanie w topografii miasta. Stawienie czoła nowej rzeczywistości. Teoretycznie miałem nieco łatwiej. Dzielnicę dalej, mieszkali moi znajomi. Z mojego rodzinnego miasta. Nieco starsi, ale nie na tyle, żeby się nie znać. Była niedziela, następnego dnia uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego miało dać początek czemuś nowemu. Nie bardzo miałem pomysł na popołudnie, dlatego wystukałem numer w telefonicznych kontaktach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Porozmawiajmy o atrakcyjności

04 sie

Mój kolega, Przemek, to podwójny rozwodnik. Dwa małżeństwa, dwoje dzieci. Nieuchronnie zbliża się do czterdziestki, mieszka z rodzicami i zarabia w dorywczej pracy. Życiowy przegrany, można by rzec.

A jednak, z pewnych przyczyn, to gość, któremu nie jeden, zaliczający się do normalnych facetów, może zazdrościć. Przemek, zawsze miał zapał do podrywania kobiet. ZAWSZE. Zawsze był okrągłym chłopcem, którym do najprzystojniejszych nie należał. Teraz, gruby, zarośnięty, śmierdzący potem i widać na nim nadmiar wypitego alkoholu. Ale od początku. Zawsze, kiedy mijaliśmy jakieś dziewczyny, jeszcze w latach wczesnego dzieciństwa. Z ust mojego druha padało coś na kształt: „cipki rude”. Był nieprzejednany. Kiedy nieco podrośliśmy i szliśmy razem w miasto, nie przepuszczał żadnej dziewoi. „Cześć”, „znasz Kaśkę jakąś tam” to tylko jedne z łagodniejszych tekstów. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Nie znałem magicznego słowa podryw. On znał. Nie wiem, czy to fart, czy statystyka, ale w wieku dziewiętnastu lat został ojcem. Kontakt nam się urwał, kiedy poszedłem na studia. Słyszałem, że życie go przerosło, ale nie uszało mnie to. Czasem, kiedy w wyczynach seksualno-towarzyskich, można powiedzieć ścigałem się sam ze sobą nachodziła mnie myśl, czy już osiągnąłem jego level, czy może jeszcze nie. A może poszedłem dalej? Kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, dowiedziałem się, że jest po raz drugi żonaty.

Zderzyliśmy się ostatnio. Dwa rozwody na koncie. I, co najważniejsze, niekończący się apetyt na nowe dupy. Co prawda, teraz nie interesują go pojedyncze wsady, a raczej, jak to określa związki, ale wciąż ten sam chłopak. Pokazał mi fotki w telefonie dwóch swoich aktualnych wybranek. Trzydzieści dwa i dwadzieścia siedem lat. Nie jakieś kaszaloty, ale całkiem dobre dupy. Jak je wyrwał, nie mam pojęcia. Co ciekawe wie, która z koleżnek się rozwiodła, albo jest sama cały czas. Facet jest po prostu, niczym szalony naukowiec pracujący nad niezrozumiałą formułą. Biorąc pod uwagę, że to purchawa nasączona piwem, nasuwa się pytanie. Jak w świecie zdominowanym przez lifestylowe programy, gdzie na topie są wyepilowani solarmeni, ciągle rucha polska wersja Rona Jeremy`ego.

Ja sądzę, że pod powłoczką medialnego bełkociku o trendach w modzie i kosmetyce, w realnym świecie żyją prawdziwe, które chcą po prostu chłopa. A wszystkie porady i tipy odnośnie sztuczek w alkowie nijak się mają do tradycyjnego, swojskiego, dobrego rypania. Jak u Fredry.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to się wszystko zaczęło cz. 3

27 lip

Przez głowę, lotem błyskawicy przeleciało mi co najmniej kilkanaście myśli. Każdy scenariusz był raczej mało optymistyczny. Jedną z myśli było: po co ja tu przyszedłem? Po co mi to było? Kiedy łysol znalazł się przy moim stoliku, postanowiłem zagrać „na głupka”, uznałem, że ta strategia może być najbardziej przydatna. Zrobiłem głupi wyraz twarzy i z wytrzeszczonymi oczami popatrzyłem na bramkarza.

- Życzy pan sobie towarzystwo pani? – Jego ton głosu był spokojny, niczym kelner pytający o przystawkę. Wysoki blondyn w szarej bluzie i niebieskich jeansach. Krótko ostrzyżony o twarzy bez wyrazu. Zrozumiałem, że to nie ja miałem się go bać. Ja miałem czuć się tu bezpiecznie dzięki niemu. Ja oraz dziewczyny. Bać się mieli ci, którzy chcieliby rozmawiać.

Potwierdziłem i skinąłem nieznacznie w stronę baru. Bramkarz pokiwał głową i podszedł do baru. Szczupła dziewczyna, obejrzała się w moją stronę. Nie mogłem stwierdzić, jakie miała spojrzenie, fioletowe okulary skutecznie to uniemożliwiły. Jednak z jej postawy wywnioskowałem, że jest nieco wyniosła, śmiała. Czyli była moim przeciwieństwem. I znowu jakoś dziwnie, niczym szal owinęło mnie skrępowanie. Podeszła do stolika i usiadła. Zamieniliśmy kilka zdań. Nauczony poprzednią wizytą nie szarżowałem ze swoim szarmanckim podejściem i nie proponowałem nic do picia. Zapytałem o górę (również nieśmiało). Wszystko bez problemu. Cena ta sama. Jedna trzecia dla dziewczyny, dwie trzecie dla lokalu. Znowu znalazłem się na górze. W innym pokoju. Ten cały sprawiał wrażenie przyciemnionego w kolorach niebieskim i fioletowym. Na ścianie, ponad łóżkiem wisiało olbrzymie prostokątne lustro. Stojąc w samych gatkach, czekając na moją divę rozglądałem się po pokoju. Zastanawiało mnie, czy to lustro weneckie, jak na filmach. Dużo było tych niepokojących elementów, ale jakoś pasowało mi to wszystko do tej układanki.

Weszła owinięta w ręcznik. Kiedy go odrzuciła, zobaczyłem smukłe opalone ciało. Szczupłe uda, lekko sterczące niewielkie piersi, płaski brzuch. Tak, była atrakcyjna. Kiedy znaleźliśmy się na łóżku, jej delikatne ręce, umiejętnie pieściły moje ciało. Spokojnie błądziłem po jej ciele. Co ciekawe, nie zdjęła okularów. Zapytałem dlaczego.

- Okulary muszą zostać. – Powiedziała z uśmiechem, ale stanowczo.

Leżała na plecach, rozsunęła nogi. Wszedłem w nią klasycznie. Moje ruchy były chaotyczne. Tak, jakbym chciał tym jednym zbliżeniem osiągnąć i zakosztować wszystkiego. Po kilku, a może kilkunastu minutach szarżowania w szczupłej dziewczynie i jednoczesnym obłapianiu jej ciała. Zatrzymałem się. Co teraz? Musiałem przyznać, że jednostajne ruchy nieco mnie znudziły. I to jest cały ten seks? – Pomyślałem zdezorientowany. Jak większość nastolatków, seks od losu dostawałem sporadycznie i trzeba było każdą okazję skwapliwie wykorzystywać. Dzięki wygranej i dowadze przekroczenia pewnych drzwi, mogłem sięgnąć po delicje nieco częściej. Ale nie przewidziałem, że po kilkunastu minutach mnie znudzi. Klęknąłem obok divy. Zapytałem, czy możemy spróbować od tyłu. Bez oporu się zgodziła. Odwróciła się, i znajdując w pozycji „na czworaka” zaprezentowała szczupłą pupę. Umiejscowiłem się za nią, przystępując do szturmu. Jednak nie mogłem wejść. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć wejścia. Dźgając ją penisem w pośladki i okolice krocza, nieporadnie szukałem drogi do spełnienia. Nie wiedziałem, jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciałem spróbować tej pozycji i jakoś nie wychodziło. Dziewczyna, która cierpliwie eksponowała dupę, chciała mi pomóc, sięgając ręką po mój organ. Jakoś operując niczym drążkiem  samolocie umiejscowiła mnie w sobie. Niewygodnie i jakoś dziwnie. Z rozczarowaniem uznałem, że pozycja od tyłu jest za trudna. Cały spektakl zakończyliśmy leżąc obok siebie, szczupła prostytutka kończyła swe dzieło dłonią. Zakończyła. Kiedy ubierałem się padło pytanie.

- Dlaczego taki chłopak jak ty przychodzi do agencji? Nie masz dziewczyny? Spokojnie mógłbyś sobie znaleźć.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pewnie nic mądrego. Do dziś nie umiałbym dobrać słów, które stworzyłyby sensowną odpowiedź. Nie chodzi o brak seksu, czy towarzystwa kobiet. Nie chodzi o lekarstwo na samotność. Kiedyś rozmawiałem z pijakiem, który poprosił mnie o złotówkę (osoba znajoma, nie mylić z lumpem). Kiedy dałem mu złotówkę, wyją plik plik banknotów. Ta pożyczka złotówki była czymś innym, niż mogło się wydawać. Mój kolega tłumacząc mi to skwitował: „bo to nie o to chodzi”. Za tym wyrażeniem kryło się to wszystko, czego nie umiał wyrazić. Zrozumiałem go. Miałem podobnie, ale w innej dziedzinie. Pewnie dziś to samo odpowiedziałbym na takie pytanie, zadane przez nagą, szczupłą divę. „To nie o to chodzi”. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł zdefiniować o co chodzi, skoro nie o „to”, ale na tym właśnie polega hipnotyczny mrok burdelowa. Chodzi w nim o coś zupełnie innego. Jakiekolwiek podacie powody, jakichkolwiek będziecie dopatrywać się przyczyn, tego, że ktoś tkwi w tym mroku, jakie byście nie zalecali recepty na uleczenie ducha, zawsze padnie jedna odpowiedź. T o   n i e   o    t o   c h o d z i. To prawda, nie o to chodzi. Myślę, że o ile jeszcze pracuje tamta dziewczyna w tym biznesie, to nie zadała by takiego pytania. Ona też z pewnością zrozumiała, że nie o to chodzi.

Spokojnie jechałem samochodem. Powoli zbliżając się do świateł, myślałem. Myślałem, jak odbiegłem od rówieśników. Czy którykolwiek zdecydowałby się na takie coś? Czy w ogóle mają świadomość, że istnieje taki świat. Ja sam chyba jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że taki świat istnieje. Co ciekawe, powiedziałem sobie wtedy, za kierownicą, że więcej tam nie idę. Zaspokoiłem ciekawość. Jakoś wydało mi się to dziwne. Zostawianie pieniędzy w takim miejscu. Nie poszedłem tam więcej. Za resztę gotówki kupiłem jakieś rzeczy. Przez jeden wieczór byłem jak panisko w pubie, gdzie cała moja brygada piła za moje. Mijały tygodnie i miesiące. Domek ze spadzistym dachem za miastem pozostał w tylko w moich myślach.

 

Wakacje spędziłem na ogórkach. Początki wielkiego exodusu naszych. Szlaki jeszcze nie przetarte, robota nie pewna. Przez blisko dwa miesiące dosyć ciężko tyrałem. Każdy ból w stawach, każdy odruch przypominający torsję, kiedy rano opuszczałem swój barak, miał cel. Duży kamper. Biały, idealny na podróż po Europie. Podróż miała być za rok. Po maturze. Wiedziałem, że nie dam rady sam sfinansować tej podróży, dlatego zawarłem pakt z rodzicami. Jeśli zdam maturę i dostanę się na studia, dołożą. I dobrze, ale część środków musiałem zebrać sam, stąd wyjazd. Klasyczny schemat: kolega kolegi, który ma brata, któremu załatwił wujek. Ostatecznie znalazłem się w kraju, którego nazwy nie wymienię, wśród hołoty, która bardziej pasowałaby na piracki statek, niż na prace sezonowe. Kiedy wróciłem do domu z ułamkiem kwoty, jaką pierwotnie miałem przywieść, byłem i tak zadowolony. Zakupy, imprezy i zapomniałem o kamperze.

Kiedy wracałem od znajomego, w głowie pojawiła się myśl. Na skrzyżowaniu, zamiast przejechać prosto, skręciłem na pas dla skręcających w lewo. W ostatniej chwili, z reguły tego nie robię. Jestem ostrożnym kierowcą i spokojnie przemieszczam się po mieście. Są jednak wyjątki, to był jeden z nich. Skręciłem i ruszyłem za miasto. Była pierwsza po południu. Szanse na to, że magiczny domek na przedmieściach będzie otwarty wynosiły naprawdę niewiele. A jednak postanowiłem spróbować. Nie przeszkadzało mi to, że jest dzień i pora taka, że wielu znajomych może przejeżdżać. Sierpniowe słońce dodawało energii i śmiałości. Zaparkowałem za tujami rosnącymi przy ogrodzeniu. Wysiadłem i energicznym krokiem zmierzyłem wprost do drewnianych drzwi. Po raz pierwszy byłem tu za dnia. Dzienne światło obnażało niechlujne wykończenia. Zdrapana farba na framudze dopominała się pędzla. Przycisnąłem nieco poszarzały symbol dzwonka. Raz, policzyłem do pięciu i kolejny raz. Obiecałem sobie, że postoję tylko trzy minuty i odjadę. Nie musiałem czekać trzech minut. Po dwóch drzwi otworzyły się.

- Dzień dobry, zapraszam.

Ta sama kobieta, ten sam uśmiech i ten sam lokal. Ależ on inaczej wyglądał. Nigdy nie byłem w knajpie po zamknięciu. Zasłonięte okna i jedyne światło to otwarte drzwi i szpary w żaluzjach. Całe pomieszczenie z barem i stolikami wyglądało na uśpione. Na schodach zobaczyłem blondynkę, moją debiutantkę. Od razu podszedłem do niej.

- To może pani?

- O, szybki wybór. – Gospodyni, która  otworzyła była wyraźnie rozbawiona moim zdecydowanym podejściem.

Uśmiech blondi nie zmienił się od ostatniego spotkania. Właściwie nic się w niej nie zmieniło. Znałem scenariusz. Prysznic, wejście do pokoju. Byliśmy w pokoju, gdzie obsługiwała mnie szczuła, jasna szatynka. Kiedy oboje położyliśmy na łóżku….Szybki to był zryw. Klasycznie wszedłem w nią. Kilka ruchów, może dwie minuty, a może jedna. Zalała mnie fala rozkoszy. Wyskoczyłem opłukać się tam gdzie trzeba, kiedy usłyszałem z sąsiedniego pokoju, gdzie poszła sprawczyni mojej eksplozji?

-Ty golasie. To już??

Niedowierzanie w głosie, było tak ironiczne i pełne chichotu, że dziś poczułbym się odrobinę zakłopotany. Wróciliśmy do pokoju, chwilowa rozmowa i od nowa. Kolejna runda była już tak jak należy. Kiedy wyszedłem za drzwi, ja nie szedłem do samochodu, ja unosiłem się pięć centymetrów nad podłożem. Niczym bańka mydlana. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po drdze pojechałem do szkoły językowej, zapytać o kurs. To na tym kursie poznałem moją wielką licealną miłość, tak przynajmniej wtedy to widziałem. Może nawet dziś tak to widzę. Tak już miało później być burdelowo pchało mnie w rozpostarte ramiona romantycznych miłości, każda z tych miłości, wygnała mnie z powrotem do krainy zwanej burdelowo. Tak widocznie miało być.

Takie były tego wszystkiego początki. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to się wszystko zaczęło cz. 2

20 lip

Następny poranek niczym się nie wyróżniał. Szaro za oknem, zimno, zwyczajna jak na tę porę roku atmosfera. Po przebudzeniu usiadłem na łóżku i spojrzałem w stronę swojej sterczące fujary. Żadna poważna myśl nie przyszła mi do głowy. Przeciwnie. Wydarzenia ostatniego wieczoru wydawały się być zupełnie zwyczajne. Tak po prostu miało być. Arabowie mawiają „mektub”, tak zapisano. Czy faktycznie? Wszystko we wszechświecie ułożyło się tak, że osiemnastolatek poszedł do burdelu. W skali wszechświata, to zapewne nic nie znaczący fakt. Dla mnie samego to wydarzenie z pewnością istotne, ale nie mające znamion czegoś nadzwyczajnego. Przypuszczam, że miniony wieczór w największej skali zostałby odebrany w najbliższym otoczeniu. Tak już jest, często to nasze otoczenie w dwójnasób odbiera wydarzenia, które nas dotyczą.

W szkole porozmawiałem o tym z najlepszym, na owe czasy kumplem. Słuchał z zaciekawieniem. W jego oczach dostrzegalne niedowierzanie i chyba zazdrość.

- Nie czujesz się silniejszy, wyższy, mocniejszy? – Dopytywał z nutką ironii.

- Chyba nie. – Tak na prawdę nie wiem, co czułem.

Reszta pieniędzy, ukryta w szufladzie biurka, czekała na dalsze wydatki. Jak przystało na niebieską, który nie śmierdział groszem, pomysłów, jak wydać te pieniądze miałem aż nadto. Przyszło mi do głowy, że wystarczyłoby na jeszcze jedną wizytę w magicznym miejscu. Szybko ją odrzuciłem. To miał być jednorazowy epizod, żeby sprawdzić, co tam jest.

Nigdy niepostawiłem sobie pytania, jak to się stało, że kilka dni później znowu znalazłem sie przy automatach. Mektub. Po szkole uda!em się na małe zakupy. Stąd był już tylko jeden, krok do małomiasteczkowa jaskini hazardu. Znowu stałem w niebieskich smugach papierosowego dymu. Przede mną stała kolorowa maszyna, wydająca wesołe dźwięki, która co chwilę połykała złote, lekko zabrudzone żetony. Grałem ponad godzinę. Wsunąłem żeton i stuknąłem palcem w duży, kwadratowy przycisk. Przed moimi oczami zawirowały symbole owoców. Ich konfiguracja, po zatrzymaniu spowodowała, że maszyna wydała z siebie charakterystyczny dźwięk naliczania punktów. Znowu wygrałem. Mniej, połowę ostatniej wygranej, ale zawsze coś.

- Znowu zanajmniejszą stawkę. Jesteś chłopcze głupi jak but. – Obejrzałem się, za mną stał ten sam wąsaty Janusz, co ostatnio. No nie. Zignorowalem go. Odebrałem swoją wygraną i wyszedłem. Naładowany radosnym, energetycznym kopem, wracałem do domu.

Jeśli chodzi o automaty, to dwie wygrane pod rząd sprawiły, że zacząłem myśleć o sobie, jak o zawodowym graczu. Każdy chce mieć szmalec. A jeszcze bardziej, łatwy Szmal. Nie ma w tym nic złego. Rok wcześniej próbowałem szczęścia w zakładach bukmacherskich, bezskutecznie. Nie byłem fanem sportu, to zakłady mnie mało interesowały. Tu jednak było inaczej. Kolorowe, brzęczące maszyny były ubogą, ale zawsze namiastką prawdziwych kasyn.To wciagało. Kolejnym razem znowu wygrałem, już dużo mniej, ale wygrałem. Kolejne wizyty, to już były przegrane. Za małe kwoty, ale przegrane. Ostatecznie rachunek wyszedł na zero. Po pewnym czasie frajda z maszyn po prostu minęła. Jakoś nie miałem dużej słabości do hazardu. Powoli zamierzałem w stronę innej słabości, której szpony były o wiele bardziej rozległe i co ważne, o wiele bardziej zdradliwe. Ta nowa kraina, niczym rozłożone nogi, rozpalonej pieszczotami kobiety, zachęcała do wejścia, obiecując nieskończoność doznań.

Kolejna zagadka tego dnia. Jakim cudem, wieczorem znalazłem się na podwórzu podmiejskiej posesji?

Kiedy pokonywałem kilka metrów od zaparkowanego samochodu, do betlnowego stopnia przy wejściowych drzwiach. Czułem energię, czułem adrenalinę. Czułem te wszystkie uczucia, które czułem tu za pierwszym razem. Tylko mieszanka strachu i ciekawości gdzieś uleciała. Coś we mnie powodowało, że czułem się tu, jak u siebie. Przycisk dzwonka przy drzwiach nacisnąłem bez wahania, za to z radosnym oczekiwaniem tego, co czeka mnie za drzwiami. Otworzyła ta sama kobieta, co kilka dni temu. Właściwie wszystko odbywało się, jak za pierwszym razem. Zamówiłem colę i usiadłem przy stoliku. Przy barze siedziały trzy divy. Kraglejsza blondi, moja ostatnia, szczuplutka jasna szatynka w charakterystycznych okularach, których szkła zdawały się być fioletowe i wysoką, postawna brunetka o stanowczym spojrzeniu. Nie wiem skąd wziąłem tę zasadę, ale po prostu pojawiła się w mojej świadomości. Każda cipka tylko raz. Tym sposobem skupilem się na brunetce i szatynce. Z blondi było dobrze i przyjemnie, ale …to już było. Poczułem lekkie zakłopotanie, bo pomyślałem, że jeśli mnie zapamiętała i podejdzie do mnie, to głupio będzie nie wziąć jej na górę. Nie chciałem jej urazić. Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Przyszli kolejni goście. Blondi i brunetka, zabrały się z nimi. Niespodziewanie łysy homo sterydus, który siedział przy barze, podniósł się z barkowego stołka i skierował się w moją stronę. W głowie pojawiło się kilka nieprzyjemnych myśli. Przestałem się czuć jak u siebie, poczułem coś przypominającego zdenerwowanie.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Jak to wszystko się zaczęło cz.1

08 lip

Pewnie, z technicznego punktu widzenia, za początek należy uznać pierwszą wizytę w burdelu, a było to dawno, jeszcze w szkole średniej. Nie dziwcie się, Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek, był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Julka, koleżanka z klasy, przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron, niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach, Julka, po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka i ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku. Po zajęciach czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może nawet nie zauważyli, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła, z jaką na mnie oddziaływał ten neon, była porażająca. Nie wiedziałem, co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

* *

*

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem, na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat, mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie, lądowałem w pubie, z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesień, szybko zrobiło się ciemno. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za budynkami. Tak na wszelki wypadek. W końcu, to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych i pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki, po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi, co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton, to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać, nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują za każdym razem, to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

- Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

- Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

- Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimnie powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu.

Prawo jazdy zrobiłem kilka miesięcy wcześniej. Jeździłem ostrożnie, z wahaniem. Nie dzisiejszego wieczoru. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne, kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów, zwalniam. Pozwalam, aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku, na drodze. To wystarcza, kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu, to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne, nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi, z białym szkanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

- Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

- Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Schody, dosyć strome, na piętro. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boki, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena, pięciokrotnie większa, niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie, wiem, co powinienem zrobić. Jednocześnie, wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie, to znaczy nie tylko, ale pewnie przewijam się. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

- Mogę pani postawić drinka?

- Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena, jest fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

- Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

- I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

- Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

- Chcesz może iść na górę?

- A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że ie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

- Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

- To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

- Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to dziwne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka, ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

- Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

- Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki na mnie, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

- Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

- Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

- No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

- Siema, Radek, byłem w burdelu..

- O…

 

CDN.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Gruba blondynka cz. II

22 lut

Wierzę w znaki. Jako student ekonomii i finansów powinienem raczej wierzyć w mamonę i w to, co widzę na ekranie komputera, jednak, ja wierzę w znaki. Wierzę, że los, Siła Wyższa lub cokolwiek innego daje nam wskazówki.

Podobnie było teraz. Podobnie było wcześniej. Wraz z upływającym czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w ten, nie do końca dobry świat, zawsze towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Że w pewnym momencie skręciłem w niewłaściwą drogę. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z prostytutką, kiedy szedłem pod dany adres, kiedy przeglądałem Stronę, Forum, cokolwiek. Zawsze czekałem na cud, na znak. Na coś, co da mi do zrozumienia, żebym odpuścił, żebym przestał. Kiedy dzwoniłem na numer ze Strony i nikt nie odbierał, w myślach liczyłem do pięciu. Kiedy doliczyłem, rozłączałem się, dziękując losowi, za ciszę w telefonie. Kiedy stałem na światłach, idąc na dymanie, często zastanawiałem się, co by było gdyby mnie potrącił samochód. Byłoby to nieszczęście, czy raczej dar od losu?

Tym razem było podobnie. To, że nie mogłem odnaleźć właściwej klatki i adresu, było dla  mnie znakiem. Znakiem, żeby odpuścić, dać spokój. Przez chwilę, chciałem to zrobić. Odejść. Każdy normalny człowiek odszedłby. Albo inaczej, każdy normalny człowiek nie wszedłby w ten świat. Problem ze mną by taki, że ja nie byłem normalny. Odkąd pamiętam, świat seksu, nagości, był dla mnie czymś upajającym. Ja zawsze chciałem więcej w tej materii. Nie interesowało mnie spotykanie się z jedną dziewczyną, chciałem spotykać się kilkoma. Nie interesowało mnie spanie z kilkoma, chciałem spać z wieloma. Zawsze chciałem więcej.

Wypity poprzedniej nocy alkohol, słońce i moje libido. To wszystko scementowało mnie w miejscu. Po prostu nie mogłem odejść. W kasynie, jeśli ktoś gra już od dłuższego czasu i przegrywa, w jego głowie pojawia się myśl: skoro tyle już postawiłem, muszę postawić jeszcze. Nie chodzi nawet o wygraną, chodzi o pewną zasadę konsekwencji. Podobnie było ze mną. Przeszedłem prawie cale miasto, a w każdym razie znaczną jego część, i co, i miałem odejść, tak po prostu? Nigdy!

Jeszcze raz zadzwoniłem.

- Widzisz rusztowanie? – Moja rozmówczyni cierpliwie tłumaczyła.

- Jestem przy nim, ale nie ma nigdzie numerów, pozdejmowali.

- Idź w stronę ulicy S. – Poszedłem, po przejściu pod lewe skrzydło bloku spojrzałem na otwierające się okno. Zobaczyłem okrągłą twarz blondynki. No oko miała dwadzieścia kilka lat. Z pewnością więcej niż dwadzieścia pięć. Uśmiechnięta, powiedziała, który przycisk mam wcisnąć. Klatka schodowa okazała się duża. Z zewnątrz nie wyglądało to tak okazale. Wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi obitych tanią boazerią. Wszędzie ciemno. Na klatce, w mieszkaniu, którego drzwi otworzyły się niemal natychmiast po moim pukaniu. Ciemność. Tak, dzień nie jest dla takich ja my.

Spojrzałem na dziewczynę, która już za chwilę miała rozkładać przede mną nogi. Bez żadnych uczuć, bez żadnych emocji. Moje pieniądze, za jej ciało. Chyba uczciwa wymiana. Blond włosy, opadały na dosyć masywne ramiona. Piersi, nie do końca duże, jak na jej dużą figurę. Szerokie biodra i duży brzuch. Grubaska o średnich cyckach. Może być, choć liczyłem na grubaskę o dużych, monstrualnych cycach. Rozebrałem się. Zostałem tylko w skarpetkach, wedle wskazań buraczanej mody. Duża blond diva, ściągnęła zwiewną sukienkę na ramiączkach. Czarną, pokrytą jakimś kwiatowym wzorem. Zobaczyłem ją nagą, w świetle słońca przenikającego przez żaluzję. Miała białą, delikatną skórę. Miła w dotyku, świeża, co w tym fachu wydaje się być niemożliwym. Podszedłem do niej, podotykałem jej łona, piersi. Ptak wyprostował się do lotu. Założyła mi gumę. Sama położyła się na czymś w rodzaju kozetki, leżanki, ale dosyć wysokiej. Położyła się i zadarła nogi do góry, odsłaniając delikatnie obrośniętą jasnymi włosami cipkę. Podszedłem do niej, delikatnie zgiąłem nogi w kolanach i w nią wszedłem. Przyjemnie ciepło otuliło mojego penisa. Jak to mawiają, w kobiecie liczy się wnętrze, musi być cieplutkie i wilgotne. Rytmiczne ruchy, w połączeniu z obserwacją jej ciała, doprowadziły mnie do szczytowania w zbiorniczek na końcu condomu. Dwa ostatnie pchnięcia i resztki wczorajszej imprezy, które skumulowały się w mojej spermie, zostały wydalone. Tylko tyle? Całe przedpołudnie chodzę, rozmyślam, kto wie, może nawet jestem autorem nowej filozofii, a tu pstryk i po wszystkim. Jeden spust i jestem „po”. „Trzy ruchy i wór suchy”, jak mawia Mati – najbardziej dwulicowy z moich znajomych. Cały ten seks, to być może jedna wielka lipa. – Tak czasem myślę. Tak, od pewnego czasu, zaczęło mnie prześladować pewne przeczucie. Pewna myśl, która niewiadomo skąd zakiełkowała w mojej głowie. Później, mimo, że nikt jej nie podlewał zaczęła rosnąć i wydawać plony. Plony, które objawiały się w nachodzących mnie myślach. Dlaczego? Po co to wszystko? Powtarzając za Orwelem: rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego. Wiedziałem, jak znalazłem się w tym popapranym światku, ale nie wiedziałem dlaczego. Jak? Bardzo prosto. Wchodzisz w coś. Dla frajdy, z ciekawości, bądź z jakiegokolwiek powodu. Zaczynasz coś robić. Robisz i nie zastanawiasz się nad niczym. Są nowe doznania, nowe przeżycia i poczucie odkrywania. Nie zadajesz pytań, wchodzisz w coś, jest dobrze. Pewnego dnia budzisz się i dostrzegasz, że masz życie, na które nie pisałeś się wcale, ale je masz i co dalej z nim? Ok, masz, co masz. Teraz pytanie dlaczego? Być może to przejaw pychy, ale uważam siebie za osobę, całkiem rozgarniętą. Mam sprawny umysł, kojarzę fakty i mam przyzwoitą intuicję. Mając tego rodzaju przymioty, nie mogłem zauważyć, że krzywa mojego życia w pewnym momencie skręciła i to niepokojąco skręciła. Dlaczego? Co takiego we mnie jest, że musiałem tak bardzo pobłądzić? Dobre pytanie, ale może zadane na wspak? Czego takiego we mnie nie ma, że szukam tego na zewnątrz. Tak, to była ta myśl, która od bliżej, nieokreślonego czasu, nie opuszczała mnie. Dlaczego popadłem w burdelowo? Chęć nowych doznań? Na początku, z pewnością, ale w zasadzie doznałem więcej, niż przeciętny człowiek przez szesnaście żyć. Może chodziło o chęć wsadzenia w jak największą ilość szparek? Na początku, może tak. Z resztą, nie chwaląc się, bez burdelowa, wsadziłem w więcej kobiet, niż moi znajomi, szybko dotarło do mnie, że jeśli dodam burdelowo, to ścigam się praktycznie sam ze sobą. Co to tu dużo gadać, tyko jedna osoba, mogła stanąć ze mną w szranki. Kubex. Człowiek lubiany i nienawidzony. Rozpuszczony bachor, który kiedyś mógł nosić miano mojego guru dupczenia, chociaż dziś, po latach, pewnie zostawiłem go daleko w tyle.

Wracając do tematu. Myśl, która mnie prześladowała, jak to ująć, przestrzegając zasad gramatyki i interpunkcji. Może najprościej. Burdelowo, to poszukiwanie. Poszukiwanie jakiejś brakującej części mnie. Chęć zapełnienia pewnej pustki, czymś. Czymś, czego szukałem na zewnątrz. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, że to jest we mnie. Ale, wtedy nie było by tyle zabawy.

Poruchałem. Zjadłem obiad, w postaci kebabu i wróciłem na mieszkanie. Jeszcze nie zdążyłem przekroczyć progu, kiedy usłyszałem Miszę:

- Szykuj się okurwieńcu, wieczorem idziemy do P. nasi organizują balet.

- Co? – nie mogłem zrozumieć, dopiero, co skończyliśmy wczoraj i znowu?

Wieczór. Klub P. Mieszanka, szpanu, młodości i hormonów targających młodymi ludźmi. Dwa parkiety i barierki wokół, dla tych mniej rozgarniętych. Siedzę w loży, z pięcioma dziewczynami. Znam Gosię, Justynę i Kaśkę. Reszta to ich koleżanki. Zostałem ładnie przedstawiony. „To ON, uważajcie to kurwiarz, jakich mało”. Miód na moje uszy. Dziewczyny, oburzone, zerkające na mnie i coś szepczące sprawiały wrażenie prawdziwie oburzonych. Popijałem czysty Absolut i zastanawiałem się której wsadzić. Nie wiem dlaczego pomyślałem o Dagnie. Ta naturalna brunetka, miała w sobie coś tak cudownie nieuchwytnego, że miałem na jaj punkcie obsesję. I, żeby było ciekawiej, myślałem, że im więcej szparek będę miał na koncie, to lepiej mi pójdzie z NIĄ, jednocześnie, za każdym razem, kiedy oddawałem się rokoszom z kobietami, które nic dla mnie nie znaczyły, prześladowała mnie myśl, że zaprzedaję szansę, na to, że kiedykolwiek znajdę miłość, uczucie bliskości, szczęście i spokój, jakiego doznają tysiące par, tak zwanych, zwyczajnych par.

Podobno, możemy przyciągnąć swoimi myślami wszystko. Nie zdążyłem odstawić szklanki z wódką na stół. Kruczoczarne włosy i to coś, co jest nieuchwytne. Coś tak wspaniałego, coś tak rozdzierającego. Pragnę jej. Tak, to jedyna myśl. Pragnę JEJ. Wszystko przestaje istnieć. Dagna. Moja ukochana, moja jedyna, która mnie nie zauważa. Boże, jak jej pragnę. Kocham ją. Znika, gdzieś w tłoku, klubowego motłochu. Nie wiem, co mam robić. Patrzę na dziewczyny w loży, pójdę na całość, zaproponuję im loda i seks na świeżym powietrzu. A co mi tam. Ale nie. Przecież to mnie nie zbliży do NIEJ. A tylko jej pragnę. „Boże POMÓŻ, pomóż mi z Dagną. Daj szanse. Daj szanse nam na kontakt, na uczucie. Daj mi szanse, szanse, jako facetowi, żebym się sprawdził, jako mąż, jako ojciec. O kurwa, zagalopowałem się, ale nie..Nie zagalopowałem się. TAK. Tego chcę. Żony, dziecka, miłości. Jestem myślami cztery lata wstecz. Patrzę na swoich rodziców. Takich dziwnie bezbarwnych. Co oni osiągnęli? Średnie pozycje w firmach i syna, życiowego przegrańca. Ja będę inny – zawsze tak myślałem. Do teraz. Patrząc na Dagnę, chcę być, jak moi rodzice. Chcę byś nijaki, chcę tyko kobietę, którą kocham. I nic więcej. To wystarczy. Resztę, będę sam wypracowywał systematycznie i powoli. Niestety. Dagna znika w czeluściach klubu. Kolejne minuty mijają na wypiciu kolejnych „pięćdziesiątek” i rozmowach ze znajomymi. Myśli nie dają mi spokoju. Dosyć tego wszystkiego. Dosyć burdelowa. Pora zagrać za całą stawkę. Moje uczucie, przeciw całemu światu.

Pozbierałem myśli i postanowiłem ruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Przemierzałem klub, szukając mojej damy serca. Niestety, z każdym przebytym metrem, moje nadzieje opadały w głębinę oceanu nicości. JEST. Tak bardzo JEJ pragnąłem. Niestety, tańczyła, z jakimś przygłupem. Mnie pozostała pięćdziesiątka w towarzystwie Miszy. Wyznałem mu, oczywiście „po pijaku” kwestię moich uczuć i poszedłem szukać Dagny. Nie znalazłem JEJ. Wiedziony, jakimś niejasnym uczuciem, wyszedłem na zewnątrz. Tak bardzo jej pragnąłem. Kiedy przeszedłem kilkanaście metrów, dostrzegłem JĄ, Siedziała, z jakimś frajerem, który prawił JEJ komplementy.

Chciałem ruszyć, od razu. W głowie miałem artylerie komplementów i słów mających razem tworzyć wyznanie miłości. Nie zrobiłem tego. Dlaczego? Kilka lat później wciąż zadałem sobie to pytanie. Nie znałem odpowiedzi. Po prostu. Odpuściłem. Nie czułem się godny. Jej i tego świata, prostych uczuć i relacji. Na pocieszenie, został głos w mojej głowie: zrezygnuj, już wybrałeś drogę, poddaj się jej, nie walcz. Poddaj się, poddaj się.

Nie podszedłem do NIEJ. Starałem się to zapić, zaćpać, nie czuć straty. Jednak los mi mówił: po raz klejony sprzedałeś duszę. Dla ciebie nie ma ratunku. W końcu, ile razy można bezkarnie sprzedać duszę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo