RSS
 

Notki z tagiem ‘seks’

W labiryncie burdelowa 4.0

21 wrz

Irka

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium, poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego, lepszego. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. W przydworcowym saloniku prasowym spisałem numer z porno pisemka. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi, o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. To było do pierwszego orgazmu, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie w poszukiwaniu śladów burdelowa. Czasy niemal prehistoryczne, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie miał kto podpowiedzieć. Jedynymi wejściami do burdelowa były oficjalne agencje i burdele. W sieci strony zrzeszające amatorów lodów, w ramach deseru, dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej, przyjmuje w mieszkanku prywatnym, nazwy ulicy nie potrafiłem zlokalizować. Po zakończonej rozmowie, sprawdziłem, gdzie jest ta, nieznana mi ulica. Drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w stronę miasta, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej, niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju, czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem, co gorsza w dzielnicy, o której straszyli, że łatwo po mordzie oberwać. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek, na którym musiałem  wysiąść, nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem, jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

- Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

- Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

- Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem ja po zmyciu. Z racji tego, że jechałem do tak nieciekawej dzielnicy, nie brałem telefonu. Tylko kasa, ukryta daleko i głęboko. Klnąc na czym świat stoi, poszedłem na przystanek. Przyjechałem z powrotem na mieszkanie. Zadzwoniłem pod numer, gdzie miało być dymarko, z pytaniem o adres.

- Kotek, 23/24, to numer bloku, numer mieszkania, to …

Aha, wszystko stało się jasne. Szkoda, że tak późno, spojrzałem na zegarek. Nie, nie ma sensu, za późno. Posiedziałem chwilę w kuchni. Tak blisko – pomyślałem. Szkoda. Jeszcze raz spojrzałem za okno. Nie, nie ma kroków wstecz. Tak. Od samego początku, jakaś magiczna siła pchała mnie naprzód. Ja po prostu musiałem tam jechać. Chyba już wtedy należałem do tej krainy.

Jeszcze raz ta sama droga. Tym razem od razu pod właściwy adres. Otwarła szczupła kobieta pod czterdziestkę. Kurtuazyjnie zaprosiła mnie do środka.

- No, troszkę się najeździłeś. Chodź.

Poszedłem, za divą, do niewielkiego pokoju. Zostawiłem kurtkę, i skierowałem się w stronę łazienki, strumienie wody spływały po mnie, a ja przeglądałem się w lustrze. Podobało mi się moje odbicie. Podobałem się sobie, będąc w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wracając do pokoju, natknąłem się na długowłosą blondynkę, oboje zmierzyliśmy się od stóp do głów i każde z nas poszło do swojego pokoju. Ładna była, nigdy jej nie namierzyłem później, szkoda. W pokoju czekało na mnie rozścielone łóżko. Diva była szczupła, miała krótkie włosy, niewielkie, lekko sterczące cycki. Kiedy zaczęliśmy dotykać swoich ciał, było w tym coś zmysłowego. Była profesjonalistką albo wpadłem jej w oko. Moje dłonie, miętosiły jej cycki, jej smukłe dłonie, niemal aksamitnie sunęły po moim ciele. Poczułem odprężenie. Seks był dynamiczny i jednocześnie kojący. Wykonując sprężyste ruchy patrzyłem na jej twarz, nic nie mogłem z niej wyczytać. Założyłem jej nogi na swoje ramiona i rozpocząłem szarże. Niby pojękiwała, ale coś było to sztuczne. Przerobiliśmy kilka pozycji, pomyślałem, że jeszcze nie posmakowałem jej cipki. Rozłożyła nogi, a ja zacząłem spektakl z jej wargami. Po paru minutach wygięła cię w łuk. Zerknąłem na jej twarz, zamknięte o czy i twarz nieobecna, jakby gdzieś, oddech ciężki i szybki. Znalazłem szlak do jej rozkoszy, trwało to długie chwile. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi, wiedziałem, że oznacza to koniec zabawy.

- W porządku. – Usłyszałem głos mojej towarzyszki, a jej uda rozszerzyły się jeszcze bardziej. Uznałem to za zachętę do kontynuacji. Nie wiem, ile obrabiałem jej pizdę. Końcówka była taka, ze stęknęła i jeszcze bardziej wygięła się w łuk. Chwile leżeliśmy. Zdjęła condom, i zaczęła ssać. A ssać potrafiła, jej twarz wyglądała jak w pornolu. Ściągnięte policzki, odznaczające się kości policzkowe i skupienie na twarzy. Pomogła ręką i wyplułem owoc przyjemności na jej cycuszki. Kiedy wracałem, po raz czwarty trasą czułem się świetnie, i nie był to tylko wynik orgazmu, który był fantastyczny, ale był to wynik czegoś więcej, byłem zadowolony z siebie.

***

Spotkałem ją kilka tygodni później, po pierwszej i jedynej randce z Sylą. Byłem tak podekscytowany, że musiałem ukoić nerwy. Scenariusz był ten sam, ale nieco inny. Zacząłem od minety, a skończyłem w jej ustach. Rozbawił mnie sposób, w jaki wypluła zawartość w chusteczkę higieniczną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 5

08 wrz

Jednocześnie, tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

- Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej i zacząłem głaskać po udach, powoli wsuwając rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, stanął natychmiast.

- Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos, nadal miękki i przyjazny, jednak pojawił się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie światła przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był, niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji, ręcznik podwinął się, ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

- Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. -  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie, wiedziała, jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej, dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

- Ok., dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś przeróbki dancowe. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy, spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, ale też nienaturalne. Tak, jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami, czułem na nosie materiał jej majtek. Odwróciła się i pogroziła palcem.

- Jeszcze nie.

Jej plas trwał jeszcze kilka chwil, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący  trącała sterczący korzeń.

- Wstań. – Zaciekawiony, co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie, rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

- Chcesz mnie zerżnąć, czy… – T.. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

- Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Podsunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je, tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Kiedy na chwilę się zatrzymałem, wysoka dziewoja, sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, miarowo, ale każda minuta, naszego stosunku, pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne ekspresji, pasji. Oddech blondyny zamienił się w pojękiwanie. Przez moment, nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie, gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę, dziwki i klienta. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Fala ekstazy nadciągała, nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim kutasie. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

- O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

- Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale też byłem spanikowany. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

- Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

- I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem czemu, ale pomyślałem o scenie z „Poranku kojota” Inie zmroziło. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego – pomyślałem.

- Co? Nie. Ale..Boże. Nie jesteś na nic chory?

- Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

- Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, siebie mi było szkoda. Nieciekawa sytuacja.

- Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

- Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło między nami pewne wrota, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

- Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem, co tutaj robię, dlaczego, akurat ja mam bzika na punkcie burdelowa, dlaczego to wszystko tak wygląda. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

- Zaczynasz studia, wiem, że jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz dziewczynę, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

- Było mi z tobą dobrze. Pa

- Cześć

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica. To był jeden z tych momentów w życiu, gdzie czujesz, że nic nie może się stać. Jakbyś był w magicznej mydlanej bańce, która chroni. Dodtarłem do mieszkania sporo po północy.

- Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

- I jak byłeś? – To pytanie było pierwsze.

- Byłem – odparłem tak po prostu

- Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację:

link

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Jak to się wszystko zaczęło cz. 3

27 lip

Przez głowę, lotem błyskawicy przeleciało mi co najmniej kilkanaście myśli. Każdy scenariusz był raczej mało optymistyczny. Jedną z myśli było: po co ja tu przyszedłem? Po co mi to było? Kiedy łysol znalazł się przy moim stoliku, postanowiłem zagrać „na głupka”, uznałem, że ta strategia może być najbardziej przydatna. Zrobiłem głupi wyraz twarzy i z wytrzeszczonymi oczami popatrzyłem na bramkarza.

- Życzy pan sobie towarzystwo pani? – Jego ton głosu był spokojny, niczym kelner pytający o przystawkę. Wysoki blondyn w szarej bluzie i niebieskich jeansach. Krótko ostrzyżony o twarzy bez wyrazu. Zrozumiałem, że to nie ja miałem się go bać. Ja miałem czuć się tu bezpiecznie dzięki niemu. Ja oraz dziewczyny. Bać się mieli ci, którzy chcieliby rozmawiać.

Potwierdziłem i skinąłem nieznacznie w stronę baru. Bramkarz pokiwał głową i podszedł do baru. Szczupła dziewczyna, obejrzała się w moją stronę. Nie mogłem stwierdzić, jakie miała spojrzenie, fioletowe okulary skutecznie to uniemożliwiły. Jednak z jej postawy wywnioskowałem, że jest nieco wyniosła, śmiała. Czyli była moim przeciwieństwem. I znowu jakoś dziwnie, niczym szal owinęło mnie skrępowanie. Podeszła do stolika i usiadła. Zamieniliśmy kilka zdań. Nauczony poprzednią wizytą nie szarżowałem ze swoim szarmanckim podejściem i nie proponowałem nic do picia. Zapytałem o górę (również nieśmiało). Wszystko bez problemu. Cena ta sama. Jedna trzecia dla dziewczyny, dwie trzecie dla lokalu. Znowu znalazłem się na górze. W innym pokoju. Ten cały sprawiał wrażenie przyciemnionego w kolorach niebieskim i fioletowym. Na ścianie, ponad łóżkiem wisiało olbrzymie prostokątne lustro. Stojąc w samych gatkach, czekając na moją divę rozglądałem się po pokoju. Zastanawiało mnie, czy to lustro weneckie, jak na filmach. Dużo było tych niepokojących elementów, ale jakoś pasowało mi to wszystko do tej układanki.

Weszła owinięta w ręcznik. Kiedy go odrzuciła, zobaczyłem smukłe opalone ciało. Szczupłe uda, lekko sterczące niewielkie piersi, płaski brzuch. Tak, była atrakcyjna. Kiedy znaleźliśmy się na łóżku, jej delikatne ręce, umiejętnie pieściły moje ciało. Spokojnie błądziłem po jej ciele. Co ciekawe, nie zdjęła okularów. Zapytałem dlaczego.

- Okulary muszą zostać. – Powiedziała z uśmiechem, ale stanowczo.

Leżała na plecach, rozsunęła nogi. Wszedłem w nią klasycznie. Moje ruchy były chaotyczne. Tak, jakbym chciał tym jednym zbliżeniem osiągnąć i zakosztować wszystkiego. Po kilku, a może kilkunastu minutach szarżowania w szczupłej dziewczynie i jednoczesnym obłapianiu jej ciała. Zatrzymałem się. Co teraz? Musiałem przyznać, że jednostajne ruchy nieco mnie znudziły. I to jest cały ten seks? – Pomyślałem zdezorientowany. Jak większość nastolatków, seks od losu dostawałem sporadycznie i trzeba było każdą okazję skwapliwie wykorzystywać. Dzięki wygranej i dowadze przekroczenia pewnych drzwi, mogłem sięgnąć po delicje nieco częściej. Ale nie przewidziałem, że po kilkunastu minutach mnie znudzi. Klęknąłem obok divy. Zapytałem, czy możemy spróbować od tyłu. Bez oporu się zgodziła. Odwróciła się, i znajdując w pozycji „na czworaka” zaprezentowała szczupłą pupę. Umiejscowiłem się za nią, przystępując do szturmu. Jednak nie mogłem wejść. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem znaleźć wejścia. Dźgając ją penisem w pośladki i okolice krocza, nieporadnie szukałem drogi do spełnienia. Nie wiedziałem, jak się zachować. Po raz pierwszy w życiu chciałem spróbować tej pozycji i jakoś nie wychodziło. Dziewczyna, która cierpliwie eksponowała dupę, chciała mi pomóc, sięgając ręką po mój organ. Jakoś operując niczym drążkiem  samolocie umiejscowiła mnie w sobie. Niewygodnie i jakoś dziwnie. Z rozczarowaniem uznałem, że pozycja od tyłu jest za trudna. Cały spektakl zakończyliśmy leżąc obok siebie, szczupła prostytutka kończyła swe dzieło dłonią. Zakończyła. Kiedy ubierałem się padło pytanie.

- Dlaczego taki chłopak jak ty przychodzi do agencji? Nie masz dziewczyny? Spokojnie mógłbyś sobie znaleźć.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pewnie nic mądrego. Do dziś nie umiałbym dobrać słów, które stworzyłyby sensowną odpowiedź. Nie chodzi o brak seksu, czy towarzystwa kobiet. Nie chodzi o lekarstwo na samotność. Kiedyś rozmawiałem z pijakiem, który poprosił mnie o złotówkę (osoba znajoma, nie mylić z lumpem). Kiedy dałem mu złotówkę, wyją plik plik banknotów. Ta pożyczka złotówki była czymś innym, niż mogło się wydawać. Mój kolega tłumacząc mi to skwitował: „bo to nie o to chodzi”. Za tym wyrażeniem kryło się to wszystko, czego nie umiał wyrazić. Zrozumiałem go. Miałem podobnie, ale w innej dziedzinie. Pewnie dziś to samo odpowiedziałbym na takie pytanie, zadane przez nagą, szczupłą divę. „To nie o to chodzi”. Nie sądzę, aby ktokolwiek mógł zdefiniować o co chodzi, skoro nie o „to”, ale na tym właśnie polega hipnotyczny mrok burdelowa. Chodzi w nim o coś zupełnie innego. Jakiekolwiek podacie powody, jakichkolwiek będziecie dopatrywać się przyczyn, tego, że ktoś tkwi w tym mroku, jakie byście nie zalecali recepty na uleczenie ducha, zawsze padnie jedna odpowiedź. T o   n i e   o    t o   c h o d z i. To prawda, nie o to chodzi. Myślę, że o ile jeszcze pracuje tamta dziewczyna w tym biznesie, to nie zadała by takiego pytania. Ona też z pewnością zrozumiała, że nie o to chodzi.

Spokojnie jechałem samochodem. Powoli zbliżając się do świateł, myślałem. Myślałem, jak odbiegłem od rówieśników. Czy którykolwiek zdecydowałby się na takie coś? Czy w ogóle mają świadomość, że istnieje taki świat. Ja sam chyba jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że taki świat istnieje. Co ciekawe, powiedziałem sobie wtedy, za kierownicą, że więcej tam nie idę. Zaspokoiłem ciekawość. Jakoś wydało mi się to dziwne. Zostawianie pieniędzy w takim miejscu. Nie poszedłem tam więcej. Za resztę gotówki kupiłem jakieś rzeczy. Przez jeden wieczór byłem jak panisko w pubie, gdzie cała moja brygada piła za moje. Mijały tygodnie i miesiące. Domek ze spadzistym dachem za miastem pozostał w tylko w moich myślach.

 

Wakacje spędziłem na ogórkach. Początki wielkiego exodusu naszych. Szlaki jeszcze nie przetarte, robota nie pewna. Przez blisko dwa miesiące dosyć ciężko tyrałem. Każdy ból w stawach, każdy odruch przypominający torsję, kiedy rano opuszczałem swój barak, miał cel. Duży kamper. Biały, idealny na podróż po Europie. Podróż miała być za rok. Po maturze. Wiedziałem, że nie dam rady sam sfinansować tej podróży, dlatego zawarłem pakt z rodzicami. Jeśli zdam maturę i dostanę się na studia, dołożą. I dobrze, ale część środków musiałem zebrać sam, stąd wyjazd. Klasyczny schemat: kolega kolegi, który ma brata, któremu załatwił wujek. Ostatecznie znalazłem się w kraju, którego nazwy nie wymienię, wśród hołoty, która bardziej pasowałaby na piracki statek, niż na prace sezonowe. Kiedy wróciłem do domu z ułamkiem kwoty, jaką pierwotnie miałem przywieść, byłem i tak zadowolony. Zakupy, imprezy i zapomniałem o kamperze.

Kiedy wracałem od znajomego, w głowie pojawiła się myśl. Na skrzyżowaniu, zamiast przejechać prosto, skręciłem na pas dla skręcających w lewo. W ostatniej chwili, z reguły tego nie robię. Jestem ostrożnym kierowcą i spokojnie przemieszczam się po mieście. Są jednak wyjątki, to był jeden z nich. Skręciłem i ruszyłem za miasto. Była pierwsza po południu. Szanse na to, że magiczny domek na przedmieściach będzie otwarty wynosiły naprawdę niewiele. A jednak postanowiłem spróbować. Nie przeszkadzało mi to, że jest dzień i pora taka, że wielu znajomych może przejeżdżać. Sierpniowe słońce dodawało energii i śmiałości. Zaparkowałem za tujami rosnącymi przy ogrodzeniu. Wysiadłem i energicznym krokiem zmierzyłem wprost do drewnianych drzwi. Po raz pierwszy byłem tu za dnia. Dzienne światło obnażało niechlujne wykończenia. Zdrapana farba na framudze dopominała się pędzla. Przycisnąłem nieco poszarzały symbol dzwonka. Raz, policzyłem do pięciu i kolejny raz. Obiecałem sobie, że postoję tylko trzy minuty i odjadę. Nie musiałem czekać trzech minut. Po dwóch drzwi otworzyły się.

- Dzień dobry, zapraszam.

Ta sama kobieta, ten sam uśmiech i ten sam lokal. Ależ on inaczej wyglądał. Nigdy nie byłem w knajpie po zamknięciu. Zasłonięte okna i jedyne światło to otwarte drzwi i szpary w żaluzjach. Całe pomieszczenie z barem i stolikami wyglądało na uśpione. Na schodach zobaczyłem blondynkę, moją debiutantkę. Od razu podszedłem do niej.

- To może pani?

- O, szybki wybór. – Gospodyni, która  otworzyła była wyraźnie rozbawiona moim zdecydowanym podejściem.

Uśmiech blondi nie zmienił się od ostatniego spotkania. Właściwie nic się w niej nie zmieniło. Znałem scenariusz. Prysznic, wejście do pokoju. Byliśmy w pokoju, gdzie obsługiwała mnie szczuła, jasna szatynka. Kiedy oboje położyliśmy na łóżku….Szybki to był zryw. Klasycznie wszedłem w nią. Kilka ruchów, może dwie minuty, a może jedna. Zalała mnie fala rozkoszy. Wyskoczyłem opłukać się tam gdzie trzeba, kiedy usłyszałem z sąsiedniego pokoju, gdzie poszła sprawczyni mojej eksplozji?

-Ty golasie. To już??

Niedowierzanie w głosie, było tak ironiczne i pełne chichotu, że dziś poczułbym się odrobinę zakłopotany. Wróciliśmy do pokoju, chwilowa rozmowa i od nowa. Kolejna runda była już tak jak należy. Kiedy wyszedłem za drzwi, ja nie szedłem do samochodu, ja unosiłem się pięć centymetrów nad podłożem. Niczym bańka mydlana. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po drdze pojechałem do szkoły językowej, zapytać o kurs. To na tym kursie poznałem moją wielką licealną miłość, tak przynajmniej wtedy to widziałem. Może nawet dziś tak to widzę. Tak już miało później być burdelowo pchało mnie w rozpostarte ramiona romantycznych miłości, każda z tych miłości, wygnała mnie z powrotem do krainy zwanej burdelowo. Tak widocznie miało być.

Takie były tego wszystkiego początki. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to wszystko się zaczęło cz.1

08 lip

Pewnie, z technicznego punktu widzenia, za początek należy uznać pierwszą wizytę w burdelu, a było to dawno, jeszcze w szkole średniej. Nie dziwcie się, Mussolini też wcześnie zaczynał. Myślę jednak, że początek, był znaczenie wcześniej. Odkąd pamiętam interesowała mnie cielesność. Zawsze pociągało mnie nagie, kobiece ciało. Na długo zanim zacząłem chodzić na randki, obmacywać koleżanki z klasy, czy w końcu sypiać z kobietami, w sposób do tej pory nieznany dla mnie wiedziałem jak należy postąpić z kobiecym ciałem. Wyobraźnia kilkuletniego chłopca podpowiadała to, co wiele lat później praktykował. Tak po prostu było. Zawsze. W tej materii, szedłem dalej, niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak Julka, koleżanka z klasy, przyniosła do szkoły gazetę pornograficzną, którą zwinęła rodzicom. W klasie wywołało to ogromne poruszenie. Każdy chciał obejrzeć „gołe baby”. Po przejrzeniu kilku stron, niektórych dosyć szybko to znudziło, inni kwitowali kolorowe fotki śmiechem. Po lekcjach, Julka, po prostu dała mi to czasopismo. Nie wiem dlaczego. Być może też była w pewien sposób inna od reszty. Skwapliwie schowałem pisemko do plecaka i ukryty na drzewie rosnącym przy szkolnym boisku. Po zajęciach czytałem i kartkowałem strona po stronie. Byłem niemal w transie.  Zawsze chciałem więcej, niż reszta.

„Erotic Dance” –wszystko zaczęło się od tego napisu. Mijałem go odkąd pamiętam, przy każdej podróży samochodem, czy autobusem. Był w pobliżu mojego rodzinnego miasta. Nikt nie potrafił sprecyzować, co to jest. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że nie należy o to pytać rodziców. A może nawet nie zauważyli, nie wiem. Od zawsze, po prostu, od zawsze siła, z jaką na mnie oddziaływał ten neon, była porażająca. Nie wiedziałem, co TAM się znajduje. Intuicyjnie jednak czułem, że to brama do krainy. Kiedy w rozmowie z kolegami poruszyłem temat TEGO miejsca, okazało się, że większość nie zauważyła, niektórzy twierdzili, że to coś dla dorosłych, ale nikt nie umiał sprecyzować. Trudno się spodziewać rozwiązania tej zagadki przez grupkę kilkunastoletnich chłopców. Jeden tylko pochwalił się, jak starszy brat rozmawiał z kolegami o TYM miejscu i podobno „tam się rozbierają”

* *

*

Mam osiemnaście lat. Za rok zdaję maturę. Nie wyróżniam się niczym spośród rówieśników. Jestem równie nierozgarniętym małolatem, na karuzeli napędzanej hormonami, co cała reszta. Szkoła, znajomi, kino, walenie konia do pornosów. Seks raz w roku, przy wielkim szczęściu. Standard. Jak przystało na osiemnastolatka, marzenia targają mną nie gorzej niż hormony. Tysiąc planów na życie, tysiąc scenariuszy. Niektóre wykluczają się nawzajem. Jak przystało na ambitnego młodzieńca, zapisałem się na kurs językowy. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że w wieku osiemnastu lat, mało kto dostrzega dobro kursów językowych, czy jakichkolwiek. Podobnie było ze mną. Raz na jakiś czas, zamiast w sali, na kursie, lądowałem w pubie, z przyjaciółmi.

Podobnie było tego wieczoru. Jesień, szybko zrobiło się ciemno. Zaparkowałem samochód rodziców z tyłu, za budynkami. Tak na wszelki wypadek. W końcu, to oni płacili za kurs językowy i mogliby być nieco zawiedzeni, że zamiast zgłębiać tajniki języków obcych, ja bimbam sobie w knajpie. Od pół roku mam prawo jazdy. Ostrożnie parkuję. Mija kilka minut i znikam w drzwiach knajpy, naszej knajpy. Jak na złość, nikogo nie ma. Wypijam colę i znikam z baru. Co robić? Jechać na kurs? Nie ma sensu. Zaczyna się za dziesięć minut. Spóźnię się, a dodatkowo nie mam odrobionego zadania. Stoję pod daszkiem, przy wejściu do baru. W portfelu mam nie więcej niż czterdzieści złotych. Co robić z tak rozpoczętym wieczorem? Już wiem ! Ulicę dalej jest salon gier. Coś, co moi koledzy szumnie nazywają „kasynem”. „Kasyno” ma kilka automatów tzw. jednorękich bandytów. To cały asortyment. Podobno kilku kumpli tam było. Nie mam lepszego pomysłu. Zapinam kurtkę przechodzę ulicę dalej. Niewielki budynek. Okna zaklejone tapetą przedstawiającą trzy karty, trzy asy. Łapię za mosiężną klamkę w dużych, drewnianych i pomalowanych na biało drzwiach i popycham. Przede mną stoi otworem nowy świat. Moje wejście nie zrobiło na nikim większego wrażenia. Rozglądam się. Jestem lekko przestraszony. Nie wiem, co mnie tu czeka. Środek pomieszczenia stanowi pusta przestrzeń. Automaty porozstawiane są wzdłuż zewnętrznych ścian. Po stronie wewnętrznej ściany stoi bar. Jakby połączenie baru z kantorem. Kantor przypomina mi szyba umieszczona nad ladą baru. Patrzę na półkę wiszącą na ścianie. Napoje i orzeszki, po mocno zawyżonej cenie. Zza lady uśmiecha się kobieta w uniformie. Farbowana blondynka po pięćdziesiątce. Wtedy nie wiedziałem, co o niej sądzić. Dziś pamiętam ją, jako emerytowaną barmankę. Uśmiecha się, opowiada na moje „dzień dobry” i pyta, co podać. Mówię, że chciałbym zagrać. Opowiada mi, co i jak. Okazuje się, że w tym przybytku walutą są żetony. Kupujemy je w kasie i nimi gramy. Jeden żeton, to pewna kwota. Jeśli uda się wygrać, nie wypłacamy. Idziemy do baru i kwotę, jaką wygraliśmy wypłaca nam miła pani zza baru. Wszystko jasne. Domyślam się, że automaty nie plują pieniędzmi, dlatego moje czterdzieści złotych muszę roztropnie wydawać. Biorę żetony za trzydzieści. Dostaję je w kubeczku. Czerwonym, plastykowym kubeczku wielkości szklanki. Prawie każdy automat jest zajęty. Znajduję jeden wolny. Podoba mi się. Obrazki, które wyskakują za każdym razem, to owoce. Wiśnie, fioletowe śliwy, pomarańcze, połówki arbuzów, napisy BAR. Klasyczny automat. Zaczynam ostrożnie. Po jednym żetonie. Maszyna połyka je bezlitośnie. Mniej więcej raz na trzy kliknięcia łaskawie wypluwa dwa żetony. Czyli na trzy wrzucone dwa do mnie wracają. W myślach kalkuluję, że na półtoragodzinną lekcję kursu, może nie starczyć. Gram ostrożnie. Mija może pół godziny. W moim kubeczku widać dno. Została resztka żetonów. Nie da się ukryć, że szczęście nie sprzyja. Sporadycznie maszyna wypluwa cztery albo pięć żetonów, raz zdarzyło się nawet dziesięć, ale i tak nie zmienia to sytuacji, że więcej zostało w bezlitosnym pudle. Ostatnie dwa żetony. Przepadły. Patrzę w dno kubka. Nie minęła połowa kursu, a ja już spłukany. Chcę odejść. Dycha w kieszeni wystarczy na sok w pubie.

Kiedy oddaję kubeczek, wyjmuję pieniądze i proszę żetony za dziesięć złotych. Jedna trzecia poprzedniej ilości. Nie wygląda imponująco. Ledwo zakrywa dno. Podchodzę do tego samego automatu. Wrzucam każdy żeton z namysłem. Powoli delektuję się każdą chwilą. Mija kilka minut i prawie połowa żetonów została w maszynie. Dobrze wiem, że nic z tego nie będzie. Chcę tylko spędzić tu czas. Wrzucam żółte kawałki metalu do kolorowej, brzęczącej maszyny. Zostało już tylko kilka. Wrzucam. Wyskakują napisy BAR. Nie pada znany mi stukot wpadającej monety. Zamiast tego, maszyna delikatnie buczy, a elektroniczny licznik mknie do przodu, jak szalony. Stoję oszołomiony. Nie wiem co się dzieje. Podchodzę do barmanki, która wyszła zza baru.

- Chyba wygrałem. – Mówię bardzo niepewnym głosem.

- Wygrał pan. – Uśmiecha się i czeka aż licznik nabiję całą liczbę punktów.

Robi się zamieszanie. Faceci (nie wiedzieć czemu, kobiet tam nie było), przy innych automatach odwracają się w moją stronę. Staram się utkwić wzrok gdzieś w przestrzeni, żeby z nikim nie nawiązać kontaktu. Podchodzę do baru, czy też kasy. Dostaję kilkaset złotych. KILKASET ZŁOTYCH, dla przeciętnego maturzysty, to kupa szmalu. Nawet, gdyby dali mi połowę tej kwoty, skakałbym radości.

- Jakbyś potroił stawkę, wygrałbyś grubo ponad tysiąc – wąsaty Janusz grający obok mnie dzieli się mądrością życiową. – To byłoby trochę grosza.

Zgarniam kasę, dziękuję barmance i czym prędzej wychodzę. Po otwarciu drzwi uderza mnie zimnie powietrze. Mimo to, wciąż jestem rozpalony. Nie wiem co ze sobą zrobić. Oglądam się za siebie. Przecież dużo tam było podejrzanych typków. A jeśli oskubią mnie z kasy? – Gorączkowo myślę. Szybko idę do samochodu. Wsiadam i bacznie się rozglądając, czym prędzej odjeżdżam. Parkuję kilka ulic dalej. Drżącymi rękami wyciągam banknoty z kieszeni. Otwieram usta w niemym krzyku. Patrzę na pieniądze i wciąż niedowierzam. W głowie mam kompletny chaos. Taka forsa. Nieprawdopodobne. Nawet nie wiem co za to kupić. Kiedy pierwsze oszołomienie minęło, w głowie pojawia się lista upragnionych zakupów. Gdzieś, ze środka moje mózgu, a może ze środka duszy wydziera się na powierzchnię napis: „erotic dance”. Nie mam pojęcia skąd, po prostu. Nie było olśnienia, nie pojawiła się żaróweczka, jak u Pomysłowego Dobromira. Wszystko odbyło się naturalnie, tak, jakby ktoś, gdzieś już to zapisał. Przekręcam kluczyk w stacyjce i delikatnie ruszam do przodu.

Prawo jazdy zrobiłem kilka miesięcy wcześniej. Jeździłem ostrożnie, z wahaniem. Nie dzisiejszego wieczoru. Pewnie wyjeżdżam na główne skrzyżowanie, później kolejne, kolejne. Wyjeżdżam z miasta. Kilkadziesiąt metrów za miastem, przy drodze stoją domy. To właśnie tu, wśród nich, nad furtką wisi napis: „erotic dance”. Kiedy do zjazdu pozostało kilka metrów, zwalniam. Pozwalam, aby samochód jadący za mną wyprzedził mnie. Jadący z naprzeciwka również szybko przejechał. Przez chwilę zostaję sam w mroku, na drodze. To wystarcza, kierunkowskaz, i już jestem na posesji. Parkuję pod tujami, żeby nikt nie zobaczył samochodu. Nie wiem skąd ta obawa, przecież jest ciemno. W końcu, to jesień. Na podwórku stoi taksówka. Spokojnie podchodzę do trzech betonowych stopni. Jestem zaciekawiony i lekko spięty, ale co dziwne, nie zdenerwowany. Jakaś dziwna siła pcha mnie do przodu. Krok za krokiem. Białe drzwi, z białym szkanym, wąskim prostokątem na środku. Jak w domu na amerykańskim przedmieściu. Przyciskam dzwonek. Słyszę zza drzwi klasyczne „dzyyyyyń”. Drzwi otwierają się, pojawia się w nich kobieta. Ciemnowłosa, wtedy wyglądała na kobietę w okolicy trzydziestki, ale mogłem źle ocenić.

- Dobry wieczór. – Grzecznie wymawiam słowa powitania. Nie jestem onieśmielony, raczej bardzo, ale to bardzo zaciekawiony.

- Dobry wieczór – ładny, wręcz czarujący uśmiech. – Zapraszam.

Wchodzę, przy wejściu mijam faceta, który wychodzi. Pewnie to na niego czeka taksówka. Rzucamy sobie przelotne spojrzenia. Chyba dostrzegam delikatne zdziwienie. Dopiero po wielu latach dotarło do mnie, że miałem osiemnaście lat i z pewnością wyróżniałem się wśród ludzi odwiedzających tego typu lokale. W pomieszczeniu na dole stoją stoliki, jak w knajpce albo kawiarni. Okrągłe, przy każdym po trzy krzesła. Schody, dosyć strome, na piętro. Prostopadle do schodów bar. Za barem półki z napojami. Na ścianach frywolne, śmieszne freski, rodem ze sklepu, ze śmiesznymi rzeczami. Siadam przy stoliku. Przy barze siedzi trzy kobiety. Szczuplutka blond-szatynka, w okularach, których szkła mają leciutko fioletowy odcień. Nie wiem, jak to zauważyłem w dosyć ciemnym pomieszczeniu. Nieco tęższa londynka z pokaźnym biustem. I Ciemno ruda, a może wręcz kasztanowowłosa, najstarsza. Kobieta, która mnie witała, stoi za barem. Wszystkie patrzą na mnie. Z boki, na krześle siedzi łysol, kawał chłopa. Nie za bardzo wiem, co i jak, ale skoro jestem w lokalu, podchodzę do baru, zamawiam colę. Cena, pięciokrotnie większa, niż moim ulubionym pubie. Siadam przy stoliku i powoli sączę. Śmieszna sytuacja. Zakładam, że wiem, gdzie jestem i teoretycznie, wiem, co powinienem zrobić. Jednocześnie, wcale nie jestem taki pewien. Kobiety przy barze rozmawiają cicho, czuję, że chyba o mnie, to znaczy nie tylko, ale pewnie przewijam się. Sporadycznie któraś na mnie zerka. W końcu, najstarsza odchodzi na górę. Szczupła blond zagaduje do łysola na krzesełku. Przy barze została biuściasta blondi. Następuje chwila z gatunku „teraz albo nigdy.” Podchodzę do baru.

- Mogę pani postawić drinka?

- Jasne. – Uśmiecha się. Może nie tak pięknie jak barmanka, ale też ładnie.

Moja rozmówczyni życzy sobie rum z colą. Zamawiam. Cena, jest fiu, fiu, ale dziś nie robi na mnie większego wrażenia. Siadamy przy stoliku. Wszystko jest zwyczajne. Rozmawiamy. Nie pamiętam szczegółów rozmowy. Nikt nigdy nie napisał przewodnika po burdelach, ani tym bardziej poradnika dotyczącego etykiety w takich przybytkach. Rozmawiałem z biuściastą blondi i zastanawiałem się, jak skierować rozmowę na bardziej mnie interesujące tematy. A może to zwykły lokal i ta kobieta jest po prostu gościem, jak ja – przeszło mi przez myśl. Zagrałem w otwarte karty.

- Jestem po raz pierwszy w takim lokalu. – Powiedziałem to bez skrępowania. Po prostu.

- I jak wrażenia. – Uśmiech blondynki z zalotnego zmienia się w zalotno opiekuńczy.

- Sympatycznie. – Nie wiem skąd taki przymiotnik. Po prostu nauczyłem się, że załatwia on wiele spraw.

Rozmowa pewnie trwałaby jeszcze długo i brnęłaby w jakimś niesprecyzowanym kierunku. Dzięki temu, że wyznałem prawdę o mojej pierwszej wizycie, sprawy przybrały nieco szybszy obrót. Profesjonalistka zorientowała się, że rozmawia ze świeżakiem i przeszła do sedna.

- Chcesz może iść na górę?

- A ile to kosztuje?

Padła kwota, spodziewałem się takowej. Szybko moja rozmówczyni wyjaśniła, że ie trzecie „do baru”, czyli, jak się domyśliłem dla lokalu, a jedna trzecia dla niej.

- Dobrze. – Odpowiedziałem i sięgnąłem ręką do kieszeni.

- To chodź.

Uśmiechnięta blondynka gestem głowy wskazała bar i schody obok. Pieniądze dałem miłej kobiecie za barem. Otaczały mnie same uśmiechnięte twarze. Poszliśmy na górę. Górę stanowił mały korytarzyk i trzy albo cztery pokoje, do tego łazienka. Wszystko przyciemnione, nastrojowe.

- Chcesz skorzystać z łazienki?

Pokręciłem głową. Dziwne, ale jakoś nie miałem zaufania do tego lokalu i wizja siebie pod prysznicem. Nagiego, bezbronnego, napawała mnie pewną obawą. Było to dziwne, bo przecież szedłem uprawiać seks z kobietą, to czynność, podczas której byłem o wiele bardziej bezbronny. No, ale wtedy logika jako taka, ustąpiła miejsca logice mojej, pokrętnej. Kiedy podeszliśmy na sam koniec korytarza, moja gospodyni otworzyła drzwi i pstryknęła włącznik. Pokój był średniej wielkości, z biurkiem, dwoma półkami i dużym łóżkiem.

-Poczekaj. Odświeżę się i zaraz wracam.

Zostałem sam w pokoju. Nie bardzo wiedziałem, co mam robić. Stałem w rozpiętej kurtce i patrzyłem w małe prostokątne okienko. Po dosyć krótkiej chwili weszła blondynka, owinięta ręcznikiem. Na jej twarzy widać było pozostałości po uśmiechu, ale coś ledwo zauważalnie uległo zmianie. Pojawił się profesjonalizm, rutyna.

- Rozbierz się. – Uśmiech miał mnie ośmielić. Wciąż sympatyczny, jednak mógłbym przysiąc, że „rozbierz się” było niczym „co podać” w dowolnym barze.

Powoli ściągam kurtkę, bluzę i tak dalej. Blondyneczka ściąga koc z łóżka, zostaje tylko fioletowe prześcieradło. Kiedy zostaje w slipach dociera do mnie, że jestem w burdelu. Zaczynam czuć lekkie oszołomienie. W głowie przepływa coraz więcej myśli. Co ciekawe, w natłoku myśli, nie pojawia się myśl: ubieraj się i uciekaj czym prędzej”. Nie, taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Ściągnąłem majtki. Blondynka zrzuciła ręcznik. Zacząłem pochłaniać jej ciało wzrokiem. Nieco masywna budowa ciała. Obwite piersi, lekko odstający brzuch, szersze, ale bez przesady, biodra. Uda, masywne, ale jednocześnie smukłe. Stoimy naprzeciw siebie. Zatrzymuję wzrok na jej łonie. Ogolone, ze śladami odrastających włosków. Widok nagiej kobiety nie był mi obcy. Seks, też był czymś czego doświadczyłem. Tego jednak nie doświadczyłem nigdy. To doświadczenie, tak intymne i jednocześnie mroczne, zakazane. Sam nie wiem, co mnie bardziej upoiło. Naga kobieta, fakt, że to prostytutka, a może fakt postępowania niewłaściwego, a może nawet złego. Nie wiem. Ze stuprocentową erekcją podszedłem do łóżka. Oboje, jednocześnie, spokojnie położyliśmy się na filetowym prześcieradle. Jej palce przyjemnie błądziły po moim ciele. Starałem się zrewanżować pieszczotami piersi i brzucha. Pieszczotami łakomymi, subtelnymi, na ile mogą być subtelne macanki napalonego licealisty. Jej ciało zapamiętałem  jako ciepłe, gładkie i dosyć apetyczne. Szybko jej dłoń zaczęła igraszki z moim przyrodzeniem. Ja zamknąłem oczy i położyłem się na wznak. Jestem zwolennikiem teorii, że są takie chwile w życiu, które na zawsze już będą z nami. Co ciekawe, nie chodziło o cielesne doznania, ale o całokształt czasu, miejsca i w ogóle.

Wszedłem do pewnego świata, do pewnej krainy. Posunąłem się dalej, niż wszyscy moi rówieśnicy. Już wtedy, w jakiś dziwny sposób poczułem, że w tym temacie, będę się ścigał sam ze sobą. Po prostu, tak będzie.

Nie zauważyłem kiedy na moim penisie znalazła się prezerwatywa. Blond kurewka dosiadła mnie i zaczęła ujeżdżać. Wolno, bardzo wolno, nieco szybciej, znowu wolno, bardzo sybko. Ciepło jej wnętrza podziałało na mnie jak melisa. Zanurzyłem się w nim, odpłynąłem.

- Przyjemnie ci? – Pytanie dżokejki na mnie, przywołało mnie do rzeczywistości. I wtedy, niespiesznie, ale konsekwentnie zaczęło do mnie docierać, że jestem tak oszołomiony sytuacją, że praktycznie z seksu nie odczuwam nie odczuwam większej przyjemności. Po prostu pozwalam się ujeżdżać i to wszystko. Domyślam się, że profesjonalistka na moim kiju zauważyła to i stąd takie pytanie.

- Możemy zmienić pozycję? – Nieśmiało zapytałem, choć gdzieś z tyłu głowy słyszałem maksymę: „klient nasz pan”. \

- Jasne. Jak chcesz?

Spróbowaliśmy klasycznie. Jakoś nie podobało mi się. Ogólnie jestem nawet zwolennikiem klasyki, ale wtedy, jakoś nie podeszło mi. Bawiliśmy się sobą nawzajem jeszcze około pół godziny. W końcu, blondyneczka ściągnęła mi gumę i zaczęła brandzlować. Wróciliśmy do początku. Brandzlowanie trwało dobrych kilka minut. Poczułem, że ręka mojej towarzyski zaczyna słabnąć. Wzięła głęboki oddech. Na kilka sekund przestała, poczym jeszcze raz przystąpiła do szturmu na moją oporną pałę.

- No, spuuuszczaj się!! – Wystękała.

Zamknąłem oczy. Zalała mnie fala gorąca. Doszedłem. Wszystko później potoczyło się z automatu. Dostałem chusteczki, wytarłem fiuta, ubrałem się, grzeczne pożegnałem i wyszedłem. Nawet przed wyjściem zamieniłem kilka słów z blondynką. O pogodzie (o ironio), o tym, że było mi dobrze (w co chyba wątpiła) i o lokalu (chyba, a nawet na pewno jedynym w mieście). Na zewnątrz było chłodno i ciemno. Podszedłem do samochodu, wsiadłem, przekręciłem kluczyk i odjechałem. Mijałem pomarańczowe światła lamp miejskich i powoli układałem doświadczenia ostatniej godziny w swojej świadomości. Coś niesamowitego. W domu jestem z lekim opóźnieniem. Nic w tym dziwnego, zawsze po lekcji angielskiego, zostawałem ze znajomymi chwilę porozmawiać. Nie jem kolacji, wciąż jestem zbyt naładowany przeżytymi doświadczeniami. Poszedłem się wykapać. Już miałem iść spać, ale jeszcze jedno. Wystukuję kontakty w telefonie.

- Siema, Radek, byłem w burdelu..

- O…

 

CDN.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

W labiryncie Burdelowa 3.3

18 maj

Miała szramę po cesarce, była miłą trzydziestoparoletnią kobietą. Po seksie nawet zamieniliśmy kilka zdań. Twierdziła, że jest absolwentką resocjalizacji, opowiadała o praktykach w więzieniu. Nie ona pierwsza, i nie ostatnia. Jakoś dziwnie, znaczny odsetek dziewczyn za pieniądze zajmował się resocjalizacją. Okazało się, że nie było to wcale dalekie od prawdy. Po prostu wiele z nich zaliczyło odsiadkę krótszą lub dłuższą. Stąd znajomość resocjalizacji i więziennych praktyk. Rudowłosa, szczupła była receptą na piątkowy marazm. Pamiętam tylko trochę sztucznego postękiwania. Blondyna z seksownymi biodrami była ukojeniem w mroźny poranek. Nie mogłem się rozgrzać, dlatego zacząłem pocierać fiutem o jej uda. Sama zaproponowała, że jeśli mnie to rozluźni, to mogę pocierać o jej cipkę. Miękkość i ciepło postawiły mój korzeń w całej okazałości. Na chwilę popadłem w trans i  powolutku zacząłem zbliżać usta do jej piersi, które były całkiem okazałe. Wsparty na ramionach, zacząłem poruszać biodrami. Mój penis znalazł się niebezpiecznie wejścia do jej cipki. Na chwilę zapomniałem o całym świecie. Poczułem ogarniające ciepło na kutasie. O mały włos złamałbym podstawowe przykazanie burdelowa, uprawiałbym seks bez zabezpieczenia. Na szczęście wsadziłem tylko koniuszek. Ostatecznie wybrałem „drugą dziurkę”, w gumie. Róża, dwudziestoparolatka o przeciętnej urodzie twierdziła, że pracuje przy rozkładaniu towarów w Tesco. Ciałem dorabia, bo mało płacą. Rozpadające, skrzypiące łóżko miało swój klimat, kiedy ją rypałem. Czasem zastanawiałem się, czy kiedyś się rozpadnie. Lubiłem posuwać ją mocno , wtedy wydawała charakterystyczne „oohouh, oouhh”. Mirela była szczupłą szatynką, otwartą na każdą propozycję, wszystko podsumowywała jednym zdaniem: „skoro tak lubisz”. Magda była biuściastą, postawną brunetą. Otwarta i rozmowna. To ona powiedziała mi, że znaczny odsetek div ma za sobą epizod w ZK. Sama Magda miała za sobą cztery miesiące do rozprawy i wyrok w zawieszeniu za pobicie. Jak sama mówi, nie przeszkadza jej to. Kręcą ją kolesie w dziarach i co najmniej „pietnastakiem” na koncie. Skorzystałem z każdej dziurki. Szkolenie w innym mieście. Alutka, niemiłosiernie szczupła, niezbyt miła. Jej cycki wydawały się być mikroskopijne. Lubiłem ją posuwać z „nogami na pagonach”, fajnie pracowała biodrami. Mimo tak szczupłej budowy, była niesamowicie pojemna. Tęgawa Iza była przyjacielsko nastawiona, ale na anatomii znała się umiarkowanie. Punkt G umiejscowiła ca najmniej nie tam gdzie trzeba. Zakończyliśmy ciekawym akcentem. Jej dwa palce ubrane w condom, odrobina lubrykatu i penetracja mojej dupy. Jednocześnie sam się brandzlowałem. Trysnąłem na jej cyce. Po wszystkim zapaliliśmy, zjedliśmy kilka herbatników i wypiliśmy herbatę owocową. Drogę powrotną do mieszkania zapamiętałem przez dziwne uczucie w odbycie. Elżbieta była brunetką, która miała warkoczyki jak siostry Williams. Było coś niecodziennego w seksie z nią. Pewien rodzaj czegoś więcej. Jak później powiedziała miała obniżoną macicę, czy jakoś tak, Jak sama powiedziała, wie, że to działa na facetów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

W labiryncie burdelowa 3.1

08 maj

Półwiecznik cz. II

Stoję, a stara prostytutka sięga ręką po sreberko leżące na ławie. Sprawnie zakłada gumę. Odwraca się, jej kolana i łokcie zapewniają stabilizację. Wchodzę w nią. Dosyć szybko się poruszam.Patrzę na jej plecy, na jej pośladki, które wydają się być flagą jej wieku. Przychodzi mi do głowy, że muszę być zdrowo porąbany, skoro decyduję się na seks w takim wydaniu. Czy na pewno się zdecydowałem, a może to rodzaj pewnego przymusu. Kolejna myśl, to chęć spenetrowania tej obwisłej dupy. Nie wychodzę. Zastygam w miejscu.

- Jest możliwy anal?

- Tylko, jeśli zostajesz na dłużej niż godzinkę.

Dalej posuwam. Dowiedziałem się wszystko, czego chciałem. Po kilku minutach kończę. Wyjmuję penisa i ściągam prezerwatywę. Owijam ją papierowym ręcznikem. Zawiniątko oddaję gospodyni. Kiedy ubieram spodnie słyszę:

- Miłość analna jest możliwa, jak najbardziej, ale minimum w godzinnym spotkaniu. Wtedy jest więcej czasu na przyjemność, na wszystkie rodzaje przyjemności.

- Aha. – Nie słucham jej. Chcę po prostu wyjść. Miłość? Przyjemność? Co za absurd. Tu jest tylko rżnięcie, jebanie, pierdolenie. Nic więcej. Kobieto, jesteś dla mnie tylko substytutem ręki. To wszystko. Tego jednak nie mówię. Chcę jak najszybciej wyjść z obskurnego mieszkania.

Już na zewnątrz oddycham głęboko. Idę na przystanek. Za godzinę przychodzi Kaśka. Pijemy kilka piwek. Idziemy do łóżka. Rano, Kaśka wychodzi. Ja jem śniadanie i wychodzę. Patrzę na zachmurzone niebo i szukam określenia na stan mojego umysłu. Przez dłuższą chwilę nic nie przychodzi mi do głowy. W końcu mam. Aberracja. Tak, to odpowiednie słowo.

 

Cichodajka nr….

Kolejna cichodajka. Żadnych ogłoszeń, tylko numer telefonu. Załatwiam sprawy służbowe. Urzędy, instytucje finansowe. W gąszczu spraw służbowych do mojej świadomości dociera to, że mam numer telefonu, którego jeszcze nie sprawdziłem. Pali mnie prawie żywym ogniem. Obiecałem sobie, że przez chociaż miesiąc odetchnę od burdelowa. A raczej, że to Burdelowo zechce mnie wypluć chociaż na miesiąc ze swych wnętrzności. Chociaż na krótką chwilę, żeby odetchnąć. Niestety nikt jeszcze nie wygrał z bestią. Nie można pogrywać z tą bestią, zawsze poniesie się karę. Zawsze się przegra.

W słuchawce słyszę nieco przychrypnięty głos. Jak przystało na prawdziwą cichodajkę przyjmuję w hotelu. Tanim hoteliku nad Wisłą. Podjeżdżam samochodem w okolicę. Parkuję przy supermarkecie (…)

Miała diastemę i miała niewiarygodną technikę zakładania gumy ustami. Śmieszne, bo legenda głosi, że takie cuda tylko w najlepszych agenturach . Kiedy po wszystkim wychodziłem, postawiłem kołnierz. Z jakiś irracjonalnych powodów boję się, że ktoś mnie rozpozna. Śmieszne. Wychodząc do drzwi, zerkam na portiera, siedzi i nic nie widzi. Pewnie w takich miejscach, wynagrodzenie płacone jest właśnie za to, żeby nie wiedzieć. Każdy, czy to goście, czy to personel jest wierny zasadzie trzymania się swoich spraw. Co do samej bohaterki. Jej zamiłowanie do piwa w puszkach spowodowało, że kilka lat później mieszkała u jakiejś dalekiej rodziny. Dorabiała lodami robionymi samochodach. Tak wyszło.

Calineczka

Nie wiem dlaczego używała zawodowego pseudonimu „Calineczka”. Nie przypominała Calineczki w żadnym calu. Blondynka, zadbana, miła. Można powiedzieć, atrakcyjna. Z wyjątkiem piersi. Miała najbardziej pomarszczone cycki, jakie widziałem. To dziwne, nie była najstarszą kobietą, jaką widziałem nagą, ale miała najbardziej naruszone czasem cycki. Zastanowiło mnie, jak, przy tak nieatrakcyjnych cyckach jeszcze się utrzymuje. Kiedy wypięła przede mną pośladki, zrozumiałem. Okazało się, że jest właścicielką niemal perfekcyjnej dupci. Jej pączek wręcz zapraszał do igraszek. Mimo lubrykatu, rozprowadziłem palcem trochę śliny. Wsunąłem palec, później drugi. W końcu wszedłem. Potrafiła tak wyeksponować tyłek, że sam widok o mało nie przyprawił mnie o szczyt. To było dobre rżnięcie. Kiedy się ubierałem, wspomniała o tym, że jest prawnikiem, a „tym” para się z nudów. Udałem, że wierzę. W końcu, cały ten świat, to jedna ściema.

I znowu blondynka

Wietrzny wrzesień. Stoję pod klatką.

-Cześć, ty do mnie? – Uśmiechnięta, blond, troszkę za dużo kilogramów na udach, ale całkiem, całkem.

- No tak. – Uśmiecham się. Wchodzimy do klatki, idziemy po schodach na pierwsze piętro. Dzwoniłem do niej kilkanaście minut wcześniej. Musiałem jakoś uczcić przyjęcie do pierwszej pracy. Miała intensywnie czerwoną cipkę. Jak wnętrze przepołowionej brzoskwini. Przez monet pomyślałem o krwistym kawałku mięsa, to spowodowało, że wolałem od tyłu.

Pewnie nie zapamiętałbym tej wizyty, jednej z wielu, ale…

Dwa lata później, odwiedziłem larwy. Larwy były koleżankami ze studiów, które czasem sypały się z byle kim, po mieszance alkoholu, muzyki i niewyszukanego bajeru. Tym razem, była jeszcze koleżanka, blondynka o imieniu Bożenka. Dziwnie znajoma, choć nigdy jej wcześniej nie widziałem. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia. Potraktowała mnie jak powietrze. Coś niesamowitego, jakbym nie istniał. Nie jestem mega fajnym kolesiem, którego każdy musi pokochać, ale z reguły  dwa zdania z każdym potrafię zamienić, teraz było inaczej. Może nie tylko ja uznałem, że gdzieś już się widzieliśmy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

22 kwi

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

- Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

(P)o pewnej drabinie

18 mar

Czy świat płatnej miłości a swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Weźmy szkołę. Z punktu zero, zaczyna każdy. Edukacja przebiega powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem. Dochodzi się do pewnego szczebla. Kończy się pewien etap. Gimnazjum, szkoła średnia, zawodowa, cokolwiek. Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. Osiągasz tytuły naukowe, być może sprzedajesz własną myśl technologiczną. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda drabina finansowa, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia oprócz poziomu startu, jeszcze jedno, bardzo ważne prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i oto samo chodzi. Nie jest tak do końca. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”, labo salon masażu lub jeszcze inaczej. Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

- Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę pannę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomicznym rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Gruba blondynka cz. II

22 lut

Wierzę w znaki. Jako student ekonomii i finansów powinienem raczej wierzyć w mamonę i w to, co widzę na ekranie komputera, jednak, ja wierzę w znaki. Wierzę, że los, Siła Wyższa lub cokolwiek innego daje nam wskazówki.

Podobnie było teraz. Podobnie było wcześniej. Wraz z upływającym czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w ten, nie do końca dobry świat, zawsze towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Że w pewnym momencie skręciłem w niewłaściwą drogę. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z prostytutką, kiedy szedłem pod dany adres, kiedy przeglądałem Stronę, Forum, cokolwiek. Zawsze czekałem na cud, na znak. Na coś, co da mi do zrozumienia, żebym odpuścił, żebym przestał. Kiedy dzwoniłem na numer ze Strony i nikt nie odbierał, w myślach liczyłem do pięciu. Kiedy doliczyłem, rozłączałem się, dziękując losowi, za ciszę w telefonie. Kiedy stałem na światłach, idąc na dymanie, często zastanawiałem się, co by było gdyby mnie potrącił samochód. Byłoby to nieszczęście, czy raczej dar od losu?

Tym razem było podobnie. To, że nie mogłem odnaleźć właściwej klatki i adresu, było dla  mnie znakiem. Znakiem, żeby odpuścić, dać spokój. Przez chwilę, chciałem to zrobić. Odejść. Każdy normalny człowiek odszedłby. Albo inaczej, każdy normalny człowiek nie wszedłby w ten świat. Problem ze mną by taki, że ja nie byłem normalny. Odkąd pamiętam, świat seksu, nagości, był dla mnie czymś upajającym. Ja zawsze chciałem więcej w tej materii. Nie interesowało mnie spotykanie się z jedną dziewczyną, chciałem spotykać się kilkoma. Nie interesowało mnie spanie z kilkoma, chciałem spać z wieloma. Zawsze chciałem więcej.

Wypity poprzedniej nocy alkohol, słońce i moje libido. To wszystko scementowało mnie w miejscu. Po prostu nie mogłem odejść. W kasynie, jeśli ktoś gra już od dłuższego czasu i przegrywa, w jego głowie pojawia się myśl: skoro tyle już postawiłem, muszę postawić jeszcze. Nie chodzi nawet o wygraną, chodzi o pewną zasadę konsekwencji. Podobnie było ze mną. Przeszedłem prawie cale miasto, a w każdym razie znaczną jego część, i co, i miałem odejść, tak po prostu? Nigdy!

Jeszcze raz zadzwoniłem.

- Widzisz rusztowanie? – Moja rozmówczyni cierpliwie tłumaczyła.

- Jestem przy nim, ale nie ma nigdzie numerów, pozdejmowali.

- Idź w stronę ulicy S. – Poszedłem, po przejściu pod lewe skrzydło bloku spojrzałem na otwierające się okno. Zobaczyłem okrągłą twarz blondynki. No oko miała dwadzieścia kilka lat. Z pewnością więcej niż dwadzieścia pięć. Uśmiechnięta, powiedziała, który przycisk mam wcisnąć. Klatka schodowa okazała się duża. Z zewnątrz nie wyglądało to tak okazale. Wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi obitych tanią boazerią. Wszędzie ciemno. Na klatce, w mieszkaniu, którego drzwi otworzyły się niemal natychmiast po moim pukaniu. Ciemność. Tak, dzień nie jest dla takich ja my.

Spojrzałem na dziewczynę, która już za chwilę miała rozkładać przede mną nogi. Bez żadnych uczuć, bez żadnych emocji. Moje pieniądze, za jej ciało. Chyba uczciwa wymiana. Blond włosy, opadały na dosyć masywne ramiona. Piersi, nie do końca duże, jak na jej dużą figurę. Szerokie biodra i duży brzuch. Grubaska o średnich cyckach. Może być, choć liczyłem na grubaskę o dużych, monstrualnych cycach. Rozebrałem się. Zostałem tylko w skarpetkach, wedle wskazań buraczanej mody. Duża blond diva, ściągnęła zwiewną sukienkę na ramiączkach. Czarną, pokrytą jakimś kwiatowym wzorem. Zobaczyłem ją nagą, w świetle słońca przenikającego przez żaluzję. Miała białą, delikatną skórę. Miła w dotyku, świeża, co w tym fachu wydaje się być niemożliwym. Podszedłem do niej, podotykałem jej łona, piersi. Ptak wyprostował się do lotu. Założyła mi gumę. Sama położyła się na czymś w rodzaju kozetki, leżanki, ale dosyć wysokiej. Położyła się i zadarła nogi do góry, odsłaniając delikatnie obrośniętą jasnymi włosami cipkę. Podszedłem do niej, delikatnie zgiąłem nogi w kolanach i w nią wszedłem. Przyjemnie ciepło otuliło mojego penisa. Jak to mawiają, w kobiecie liczy się wnętrze, musi być cieplutkie i wilgotne. Rytmiczne ruchy, w połączeniu z obserwacją jej ciała, doprowadziły mnie do szczytowania w zbiorniczek na końcu condomu. Dwa ostatnie pchnięcia i resztki wczorajszej imprezy, które skumulowały się w mojej spermie, zostały wydalone. Tylko tyle? Całe przedpołudnie chodzę, rozmyślam, kto wie, może nawet jestem autorem nowej filozofii, a tu pstryk i po wszystkim. Jeden spust i jestem „po”. „Trzy ruchy i wór suchy”, jak mawia Mati – najbardziej dwulicowy z moich znajomych. Cały ten seks, to być może jedna wielka lipa. – Tak czasem myślę. Tak, od pewnego czasu, zaczęło mnie prześladować pewne przeczucie. Pewna myśl, która niewiadomo skąd zakiełkowała w mojej głowie. Później, mimo, że nikt jej nie podlewał zaczęła rosnąć i wydawać plony. Plony, które objawiały się w nachodzących mnie myślach. Dlaczego? Po co to wszystko? Powtarzając za Orwelem: rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego. Wiedziałem, jak znalazłem się w tym popapranym światku, ale nie wiedziałem dlaczego. Jak? Bardzo prosto. Wchodzisz w coś. Dla frajdy, z ciekawości, bądź z jakiegokolwiek powodu. Zaczynasz coś robić. Robisz i nie zastanawiasz się nad niczym. Są nowe doznania, nowe przeżycia i poczucie odkrywania. Nie zadajesz pytań, wchodzisz w coś, jest dobrze. Pewnego dnia budzisz się i dostrzegasz, że masz życie, na które nie pisałeś się wcale, ale je masz i co dalej z nim? Ok, masz, co masz. Teraz pytanie dlaczego? Być może to przejaw pychy, ale uważam siebie za osobę, całkiem rozgarniętą. Mam sprawny umysł, kojarzę fakty i mam przyzwoitą intuicję. Mając tego rodzaju przymioty, nie mogłem zauważyć, że krzywa mojego życia w pewnym momencie skręciła i to niepokojąco skręciła. Dlaczego? Co takiego we mnie jest, że musiałem tak bardzo pobłądzić? Dobre pytanie, ale może zadane na wspak? Czego takiego we mnie nie ma, że szukam tego na zewnątrz. Tak, to była ta myśl, która od bliżej, nieokreślonego czasu, nie opuszczała mnie. Dlaczego popadłem w burdelowo? Chęć nowych doznań? Na początku, z pewnością, ale w zasadzie doznałem więcej, niż przeciętny człowiek przez szesnaście żyć. Może chodziło o chęć wsadzenia w jak największą ilość szparek? Na początku, może tak. Z resztą, nie chwaląc się, bez burdelowa, wsadziłem w więcej kobiet, niż moi znajomi, szybko dotarło do mnie, że jeśli dodam burdelowo, to ścigam się praktycznie sam ze sobą. Co to tu dużo gadać, tyko jedna osoba, mogła stanąć ze mną w szranki. Kubex. Człowiek lubiany i nienawidzony. Rozpuszczony bachor, który kiedyś mógł nosić miano mojego guru dupczenia, chociaż dziś, po latach, pewnie zostawiłem go daleko w tyle.

Wracając do tematu. Myśl, która mnie prześladowała, jak to ująć, przestrzegając zasad gramatyki i interpunkcji. Może najprościej. Burdelowo, to poszukiwanie. Poszukiwanie jakiejś brakującej części mnie. Chęć zapełnienia pewnej pustki, czymś. Czymś, czego szukałem na zewnątrz. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, że to jest we mnie. Ale, wtedy nie było by tyle zabawy.

Poruchałem. Zjadłem obiad, w postaci kebabu i wróciłem na mieszkanie. Jeszcze nie zdążyłem przekroczyć progu, kiedy usłyszałem Miszę:

- Szykuj się okurwieńcu, wieczorem idziemy do P. nasi organizują balet.

- Co? – nie mogłem zrozumieć, dopiero, co skończyliśmy wczoraj i znowu?

Wieczór. Klub P. Mieszanka, szpanu, młodości i hormonów targających młodymi ludźmi. Dwa parkiety i barierki wokół, dla tych mniej rozgarniętych. Siedzę w loży, z pięcioma dziewczynami. Znam Gosię, Justynę i Kaśkę. Reszta to ich koleżanki. Zostałem ładnie przedstawiony. „To ON, uważajcie to kurwiarz, jakich mało”. Miód na moje uszy. Dziewczyny, oburzone, zerkające na mnie i coś szepczące sprawiały wrażenie prawdziwie oburzonych. Popijałem czysty Absolut i zastanawiałem się której wsadzić. Nie wiem dlaczego pomyślałem o Dagnie. Ta naturalna brunetka, miała w sobie coś tak cudownie nieuchwytnego, że miałem na jaj punkcie obsesję. I, żeby było ciekawiej, myślałem, że im więcej szparek będę miał na koncie, to lepiej mi pójdzie z NIĄ, jednocześnie, za każdym razem, kiedy oddawałem się rokoszom z kobietami, które nic dla mnie nie znaczyły, prześladowała mnie myśl, że zaprzedaję szansę, na to, że kiedykolwiek znajdę miłość, uczucie bliskości, szczęście i spokój, jakiego doznają tysiące par, tak zwanych, zwyczajnych par.

Podobno, możemy przyciągnąć swoimi myślami wszystko. Nie zdążyłem odstawić szklanki z wódką na stół. Kruczoczarne włosy i to coś, co jest nieuchwytne. Coś tak wspaniałego, coś tak rozdzierającego. Pragnę jej. Tak, to jedyna myśl. Pragnę JEJ. Wszystko przestaje istnieć. Dagna. Moja ukochana, moja jedyna, która mnie nie zauważa. Boże, jak jej pragnę. Kocham ją. Znika, gdzieś w tłoku, klubowego motłochu. Nie wiem, co mam robić. Patrzę na dziewczyny w loży, pójdę na całość, zaproponuję im loda i seks na świeżym powietrzu. A co mi tam. Ale nie. Przecież to mnie nie zbliży do NIEJ. A tylko jej pragnę. „Boże POMÓŻ, pomóż mi z Dagną. Daj szanse. Daj szanse nam na kontakt, na uczucie. Daj mi szanse, szanse, jako facetowi, żebym się sprawdził, jako mąż, jako ojciec. O kurwa, zagalopowałem się, ale nie..Nie zagalopowałem się. TAK. Tego chcę. Żony, dziecka, miłości. Jestem myślami cztery lata wstecz. Patrzę na swoich rodziców. Takich dziwnie bezbarwnych. Co oni osiągnęli? Średnie pozycje w firmach i syna, życiowego przegrańca. Ja będę inny – zawsze tak myślałem. Do teraz. Patrząc na Dagnę, chcę być, jak moi rodzice. Chcę byś nijaki, chcę tyko kobietę, którą kocham. I nic więcej. To wystarczy. Resztę, będę sam wypracowywał systematycznie i powoli. Niestety. Dagna znika w czeluściach klubu. Kolejne minuty mijają na wypiciu kolejnych „pięćdziesiątek” i rozmowach ze znajomymi. Myśli nie dają mi spokoju. Dosyć tego wszystkiego. Dosyć burdelowa. Pora zagrać za całą stawkę. Moje uczucie, przeciw całemu światu.

Pozbierałem myśli i postanowiłem ruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Przemierzałem klub, szukając mojej damy serca. Niestety, z każdym przebytym metrem, moje nadzieje opadały w głębinę oceanu nicości. JEST. Tak bardzo JEJ pragnąłem. Niestety, tańczyła, z jakimś przygłupem. Mnie pozostała pięćdziesiątka w towarzystwie Miszy. Wyznałem mu, oczywiście „po pijaku” kwestię moich uczuć i poszedłem szukać Dagny. Nie znalazłem JEJ. Wiedziony, jakimś niejasnym uczuciem, wyszedłem na zewnątrz. Tak bardzo jej pragnąłem. Kiedy przeszedłem kilkanaście metrów, dostrzegłem JĄ, Siedziała, z jakimś frajerem, który prawił JEJ komplementy.

Chciałem ruszyć, od razu. W głowie miałem artylerie komplementów i słów mających razem tworzyć wyznanie miłości. Nie zrobiłem tego. Dlaczego? Kilka lat później wciąż zadałem sobie to pytanie. Nie znałem odpowiedzi. Po prostu. Odpuściłem. Nie czułem się godny. Jej i tego świata, prostych uczuć i relacji. Na pocieszenie, został głos w mojej głowie: zrezygnuj, już wybrałeś drogę, poddaj się jej, nie walcz. Poddaj się, poddaj się.

Nie podszedłem do NIEJ. Starałem się to zapić, zaćpać, nie czuć straty. Jednak los mi mówił: po raz klejony sprzedałeś duszę. Dla ciebie nie ma ratunku. W końcu, ile razy można bezkarnie sprzedać duszę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Gruba blondynka cz. I

16 lut

     Byłem wtedy studentem, imprezowałem, dupczyłem, piłem, troszkę ćpałem, bla bla bla. Jeśli ktoś zadał sobie trud przeczytania kilku moich postów, to doskonale wie, że fabuła jest tak jakby podoba. Może wręcz nudna, ale takie jest, kurwa, życie. Zawsze pod powłoką imprezowego life stylu, gdzieś na samiutkim dnie duszy pozostałem romantykiem. Nieporadnym, chłopcem, marzącym o wielkim uczuciu. Uczuciu na dobre i na złe. Nigdy nie odkryłem, czy moje obsesyjne pragnienie Dagny, było gorącym, niczym wulkaniczna lawa uczuciem, czy raczej obsesją, schorzeniem, które chłodna ocena psychologii zakwalifikowałaby jako objaw psychpatologiczny ICD ileś tam.

     Ten epizod też zaczął się od balangi. Wóda, znajomi, jakieś lachony. Standardowy akademicki wieczór. Było świetnie, dobra zabawa, uśmiechnięci ludzie, nieco obskurne ściany akademickiego klubu, nadawały klimat. Było kilka dobrych godzin po północy, kiedy każdy poszedł spać, zmorzony ciężkim imprezowym etatem.

     Będąc jednym ze Szwagrów, a uważam, że na takie miano zasłużyłem, kontrolowałem na bieżąco Stronę i ogłoszenia. Zawsze, moją uwagę przykuwało jedno. Ogłaszała się jako „pulchna blondynka”. Nie jestem wielbicielem „aż tak” pulchnych kobiet. Faktem, jednak jest, że pewien odsetek grubasek jest pociągający. Jest, kilka procent kobiet z nadwagą, które mają śliczną twarz, nieziemskie cycki, bądź cokolwiek innego. Stawiam pół pensji, że każdy, kiedyś, czy to w pracy, czy to w szkole, spotkał taką dziewczynę. Dziewczynę, która, byłaby super dobra, gdyby, „nie ta monstrualna dupa”, gdyby, „nie te biodra, szerokości SUVa”, mnożyć można takie przykłady. Intrygowała mnie ta diva. Zdjęcia, tajemnicze, nic nie ukazujące, lakoniczne ogłoszenie. Kurwa. Muszę być w niej – pomyślałem.

Po przebudzeniu, jeszcze lekko podchmielony, pomyślałem właśnie o niej. Być może się powtarzam, ale seks na kacu, ma swój urok. A co do uroku, to jest on wiele większy, z płatną divą, niż z przysłowiową „normalną dziewczyną”. Przetarłem, zaspane oczy. Była końcówka kwietnia albo początek maja. Piękny czas. Dla studentów, nie ma piękniejszego czasu. Każdy, nawet najbardziej opieszały student zaliczył braki z sesji zimowej, a do letniej pozostają długie tygodnie. Świat wydawał się nie mieć szarych barw. Nie brałem prysznica, umyłem tylko zęby i jeszcze, nieco chwiejnym krokiem poszedłem na spacer. Słońce. Słońce, to rzecz magiczna. Nie dziwię się ludom pierwotnym, że wyznawali bóstwa solarne. Słońce, to nie tylko promyk, jasno i ciepło. Jest coś tak magicznego w słonecznej pogodzie, że nie da się tego uchwycić. Czasami, jedne promyk słońca, któremu uda się przebić przez chmury, potrafi dać nadzieję, tchnąć w nas optymizm i „zapewnić”, że będzie dobrze.

Tak było dziś. Krok za korkiem, szedłem w stronę dobrego humoru, ciepła, ludzi i dobrego samopoczucia. Nieco osłabiony, z troszkę bolącą głową, ale wciąż szukający. Szedłem bez celu, do głowy przyszła mi niewinna myśl, że przecież, jeszcze nie zadzwoniłem do divy, która sama siebie określała, jako „pulchną blondynkę”. To też była część rytuału. Usłyszeć głos. W dobie coraz doskonalszego obrazu, porzuciliśmy zmysł słuchu, tak jakby stracił na ważności. Tym czasem sto procent przyjemności, to działanie na wszystkie zmysły. Burdelowo, w pewnym sensie tak właśnie działało, na wszystkie zmysły. Wyobraźnia podpowiadała, co może mnie czekać za bramą tej krainy. Kiedy słyszałem głos divy w słuchawce, zamierałem. Starałem się uchwycić każdą, nawet najmniejszą zmianę uczuć w jej głosie. W pewnym momencie, nabrałem niebywałej wprawy w tym, jeśli mogę użyć tego zwrotu, rzemiośle. Głos zdradzał wiele. Ile czasu pracuje w branży, jaki ma charakter, czy warto zostawiać tam pieniądze.

Po kilku minutach rozmowy, miałem w głowie obraz „pulchnej blondynki”. Nie było w tym obrazie nic, co by mnie zadziwiło lub zaskoczyło. Mimo wszystko, jakaś niewidzialna siła kierowała mnie w kierunku głosu z słuchawki. Okazało się, że to mieszkanie jest położone dosyć daleko. Nie przeszkadzało mi to. Zatrzymując się w spożywczych sieciówkach, wzmacniałem organizm ananasowymi jogurtami i napojami izotonicznymi. Szedłem krok za krokiem, ulica za ulicą. Myśli, niczym magnetofon odtwarzały wydarzenia wczorajszej nocy. Było kilka ładnych dziewczyn. Przypomniałem sobie obraz Marty. Szczupłej dziewczyny, z włosami ufarbowanymi, w kolorze ciemnobrązowym. Była roześmiana, sympatyczna i zadziorna z charakteru. Zaraz, zaraz. Wspomnienie jej śmiechu, odpaliło alarmową lampkę w mojej głowie. Dlaczego? Siadam na ławce, w cieniu, pod kilkupiętrowym blokiem. Muszę odpocząć i pomyśleć. Chwila zastanowienia. No tak. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy wszyscy dotarli do momentu, gdy moc jest na wyczerpaniu i trzeba kończyć imprezę piłem piwo (ostatnie) z Martą. Śmiała się, było wesoło i wtedy uznałem, że będzie jeszcze weselej, gdy powiem jej: „masz bardzo sympatyczny uśmiech, chciałbym się na niego spuścić.” Kurwa. Ja to powiedziałem. Nie, nie powiedziałem. Sięgam po telefon. Dzwonię do Miszy. On, kręcił się w pobliżu, może coś powie na ten temat.

- Siema, jesteś gość! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dlaej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty.

To tyle jeśli chodzi o naszą rozmowę. Tak więc powiedziałem TO. I co z tego. Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale jakby inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo