RSS
 

Notki z tagiem ‘krainaburdelowo’

Ostatnia odsłona początku cz. 2

12 paź

Iwa, to nie jest taka zwyczajna kobieta, a może właśnie to kobieta, która w stu procentach jest świadoma swego kobiecego arsenału. Kiedy spojrzeć na Iwę, można ujrzeć farbowaną blondynkę z kilogramowym makijażem. Szerokie biodra czynią z niej „dupiastą blondynę z ekonomii”, tak jest nazywana na wydziale. To jest tylko powierzchnia, pod nią czai się prawdziwa lisica. Iwcia, jak sama opowiadała, ma dobry kontakt ze swoją babcią i, jak przypuszczam, to właśnie babcia wpłynęła na ukształtowanie Iwy. Jeśli przyjrzymy się zachowaniu tej dupiastej blondyny, to niczym panienka z dobrego domu przeniesionego z dwudziestolecia. Zawsze nieco nieśmiała, zawsze nieco spłoszona, swoją postawą ujęła część profesorstwa. Za tym nieśmiałym dziewczęciem kryła się zdeterminowana kobieta sukcesu, która miała jasno określone cele, a wszystko napotkane po drodze albo pomagało w osiągnięciu celu, albo było zbędne. Oczywiście, nie samym kobiecym arsenałem Iwcia dążyła do celu, kobiecy arsenał, to coś, co pomagało, ale Iwa była przede wszystkim pracowita. Zawsze ją za to szanowałem, bo ja sam nie potrafiłem wykrzesać z siebie nawet promila tej pracowitości. Podobnie było w tej chwili. Wszyscy nie potrafili ukryć swojego wisielczego nastroju, dodatkową godziną wykładu. Twarz Iwy wyraża takie samo uwielbienie, jak na każdych zajęciach. Perfekcyjna aktoreczka.

         Zaczynają się wykłady. Głos profesor Danuty rozbrzmiewa w sali. Siedzimy i słuchamy. Patrzę na okno, za nim, gałązka z kilkoma listkami figluje z wiatrem. Patrzę na zegarek, minęło trzy minuty. Dosłownie trzy minuty, a myślałem, że chociaż kwadrans. Czas, to oszukańczy skurczybyk. Staram się słuchać pani profesor. Może to w jakiś sposób wpłynie na postrzeganie czasu. Niestety meandry nauk ekonomicznych same z siebie zbyt ciekawe nie są, a psorka do wziętych retorów nie należy. Sam nie wiem, kiedy odpłynąłem. Popatrzyłem na Iwcię, Iwcia na mnie. Pojawiła się myśl, wspomnienia. Zupełnie jakby mój mózg, w trosce, abym nie zanudził się totalnie, podsunął mi barwne wspomnienia tego, co było, tego, co doświadczyłem, doznałem. Odpłynąłem. Zamiast notować, co wartościowsze słowa psorki, zacząłem pisać listę. Gdy skończyłem, spojrzałem – nieźle, ale mogłoby być lepiej. Errol Flyyn, siedząc kiedyś w restauracji z przyjacielem, spoglądając na przechodzące kobiety, zapłakał. Zapytany o powód płaczu miał odpowiedzieć: „nigdy nie będę miał mich wszystkich”. Tak, moja lista, mogła napawać dumą, mogła być powodem wstydu, mogła być powodem zazdrości lub współczucia, mogła przywołać wspomnienia powodujące erekcję, w końcu, mogło jej w ogóle nie być. A przede wszystkim mogła być znacznie dłuższa. Gra nigdy się nie kończy, zawsze chce się więcej.

         Po wykładzie, który jakimś cudem, z trzema przerwami na kawę, minął, odprowadziłem Iwę na przystanek. Na rynku pojawiał się nowa sieć komórkowa, która swoją ofertą znokautowała konkurencję. Iwa była bardzo zainteresowana i do odjazdu jej autobusu rozmawialiśmy o ofertach, technice i ekonomii. Nowa sieć nie miała jeszcze rozwiniętych salonów dlatego Iwa, zamiast na tramwaj, czekała na autobus. Nasza rozmowa przeplatana z flirtem i podszczypywaniem, była przyjemnym spędzeniem czasu. Spojrzałem na Iwe. Gdybyśmy się kiedyś pobrali, to nasze dzieci usłyszałby sztampową bajkę, jak to mamusia i tatuś poznali się na uczelni. Tak było rzeczywiście, poznaliśmy się na schodach, Iwa szukała sali, ja grupy. Na pierwsze spotkanie dotarliśmy razem. I tak nasza znajomość się rozwijała. Iwa w końcu wsiadła do autobusu.

         Ruszyłem przed siebie. W głowie miałem dwa bieguny myśli: może tak, może nie. Sam nie wiedziałem, co zrobić. Znalazłem jakiś spleśniały numer, pewnie nieaktualny – pomyślałem. Zdzwoniłem. Jednak numer był aktualny. Głos, który mógłby należeć do którejkolwiek kobiety na świecie poinformował mnie, co i za ile. Dowiedziałem się wszystkiego, wsiadłem do tramwaju, skasowałem bilet i gapiąc się na mijane drzewa, sunąłem do przodu. Dotarłem na docelowy przystanek, zacząłem rozglądać się za nazwą ulicy, którą usłyszałem w telefonie. Tak, dla sportu, przecież nie jest powiedziane, że muszę szukać akurat tego bloku. Jeszcze nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem w osiedle i wtedy sobie przypomniałem, to właśnie tu, rok temu, wulgarna kurwa sponiewierała mojego druha i odstraszyła mnie na rok. No dobrze, to z pewnością tu, ale nie jest powiedziane, że to ten sam adres, przez rok dużo mogło się zmienić – pocieszałem sam siebie. Kiedy wchodziłem do klatki, byłem pewien, to ten sam adres. Trudno, teraz już nie ma odwrotu, jeśli zobaczę tę samą rurę, to zrezygnuję, przez rok na ekonomii coś w końcu wiedziałem o prawach konsumenta.

Otworzyła kobieta, która mogła być w moim wieku. Może kilka lat starsza, trudno określić. Młoda, szczupła, o nieokreślonej urodzie, raczej ładna. Zaprosiła mnie do pokoju. Wręczyłem jej pieniądze. Chwilę popatrzyłem na nią i poszedłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, łóżko było zaścielone prześcieradłem, diva poszła się opłukać. Kiedy wróciła po kilku minutach, owinięta bordowym ręcznikiem, przyjrzałem się jej bardziej. Ciemna blondynka o przeciętnej twarzy, szczupła, zgrabna o niewielkich piersiach. Oboje położyliśmy się na łóżku, moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej ciele, w sposób prosty, samczy, prymitywny. Piersi, brzuch, uda, ręka sięgnęła miedzy uda. Przesunąłem dłonią po jej wzgórku. Wygolone łono zdawało się obiecywać mającą niedługo nadejść rozkosz. Diva, początkowo bierna, zaczeła gładzić mnie po udzie. Rytmicznie, z mechaniczną systematycznością. Kiedy na moment przerwałem jej dotykanie. Podniosła się, usiadła na kolanach, w okolicach mojego krocza i pochyliła się. Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Jej usta objęły mój stojący organ. Przyjemne uczucie otulało mnie jak najdroższa pościel. Spojrzałem na nią, jej głowa unosiła się i opadała, spokojnie, miarowo. Uznała że to już. Założyła prezerwatywę i mnie dosiadła. Góra – dół, góra dół, nic się nie odzywałem, delektowałem się jej ujeżdżaniem. Jedną dłoń położyłem jej na udzie, drugą ścisnąłem pierś. Patrzyłem na jej twarz, bez żadnych emocji, pełen profesjonalizm. W końcu obie dłonie wylądowały na jej pośladkach. Przyspieszyła. Zaproponowałem zmianę pozycji. Ułożyła się na boku, a ja w nią wszedłem. Poruszając się powoli, napawałem  się jej ciałem. Skończyłem od tyłu. Runda druga, zaczęła się klasycznie, skończyliśmy na jeźdźca. Po wszystkim, usiedliśmy na łóżku. Powiedziała, że od dwóch lat jest w zawodzie, od pół roku w mieście. Nieco mi poopowiadała o swojej profesji.

- Każda dziewczyna (czyt. prostytutka) woli starszych. Można troszkę porozmawiać, poprzytulać się i zawsze lepiej zapłacą. Nie wymęczą tak dziewczyny, jak młodzi. Młodzi, zazwyczaj mają mało kasy, a chcieliby najlepiej od razu na pięć godzin brać dziewczynę.

Powiedziała mi o Stronie i Forum. Słuchałem z zainteresowaniem. Nie zdziw się, jak rozpoznasz tam którąś z koleżanek. – Zaśmiała się. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Czas minął.

Wieczorem, z głośnika leciały dźwięki najnowszej piosenki Nelly Furtado, a ja niemal zahipnotyzowany, przesuwałem pasek na stronie www. Patrzyłem na profile, zdjęcia, opisy, ceny, telefony kontaktowe. Następnie Forum. Wszystko przyprawiło mnie o ucisk w żołądku, z podniecenia. Oto patrzyłem na nowy szlak, krainę wprost przepełnioną doznaniami. Uzmysłowiłem sobie, że patrzę na możliwość realizacji chyba każdej zachcianki. Wtedy byłem przekonany, że stoję u progu cudownej krainy, młodzieńcza naiwność, zdawała się tak udekorować ten mikrokosmos, że nie zauważyłem bardzo istotnej rzeczy. Za tymi wszystkimi obrazkami, obietnicami, które patrzyły na mnie z monitora i które w dużej mierze sam sobie wykreowałem, była otchłań, otchłań ziejąca pustką. Tamtego wieczoru spojrzałem właśnie w tę otchłań, a ona spojrzała na mnie. Moja naiwność zaślepiła mnie na tyle, że patrzyłem na tę otchłań i jej nie dostrzegłem, ja za to nie umknąłem jej uwadze.

Przestałem być debiutantem, tamtego wieczoru wstąpiłem do grona Szwagrów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ulicznice; vol 2

01 paź

Marcin z Edytą wrócili. Radośnie przywitaliśmy się, W ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się, szczerze i bardzo. Jednak, wydarzenie sprzed godziny, wybudowało miedzy nami coś, na kształt niewidzialnej płyty. Jakaś część mnie oderwała się od rzeczywistości. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy, od jesieni, do lata poznałem tę krainę, że ją znam, niemal na wylot. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Wtedy moi znajomi, przegrali z nią. Poszedłem razem z nimi, na domówkę, wypiliśmy morze piwa. Śmiałem się, flirtowałem i mile spędzałem każdą chwilę. To jednak była tylko część mnie. Wszyscy obecni mogli uścisnać mi dłoń, porozmawia ze mną, wypić kieliszek wódki, ale tak naprawdę, nie było mnie tam. Już odliczałem godziny do kolejnego wieczoru. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę, to oznaczało, że mam wolny wieczór. Już nie mogłem się doczekać. Nad ranem wróciliśmy do akademika moich przyjaciół. Mimo alkoholu, nie mogłem zasnąć. Mroczna kraina, wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była przeze mnie nie zauważona, przynajmniej wtedy. Coś było we mnie, coś, co skaziło mnie bezrefleksyjnością.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Marcin knajpy. Galerie, mimo, ze niby jedne z największych w kraju, to jednak, nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, ty tylko obraz zubożenia duchowego człowieka, gdzie by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo, jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy, pijąc ich firmową colę. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery, było chłodniej, wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi, tylko dla mnie byli niewidoczni, wiedziałem, ze gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem, niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznicę. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Podszedłem do wysokiej brunetki, pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę, niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

- Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chodziło o nic innego, jak o to, że nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga, wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy ja starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem, przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

- Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

- Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem, gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

- Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

- Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

- Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał z kolei mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

- Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na penisie. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko puściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 - Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następna noc, to już przejazd na dworzec, pożegnanie i wsiadłem do autobusu. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Co do znajomych ze szkoły średniej, z czasem nasze drogi rozeszły się. Telefony do siebie nawzajem, zamieniły się w smsy z okazji świąt, te z czasem rozpłynęły się w prozie dnia codziennego.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo