RSS
 

Notki z tagiem ‘miasto’

Nie zawsze jest kolorowo cz. prawie ostatnia

25 sty

Cwana blondynka

Centrum miasta. Blok, jakich wiele, pewnie nikt nie kojarzy anonimowego mieszkanka z burdelem. Ruch uliczny, dziesiątki ludzi, którzy w zamyśleniu idą przed siebie. Anonimowe mieszkanie, jedno z wielu. Czasem wydawać by się mogło, że bywalcy burdelowa są, niczym pijacy przeniesieni w czasie i przestrzeni z okresu prohibicji. Albo jak hazardziści, którzy znają tajny świat karcianych melin. Znają inny wymiar w każdym mieście i miasteczku. Do tej grupy należę również ja.

Zbliża się godzina wyjścia z pracy. Rząd cyferek, dane osobowe, wszystko zbliża się do końca. Na dziś. Error. Brak połączenia. Oprócz mnie, znad komputerów głowy podnosi kilka zdezorientowanych korpoludów. No tak, awaria, kolejna. Trzyminutowy zamęt opanował koordynator projektu. Jasne decyzje: dziesięć minut przerwy, bez niepotrzebnego rozchodzenia się. Niecała godzina do końca pracy. Mija kolejne trzy minuty, w końcu pada decyzja. Do domu.

Chłodne powietrze ogarnia mnie przed wejściem do firmy. Staram się żyć według grafiku, dlatego ponadprogramowe czterdzieści kilka minut, nieco mnie rozbija. Mam tylko jeden scenariusz na zagospodarowanie tego czasu. Szybki przegląd Strony: lokalizacja – centrum. Mam. Szybka rozmowa przez telefon. Co i za ile. Pięć minut później już wciskam odpowiedni numer na domofonie. Jedną z rzeczy, która mnie niesamowicie kręci w tym świecie jest możliwość natychmiastowej realizacji niemal wszelkich zachcianek.

Drzwi otwiera blondynka, raczej przeciętna. Kiedy dłużej się jej przypatruję, dochodzę do wniosku, że jest kobietą o przeciętnej urodzie, która stara się zwiększyć atrakcyjność farbowaniem włosów i makijażem. Zadymiony przedpokój, obity boazerią przypomina mi w ilu takich mieszkaniach już byłem. Z przedpokoju można wejść do jednego z trzech pomieszczeń. W prawo, lewo lub prosto. Na lewo jest łazienka, na prawo coś na kształt pokoju stołowego, nieco mniejszy znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Diva wprowadza mnie do pokoju na wprost. Stary tapczan, w pomalowanym na seledynowo pokoju wydaje się zapraszać. Mówię, że biorę opcję najtańszą, tak, jak ustalaliśmy przez telefon. „Kwadransik” mówiąc żargonem Szwagrów. Kiwa głową i wyciąga rękę po pieniądze. Wręczam jej wyliczoną kwotę. Siadam wygodnie na tapczanie, Powoli zdejmując spodnie. Diva łapie mnie za Wacława.

- Połóż się wygodnie. – Kładę się na wysłużonym tapczanie. Patrzę w zabrudzony sufit. Moje myśli krążą wokół nowego projektu. Jeśli poprawki KNFu faktycznie wejdą w życie, będzie ciężej. Błogie uczucie rozchodzi się od mojego krocza po całym ciele. Na krótką chwilę nie myślę o firmie, o życiu. Koncentruję się tylko na impulsach, które dostarcza blondynka. Mijają chwilę, w mojego fiuta wpompowana została wystarczająca ilość krwi.

- Połóż się. – Chcę w nią wejść. Bez szaleństw, bez wymyślnych pozycji. Po prostu kilka dynamicznych pchnięć zakończonych orgazmem.

- W kwadransiku masz tylko francuza. – Co? No przecież co innego słyszałem dwadzieścia minut wcześniej. Trudno. Nie będę teraz wyjaśniał, bo jednak, to ona ma mojego kutasa między zębami. Ok. – spuszczę się w pyszczku. Też może być. Dalej leżę myśląc o niczym. Dziwka obrabia kija, co raz częściej wspomagając się ręką. Czuję, że powoli nadchodzi biała fala. Zastanawiam się, czy połknie, czy wypluje. Nagle przestaje ssać. Łapie ptaka tuż przy główce i nad wyraz sprawnie brandzluje. Zaczynam szczytować. Cały ładunek znalazł się na moim brzuchu. Co to ma być? – Moje oburzone myśli pozostają w mojej głowie, gdyż nie bardzo wiem, co powiedzieć cwanej dziwce.

- Trzymaj chusteczkę. – W moim kierunku zostaje wyciągnięta dłoń z kawałkiem papierowego ręczniczka. Odwraca się i zaczyna sprawdzać wiadomości w telefonie. To się nazywa łatwa kasa. Jestem zniesmaczony. Wycieram resztki nasienia z brzucha i rzucam papierowy ręcznik na koc. Coś mi się wydaje, że zostałem wydymany. Ciekawe, czy w tej branży, jako konsument, mógłbym złożyć skargę albo zażalenie. Wychodzę z mieszkania, jeszcze na klatce schodowej nie mogę się nadziwić, jak bardzo, to spotkanie byłe „nie tak”. Trudno, czasem też tak bywa.

 

Paranoja ufarbowana na blond

Od kilku tygodni nie zaglądam w zakazane rewiry. Koncentruje się na aktywności fizycznej, chciałbym przed czterdziestką zobaczyć kaloryfer na moim brzuchu. Zawsze odnosiłem wrażenie, że jestem indywidualnością, ale w kwestii ostatnich trendów, również popadłem w zachwyt nad wyrzeźbionym brzuchem. To nie tylko piękne zjawisko estetyczne, ale również wyraz uporu i ciężkiej pracy. Właściciel, czy też właścicielka pięknie wyrzeźbionego brzucha udowadnia sobie i innym, że potrafi o coś zawalczyć, coś wypracować. To o czymś świadczy. Podziwiam redaktora naczelnego jeden z największych gazet w kraju. Ten facet, nie tylko nie grzeszy urodą i urokiem osobistym, a jeśli wierzyć salonowym plotkom, cieszył i cieszy się bujnym życiem towarzyskim. Jedna z bardziej soczystych opowiastek głosi, że usnął z przyrodzeniem w ustach pięknej panienki z dobrego, warszawskiego domu. Bardzo chciałbym go poznać.

Ćwiczenia fizyczne mają mi pomóc w poskładaniu umysłu i duszy. Gdzieś, na gruzach mojej psychiki, niczym statek widmo pojawia się Dagna. Moja sercołamaczka, moja obsesja. Minęło już ponad dwa lata, a ja wciąż tkwię mentalnie w miejscu naszego wspólnego spaceru. Najłatwiej jest doradzać w sytuacjach sercowych: „zamień na lepszy model”, „znajdź sobie kogoś innego”. Te starte, niczym jeansy, banały są czymś w rodzaju złotych myśli. Problem zaczyna się, kiedy to my jesteśmy bohaterami sercowej historii. Wtedy możemy się przekonać, że wymienione wyżej porady, możemy swobodnie nawinąć na rolkę papieru toaletowego. Z dnia na dzień, czuję jak żądza we mnie wzbiera. Znam ten mechanizm. Można pracować nad silną wolą, nad samokontrolą, nad dyscypliną. Ponad tym wszystkim jest jednak jedno, nadrzędne prawo. Żądza zawsze zwycięży. Nie ma bardziej prawdziwego prawa. Tak po prostu jest. Kiedy napisał mi o tym jeden ze Szwagrów, byłem sceptyczny. Teraz jednak wiem.

Wieczór. Po gimnastyce, która zajęła mi nie więcej jak siedemdziesiąt minut, słucham nagrań hipnotycznych, które mają sprawić, że nie będę palił papierosów. Wiem, że powinienem wyłączyć komputer. Wyjść na spacer, pójść na piwo, na zakupy, gdziekolwiek. Zadzwonić do Iwony z działu reklamacji, umówić się na kawę i później…albo po prostu zmarszczyć Freda pod prysznicem. Nie robię tego. Dlaczego? Bo wiem, wiem, co się stanie. Moje palce same przesuwają się po klawiaturze. Strona. Nowe ogłoszenia. Wszystko dzieje się AUTOMATYCZNIE. Blondynka dwadzieścia osiem lat. Kilkukilogramowa nadwaga czyni z niej odrobinę zbyt postawną dzidzię. Może być. Samochód, bankomat. Po drodze telefon, z ustaleniami co i za ile. Ósme piętro, spokojna dzielnica. Lekko pukam do drzwi. Otwiera dziewczyna, od razu widać, że to ta sama, co na zdjęciach. Wchodzę, do całkiem schludnego mieszkania. Zaprasza mnie do sypialni. Jest ciemno, jedynym oświetleniem jest telewizor, w którym leci „3.10 do Yumy” z dwa tysiące któregoś. Idę po d prysznic. Wracam z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Diva idzie się odświeżyć. Rzuca mi badawcze spojrzenie.

- Coś jesteś dziwny. – Nie wiem jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Siadam na łóżku. Czekam, oglądając perypetie biednego farmera, który chce coś udowodnić synowi, zuchwałemu bandziorowi, a może przede wszystkim sobie. Wraca blondynka. Ręcznik chyba zielony, czyni z niej całkiem ponętną istotę. Znowu to dziwne spojrzenie.

- To co brałeś? – O co chodzi?

- Słucham? – Jej spojrzenie było z gatunku tych spojrzeń, które mnie najbardziej drażnią. Spojrzenie istoty głupiej, która w danym momencie jest przekonana o swojej mądrości.

- No, co brałeś? Jaką pigułę? Słuchaj, mnie nie nabierzesz. – Zaniemówiłem . Kwęknąłem coś od niechcenia. Sięgnąłem ręką do wnętrza jej uda. Liczyłem na to, że przejście do rzeczy zakończy jej durne dochodzenie. Odsunęła się.

- Jak tak chcesz grać, to nie ze mną.

- Co? – Zaczynałem się denerwować.

- Mówisz co brałeś, przecież widzę twoje źrenice. – Miałem ochotę huknąć na nią. Albo roześmiać się. Ty głupia kretynko, jesteśmy w ciemnym pomieszczeniu. Jedynym oświetleniem jest telewizor. Więc, kurwa, jakie mam mieć źrenice. Seks sterylny. Nie rusz, nie dotykaj, to nie, tamto nie. Po kilku prostych ruchach, od tyłu, nastąpił finał tej transakcji. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem. Głupia cipa.

Jadąc samochodem, zadałem sobie pytanie, a co jeśli ona miała rację? Być może burdelowo jest moim narkotykiem, moim nałogiem i nie będąc tego świadomym zachowuję się jak ćpun. Jaka jest różnica między mną, a menelami skamlącymi o dwa złote. Ile razy robiłem mocne postanowienie poprawy, ile razy znajdowałem się na zakręcie? Czy kraina burdelowo, okazała się otchłanią? Otchłanią, która mnie wessała i wobec której miałem okazać się bezsilny? Na to pytanie miałem uzyskać odpowiedź w niedalekiej przyszłości.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Cichodajka (smak patologii cz. II)

14 gru

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

- Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

- Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

- Masz prezerwatywy? – Zapytała.

- Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

- Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo