RSS
 

Notki z tagiem ‘kobiety’

Pora i sposób na podryw?

17 lis

Przychodzi baba do lekarza:

- W jakich porach pan przyjmuje?

- W sztruksach. – Odpowiada lekarz.

Tytułem wstępu, stary suchar.

Idąc przed miasto, kilka dni temu, kąsany lodowatą mżawką, patrzyłem przed siebie, starając się uchwycić co ładniejszą kobietę. Niestety. Pogoda nie tylko mnie przygarbiła. Skuleni, przygarbieni ludzie co prędzej zmykali do swoich docelowych miejsc. Dotarłem do przystanku. Po kilku minutach wsiadłem do tramwaju. Rozejrzałem się. Niewiele się zmieniło w postawie ludzi. Każdy zziębnięty, jedni stojąc, inni, siedząc, każdy wydawał się skulony. Jedna tylko kobietka siedziała, jakby poza zasięgiem siedziała, dumna, wpatrzona, gdzieś przed siebie, a jej rudo-brązowe włosy, spływały po ciele luźno, niczym woda, spływająca górskim potokiem.

Wieczorem, usiadłem i zastanowiłem się, czy natura nam sprzyja, niekiedy w podchodach miłosnych, czy w typowo, industrialnym świecie, gdzie technika wypędza wszelkie odruchy naturalności aura na zewnątrz nie odgrywa większej roli. Podobno miesiące maj – sierpień, to sezon randkowy. Pogoda, odkryte ciała i tak, jakby większa motywacja (wypływająca z obszaru poniżej brzucha, a powyżej kolan), do poznawania nowych osobników. Natomiast czas jesienno – zimowy, to czas snu i stagnacji.

Z historycznego punktu widzenia, to się nie sprawdza. Polskie ziemiaństwo, właśnie w zimie opuszczało swe majątki i zjeżdżało do miast, na karnawały. A tam się działo…

Czytałem też, jakiś czas temu, wywiad z odsiadującym karę oszustem matrymonialnym, który, z rozbrajającą szczerością przyznał, że prowadził coś, na kształt kalendarza pracy. Lato to sezon wszelakiej maści kurortów i miejscowości nadmorskich. Koncentrował się tylko na tych obiektach, w Polsce lub za granicą. Jesień spędzał w miastach. Galerie (nie handlowe), restauracje, bankiety. Zima, to sezon typowo górski, Stoki, hotele w pobliżu gór etc. Prawie cały rok pracował. Jak wyznał, tylko wiosna, była nieco lżejszym zawodowo okresem w roku.

A może to mit? Czy dziś pory roku kogoś obchodzą, skoro mamy:

Profesjonalizm i tradycja

 Biuro matrymonialne, to pewien archaizm.  Kilkanaście lat temu, przed nastaniem ery Internetu tego typu instytucje były nieco bardziej rozpowszechnione. Właściwie obok kącików towarzyskich w czasopismach, był to jedyny sposób  na zawarcie znajomości drogą niekonwencjonalną. Biura matrymonialne były, ale czy są nadal? Z biegiem czasu, rozwój portali randkowych w znacznym stopniu wyeliminował tradycyjne biura. Dziś nie ma śladu po takich instytucjach. Nie znaczy to jednak, że tego typu działalność zniknęła na dobre. Pozostały te największe. Kiedyś mieliśmy filie w każdym regionie kraju. Dziś z przyczyn ekonomicznych ograniczyliśmy siedziby do dwóch miast: Ustki i Warszawy – mówi pan Henryk, przedstawiciel jednego z biur matrymonialnych o ogólnopolskim zasięgu. – Działalność prowadzimy w całym kraju, tu ułatwieniem jest Internet, który jest pierwszym kontaktem − kontynuuje.  Wchodząc na stronę internetową biura widzimy możliwość wybrania płci, przedziału wiekowego oraz regionu. To nie wszystkie, resztę ofert oraz pełne profile osób z regionu można dostać po zalogowaniu się i co ważniejsze po wniesieniu opłaty członkowskiej. Ta może być różna: od 350 PLN do 200 euro, zależy, jaki wariant wybierzemy. W zamian mamy dostęp do bazy danych z kraju i zza granicy. – Po wniesieniu opłaty i uzupełnieniu swoich danych, klient określa kogo szuka, chodzi o wiek, region albo promień w jakim chce szukać, ewentualnie jakieś inne preferencje. My wtedy pomagamy szukać i wysyłamy dokumentacje z profilami osób, które mogą pana lub panią zainteresować. Przesyłka dostarczona jest emailem lub listem poleconym. Na kopercie nic nie wskazuje, że to korespondencja pochodząca z biura matrymonialnego. Gwarantujemy pełną anonimowośćmówi pan Henryk. Na pytanie o cenę opłaty członkowskiej przedstawiciel biura odpowiada: − Z definicji nasze biuro jest skierowane do osób poważnych. Kwota jest wysoka, to prawda, ale to pozwala nam oddzielić ludzi poważnych, którzy naprawdę kogoś szukają, od nieodpowiedzialnych ludzi szukających tylko przygody. Tacy częściej zakładają profile na różnych portalach internetowych. Ponadto zawsze staramy się weryfikować osoby, które się do nas zgłaszają, jeśli zdarzają się oszuści, bo tacy też się zdarzają, to natychmiast eliminujemy ich z bazy danych.  Pytam, o jakich oszustów konkretnie chodzi. – Przede wszystkim pilnujemy, żeby w profilu takiej osoby była prawda, jeśli dochodzą do nas sygnały, że coś się nie zgadza z informacjami, które są wpisane, prosimy o natychmiastowe wyjaśnienie. Zdarzało się, że ktoś pisał, że jest wolony, a w rzeczywistości miał żonę, albo miała męża. Z czymś takim walczymy. Wszystko zależy, jaki kaliber ma kłamstwo, jeśli pani odejmie sobie 3 kilogramy podając wagę, a pan doda sobie 3 centymetry w rubryce wzrost, to można wybaczyć – tłumaczy profesjonalny swat. Wydawać by się mogło, że czaty i portale randkowe są konkurencją dla tego typu działalności. Jednak okazuje się, że nie do końca tak jest.

Na rynku jesteśmy od ponad dziesięciu lat. Możemy pochwalić się sukcesami w tej materii. Są pary, dziś małżeństwa, które poznały się dzięki nam. Nie jestem przekonany, czy powstałe w Internecie portale zagrażają nam. Chyba swoją działalność kierujemy do innej grupy osób. Oni stawiają na ilość założonych kont, my na jakość. Oczywiście nie gwarantujemy nikomu małżeństwa, czy związku, bo jak podkreślam, my tylko pomagamy szukać. Co z tą znajomością zrobią nasi klienci, to już ich sprawa – wyjaśnia p. Henryk. Jak twierdzi mój rozmówca większość ludzi jest zadowolona, bo prędzej, czy później znajduje sobie kogoś przez biuro. Ciekawostką jest fakt, że na tego typu krok nie decydują się wyłącznie ludzie starsi. Najliczniejszą grupą jest grupa 30 – 40 lat. – Zdecydowanie więcej młodszych jest pań.  Panowie decydują się na naszą pomoc po trzydziestce, najczęściej przed czterdziestką. Natomiast panie wcześniej myślą o tych sprawach. Najmłodsze w naszej bazie mają dwadzieścia cztery lata. Pracują, albo są na ostatnim roku studiów. Z reguły jest tak, że nie znalazły nikogo przez okres studiów ani w swoim środowisku zawodowym, to na wszelki wypadek zgłaszają się do nas. To oczywiście nie przesądza sprawy, z reguły tacy młodzi ludzi po kilku miesiącach rezygnują z naszych usług, bo znaleźli sobie kogoś.

Wirtualny @mor

 Następcami biur matrymonialnych stały się czaty oraz portale społecznościowe i randkowe. Największy boom  dawno minął i niektórych portali już nie ma, a pokoje czatów świecą pustakami, ale można jeszcze kogoś poznać w wirtualnym świecie. Wchodzę na czat regionalny. Około siedemdziesięciu  osób. Rozpoczynam korespondencję.

Malinka okazuje się być maturzystką, której rodzice każą siedzieć i się uczyć, przez co ograniczają wyjścia. Jej zemsta jest słodka, zamiast się uczyć klika na czacie. Marta06 pracuje w jednym z urzędów, czat to forma relaksu, nie traktuje go poważnie. Po kilku minutach, to do mnie piszą obcy: Mark24 pyta, czy jestem bi, czy homo? Nie nawiązuję korespondencji. Ładna/Słodka za doładowanie konta w telefonie komórkowym oferuje pokaz na skypie. Zaznacza, że widać wszystko i mogę wydawać polecenia. Czat jednak nie był dobrym pomysłem, zamykam okno czym prędzej.

  Zakładam profil na jednym z najstarszych portali randkowych.  Kiedy wpisuję cechy poszukiwanej przeze mnie osoby (wiek, miasto) wyskakuje mi kilkadziesiąt profili. Przeglądam poszczególne strony. Członków tej społeczności można podzielić na trzy grupy:

-ludzi stanu wolnego, klikających z nudów i w formie zabawy, ale nie wykluczających poznania kogoś

-ludzi wolnych, ale starających za wszelką cenę zmienić istniejący stan, chociażby za pomocą sieci.

Ostania grupa składa się z ludzi „z przeszłością” i „po przejściach” dla których Internet ma być źródłem drugiej towarzyskiej lub miłosnej szansy. Wiedziony ciekawością nawiązuję kontakt.

Pierwszą osobą jest Angel, trzydziestopięcioletnia właścicielka sympatycznego uśmiechu. Rozwiedziona. Jak zaznacza w profilu, nie szuka przygód, a w ludziach szuka inteligencji, odwagi i szczerości. Jak pisze, portalu nie traktuje w stu procentach na poważnie, ale liczy, że może kogoś znajdzie.

Inaczej swoją obecność na portalu widzi Nadzieja. Ma dwadzieścia jeden lat, pasjonuje się fotografią, jak sama mówi nie jest do końca przekonana, co do tej formy znajomości. Portal traktuje bardziej jako społecznościowy niż randkowy i nie jest na nim szczególnie aktywna. Poznała kilku wirtualnych znajomych, ale znajomość ogranicza do portalu, jak twierdzi, nie widzi powodu zawierania bliższej znajomości.

Dla Ani Internet to sposób na znalezienie wymarzonego faceta, wymarzonego, czyli wysokiego i takiego, który co dzień będzie kochał mocniej i mocniej, z którym będzie „nadawać na tych samych falach”. Grażyna48 to rozwódka, po rozpadzie małżeństwa postanowiła iść z duchem czasu i w sieci poszukać kolejnej uczuciowej przystani. Jak twierdzi, mało jest miejsc, gdzie ludzie w jej wieku mogliby wyjść pobawić się i poznać. Poza tym portal, to duża oszczędność czasu. Kilka korespondencji i wiadomo, czy dalsza znajomość ma sens, czy nie. Niestety portal zawiódł jej oczekiwania. Jak sama mówi początkowo wyglądało to zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o facetów, to uważa, że nie ma w sieci facetów szukających normalnych relacji: − Większość szuka tu seksu, bo nie stać ich na prostytutki – pisze.

 Wszelka działalność mająca na celu kojarzenie par zawsze będzie budzić różne emocje. Dla jednych to wyraz nieporadności w pewnej płaszczyźnie życia, dla drugich coś normalnego – znak czasów. Po części jedni i drudzy mają rację. Ludzie zakładają konta na takich portalach, bo jest deficyt fajnych facetów, a taki portal zawsze daje nadzieję – mówi Agata, studentka  na pierwszym roku. Nie do końca zgadza się z nią Przemek, student ostatniego roku: − Kiedyś się bawiłem w takie wirtualne randki, ale dałem spokój, jednak najlepiej jest wyjść do ludzi. W necie, nigdy nie wiadomo, z kim się klika.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Cycatka cz. II

30 paź

Tak rozpoczęła się moja przygoda z Cycatką. Nie minął tydzień, gdy urozmaiceniem popołudnia były odwiedziny mieszkania w olbrzymim bloku. Tym razem dochodziłem trzymając ją za biodra i mocno dobijając. Fale rozkoszy potęgował fakt, że jej ruchy sprawiały wrażenie złaknionych, nie wiedziałem, czy to ja dobijam, do dna jej pochwy, czy to ona z premedytacją nabija się na mój sztywny pal. Kto tu kogo dyma? Jestem zdania, że facet lubi porządzić w łóżku, ale nie ma co ukrywać, są kobiety, które rżną facetów, którzy, o ironio, nie mają świadomości, że są rżnięci.

Mijały tygodnie, później miesiące. Każda wizyta przynosiła coś nowego. Z przodu, z tyłu, z boku, między cyckami, z mega długim francuskim wstępem. Najczęściej nasze spotkania miały charakter wymiany barterowej. Towar, za towar. Jej orgazm, mój orgazm. Jakoś, pieniądze zeszły na dalszy plan. Oczywiście były, ale odniosłem wrażenie, że nie były najważniejsze. Podczas którejś z wizyt powiedziała, że dla mnie jest tylko jedna stawka, najniższa, tak zwany „kwadransik”, bez względu na to, ile u niej zostałem. Być może ponosi mnie pycha, ale chyba jej było po prostu dobrze, symboliczna kwota była potrzebna, po to, żebyśmy oboje pamiętali, co leży u podstaw naszej relacji.

Jesienny poranek nie napawał optymizmem. Patrzyłem na stalowo-granatowe niebo i z obrzydzeniem myślałem o dniu rozpoczynającym się od dwóch godzin wykładów. Osad, w kształcie okręgu pozostał na wysokości trzech czwartych sporego białego kubka z grafiką przedstawiającą piracki statek. Dopiłem resztę kawy. Niespieszenie ubrałem kurtkę i buty. Pierwszym uczuciem po wyjściu z klatki było niemiłe zimno na twarzy. Najchętniej uciekłbym z powrotem do łóżka. Odnoszę zwycięstwo nad swoim charakterem. Zaciskam zęby idę w stronę przystanku. Kolejny podmuch wiatru, przynosi myśl. Ledwie zakiełkowała, a już rozrosła się w całym mózgu, niczym chwasty na nieuprawianym polu. Patrzę przed siebie, niecałe sto metrów dzieli mnie od przystanku. Moja ręka wędruje do kieszeni, wyczuwam obudowę telefonu. Jest zbyt wietrznie, żeby rozmawiać. Idę pod dużą tablicę z ogłoszeniami. Jest nieco spokojniej. Zamieniam kilka zdań przez telefon. Już wiem. Nie idę w stronę przystanku. Skręcam i idę chodnikiem, którego płyty przypominają falę na morzu. Znam drogę na pamięć. Przycisk domofonu i brzęk, który zwiastuje orgazm w najbliższej przyszłości. Otwiera mi drzwi, jest w zielonej koszulce, która sięga niemal do połowy jej oliwkowych ud. Czuję ucisk w podbrzuszu. Dopiero wstała. W teorii, mieszkania, gdzie przyjmowani są klienci, to tylko miejsce pracy. Kiedy jednak przebrnie się przez ten obszar klient – dziwka, nawiąże się jakąkolwiek nić relacji, okazuje się, że nie jedna mieszkaniówka, to nie tylko miejsce pracy, ale też mieszkanie. Wiedziałem, że Cycatka też tu mieszka.

- Brzydka pogoda, prawda?

-Bardzo, nie chce się wychodzić – zaczynam się rozbierać.

- Mam zapasy w lodówce, siłą mnie nie wyciągną, cały dzień przeleżałabym pod kołdrą. W sumie to mnie obudziłeś tym telefonem, nie spodziewałam się takiej pobudki – uśmiecha się i podchodzi do łóżka.

- Sorka, ale jakoś tak pomyślałem o tobie skoro świt. Zostałem tylko w majtkach, które przypominają namiot. Smukłe dłonie mojej egzotycznej piękności chwytają zielony materiał i unoszą go do góry. Patrzę na nagie oliwkowe ciało, odbiera mi rozum. Łapię ją za pośladki i przyciągam do siebie.

- Ciii, masz zimne ręce, brrr.

Oboje naturalnie przemieszczamy się w stronę łóżka, osuwamy się na jeszcze ciepłą pościel. Diva leży na plecach, leżę na niej, między jej nogami, z głową na jej brzuchu. Nasze ręce są splecione, mocno. Chucham na jej brzuch i ogrzewam o skórę swoje policzki. Jej skóra jest miękka, nie mogę o niej powiedzieć, że jest nieskazitelna, bo w pewnym sensie nosi ślady użytkowania, ale jest w tym coś dziwnego, zupełnie, jakby kurestwo czyniło ją bardziej szlachetną. Zaczynam delikatnie całować jej brzuch, spokojnie, kilka cmoknięć, czy też muśnięć ustami i powoli przemieszczam się w stronę krocza. Znam jej cipkę na pamięć. Każdy odcień, każdą fałdę skóry. Zaczynam obsypywać ją pocałunkami. Wargi, łono, wewnętrzną stronę ud, pachwiny. Moje ręce, już ogrzane, przemieszczają się na średniej wielkości cycuszki. Delikatnie ugniatam, przez króciutką chwilę, później poje palce kreślą okręgi wokół brodawek. Jednocześnie pocałunki koncentrują się na wargach. Biorę w usta jej wargi, nie ślinię, nie ssie, po prostu biorę je do ust. Jednocześnie jedna ręka przesuwa się na jej brzuch. Zaczynam muskać cipkę językiem. Nie ma czasu i przestrzeni poza jej ciałem. Moim całym uniwersum jest obrabianie jej oralnie. Nie ma nic poza tym. Po kilku minutach, jej uda rozsuwają się szerzej. Stara się wyeksponować jak najlepiej swoją magiczną szparkę. Szybko spoglądam na jej twarz. Znam jej reakcje. Unosi głowę, przymyka oczy oddycha przez nos, jej oddech staję się inny. Delikatnie falujące nozdrza potwierdzają moje przypuszczenia, idę dobrym szlakiem. Po kolejnych kilku minutach, jej oddech przechodzi w świst, rozkłada jeszcze szerzej nogi, unosi biodra. Po piętnasty, może dwudziestu minutach, jej biodra, kilka razy unoszą się do góry, przywieram ustami do jej motylka. Skręca głowę w prawo i wydaj słodki pomruk. Wiem co teraz nastąpi. Zacznie zbliżać do siebie nogi, to znak, że „już”. Pozwalam jej złożyć nogi, delikatnie unosząc się na łokciu. Kładę się na jej brzuchu, kojące ciepło i miękkość rozleniwia. Obejmuję jej biodra. Leżymy. Mija kilka minut. Cucatka podnosi się.

- Połóż się. – Wiem co teraz nastąpi. – Wezmę ci Wacusia do buzi. – Kładę się na plecach, pała sterczy. Teraz to kręcone włosy w uroczym nieładzie znajdują się miedzy moimi nogami. Patrzę na jej twarz, wydaje się być naprawdę zaangażowana w swój oralny występ. Lubię to, ja jednak się nie spuszczam. Daję sobie kilka dobrych chwil, zanim Cycatka zakłada prezerwatywę. Kiedy już przeźroczysty materiał przystroił mój organ, wchodzę w nią, unoszę jej jedną nogę i posuwam klasycznie, jeszcze dwa razy zmienimy pozycję, zanim ogarnie mnie mała śmierć i wypluję z siebie nektar. Po wszystkim, prysznic, zamieniamy ze sobą kilka zdań. Kiedy ubieram się, chodzę po pokoju. Gdzieś w środku do głosu zaczyna dochodzić sumienie. Myślę o rodzicach, gdzieś daleko, wypruwają sobie flaki, żebym mógł tu żyć w godnych warunkach, a ja zamiast na uczelnię idę do kurwy i zostawiam u niej pieniądze. Źle się z tym czuję. Na szczęście jakaś część mnie zgniata te myśli i wyrzuca do mentalnego kubła na śmieci. Jakaś magiczna ręka kreśli na mojej korze mózgowej zdanie: „pierdol poczucie winy”.  Wychodzę, na uczelnię docieram w południe.

Czytam, stukam w klawiaturę komputera, idę zrobić sobie herbatę z cytryną. Jest wieczór. Co prawda, nie ma jeszcze dziewiątej, ale za oknem panuje niemal mrok. To jeden z tych wieczorów, kiedy trudno znaleźć sobie miejsce. Sam nie wiem, czego mi się chce. Nie mam ochoty na film, książka mnie nie zainteresowała, na piwo ze znajomymi też nie mam ochoty wychodzić. Brak pomysłu na cokolwiek. Ubieram się i wychodzę. Bez względu na pogodę i temperaturę, zawsze lubiłem spacerować. Nie wiem jeszcze gdzie pójdę, najważniejsze, żeby się ruszyć. Wieczór jest cieplejszy niż przypuszczałem, to dobrze, bo chcę spacerować co najmniej godzinkę. Idę bez celu, krok za krokiem, metr za metrem(..) Sam nie wiem jak to się stało, że patrzę na jej egzotyczną buzię i powoli rozpinam spodnie. Zupełnie, jakby jakaś dobra wróżka dotknęła mnie różdżką i przeniosła do tego pokoju. Pokój jest oświetlony jedynie nocną lampką. To drugi pokój, okazuje się, że mieszkanie ma kuchnię, łazienkę i dwa pokoje. W tym jeszcze nie byłem. Jest mniejszy, panuje w nim porządek. Podobno w tym większym siedzi koleżanka, która przyjechała w odwiedziny. Patrzę zaskoczony.

-Ona wie – pada szybkie wyjaśnienie. Oboje jesteśmy nadzy. Kładę się na kanapie i zagarniam ją ręką w taki sposób, że stoi przy mojej głowie. Jakby czytała w moich myślach. Dosiada mnie niczym konia, ale odwrotnie. Jej cipka znajduje się bezpośrednio nad moją twarzą. Opiera się rękami o moje nogi i jej usta zaczynają. Rękami chwytam za pośladki i łapczywie pożeram jej cipkę. Liżę, połykam, jem jej cipkę. Palcami, językiem, badam każdy centymetr jej różowego nieba. Penetruje jak najgłębiej językiem jej zakamarki. Diva nie pozostaje dłużna atakuje mojego kutasa na różne sposoby. Rozchylam jej cipkę placami wylizuję i znów zanurzam język. Blisko godzinę trwaliśmy w tej pozycji. W końcu jej ciałem wstrząsnął dreszcz, a z mojego fiuta pociekł nektar. Przywarliśmy do siebie, do chwili, aż nasze ciała się uspokoiły. To nas w pewien sposób zbliżyło.

Cycatka zawsze była pod ręką, ale kraina burdelowo była zbyt duża, żeby koncentrować się tylko na jednej divie. Przez ponad rok zdążyłem nieźle poznać ten cudownie zakazany świat. Zawsze do niej wracałem. Powoli mój kompas przestał wskazywać właściwy kierunek, niczym okręt płynąłem wprost na skały, ale jeszcze na statku trwał bal i nikt nie patrzył, co się kryje za horyzontem.

Od wczoraj mam kłopoty żołądkowe. Częste wizyty w toalecie doprowadzają do szału. Medykamenty z pobliskiej apteki, złowrogo patrzą na mnie z półki w kuchni. Niby już coś wziąłem, powinno pomóc, ale jakoś nie pomaga. Pomyślałem, że jest tylko jedno lekarstwo. Lekarstwo na wszystko. Nie minęło pół godziny. Już byłem w Cycatce. Sprężyście dymając, ugniatałem jej cycka, gdy – jak zasram jej pościel w trakcie seksu, więcej się nie pojawię – przerażająca myśl zaatakowała znienacka. Szczęśliwie dobiłem do końca, bez żadnych obrzydliwych ekscesów. Wracając na mieszkanie, spojrzałem na zegarek, blisko półtorej godziny bez wizyty w WC. Pomogło – powiedziałem sam do siebie, czując w ustach smak egzotycznej cipki. Ostatecznie nie dowiedziałem się, co pomogło, cipka Cycatki, czy substancje z apteki. To był właśnie taki czas. Moja fascynacja burdelowem sięgnęła zenitu. To już nie była mroczna kraina, którą przemierzałem potajemnie. To stało się moją życiową filozofią, odpowiedzią i lekarstwem na wszystko. Zawód miłosny, niepowodzenie na uczelni, kłótnia ze znajomymi, nie ma sprawy, burdelowo było panaceum na wszystko. Nawet na sraczkę.

Przeprowadzamy się z Aleksem. No chłopaku, teraz będziemy mieli do siebie bliziutko. Informacja zakończona była najbardziej charakterystycznym śmiechem jaki znałem. Śmiechem Kapitana Planety. Kapitan Planeta albo po prostu Kapitan, to osoba, która oprócz Miszy była mi zdecydowanie najbliższa z brygady. Podobnie jak ja z Miszą, trzymali się razem z Aleksem od pierwszego roku. Poznaliśmy się na dużej, pijackiej bibie. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. To był jeden klimat. Niezliczone ilości alkoholu, niezliczone godziny, które upływały na ćpaniu, podrywaniu i rozmowach. Piękny czas, nie wszystko było tak, jak trzeba, ale ten czas, był piękny. Aleks z Kapitanem byli dwa lata dłużej w studenckim światku, zdążyli przerzucić akademik z trzy mieszkania. Teraz mieli mieszkać na sąsiednim osiedlu. Kiedy Kapitan do mnie zadzwonił, mieli oglądać mieszkanie, jeśli wszystko dobrze by poszło, pozostawała kwestia parapetówki. Nikt sobie nie zaprzątał głowy, tym, że przyjęcie typu parapetówka, to przyjęcie po nabyciu mieszkania. Najważniejsza była okazja. Kapitan ponownie zadzwonił wieczorem. Wynajęli mieszkanie. Pozostało ustalić termin pijaństwa określonego, jako parapetówka. Przyszły tydzień. Ok.

Za tydzień, ruszyliśmy z Miszą do chłopaków. Oprócz nas mieli być wszyscy. Kiedy Kapitan podał adres, coś mnie tknęło, ale zignorowałem to. Weszliśmy na sąsiednie osiedle. Przed nam stał monumentalny mrówkowiec, na nim numer. No oczywiście! Jak mogłem zapomnieć, przecież to tego numeru szukałem kiedyś, jak po omacku. To przecież tu urzędowała Cycatka. Zatrzymałem się. Musiałem to wszystko poukładać w głowie.

- Idziesz, czy będziesz się gapił na ten blok? – Misza jednak nie dał mi pomedytować nad tym, co los chce mi powiedzieć. – Jeszcze nic nie pił, a już zawieszony jak condom na czujce pożarowej (jak ktoś potrzebuje wyjaśnienia piszcie w komentarzach). – Misza nie ustępował. Chłopaki mieszkali dwie klatki dalejj. Uff, trochę byłoby krepujące spotkać exotic dziewoję na klatce, poza tym, z jej urodą nie możliwe, żeby jej chłopaki nie zauważyli. Puk, puk, drzwi otwierają się uśmiechnięta twarz Kapitana zwiastuje, że ten wieczór będzie udany.

- Siemaneczko, co tam! Wchodźcie.

Weszliśmy na dosyć ciasny przedpokój, przybicie piątki z każdym, ehh i czas zacząć. Po godzinie dotarli wszyscy. Drineczki, muzyka, towarzystwo, zabawa nabrała rumieńców. Dziesiątki tematów, salwy śmiechu i atmosfera, która wręcz była przesycona dobrą energią. Jedynym miejscem, gdzie można było nabrać oddechu, był mikrobalkon, gdzie wychodziło się na papierosa, dlatego nabranie powietrza było czysto metaforyczne. Akurat paliliśmy z Kapitanem, obaj mocno podchmieleni, w doskonałych nastrojach. Spojrzałem dwie klatki w bok. Z ósmego pietra, od chłopaków, łatwo widziałem wejście do klatki, gdzieś tam, wśród tych wszystkich okien było okno na drugim piętrze. A może.. – pewna myśl – Nie, nie – przywołałem się do porządku. – A może jednak? – To było silniejsze ode mnie.

- Słuchaj, muszę wyjść na chwilę.

- Gdzie? Po co?, Co jest? Nigdzie nie wychodzisz! – Kapitan patrzył zdezorientowany.

- Muszę kupić fajki.

- No przecież mnie częstowałeś, masz prawie całą paczkę.

- No muszę się przejść, bo trochę mnie zmuliło.

- No wiem, że banioszka niezła jest, ale chłopaku, nie uciekaj jeszcze.

- Nie uciekam, wrócę.

Zacząłem kierować się do drzwi. Nie chciałem, żeby Kapitan podniósł temat przy wszystkich, bo to wywołałoby za duże zainteresowanie.

- Chłopaku, jak nie wrócisz, to się nie odzywam. – Kapitan nie ustępował. Już na klatce, przeskakiwałem po dwa, trzy stopnie. Nakręcony mieszanką popędu i alkoholu, pędziłem przed siebie. W dosyć szybkim czasie zbiegłem na parter. Wyszedłem z klatki i udałem się w przeciwnym kierunku. Jeśli ktoś patrzył na mnie z okna, nie chciałem, żeby wiedział, gdzie idę. Okrążyłem blok dookoła i wszedłem do właściwej klatki. Nie dzwoniłem, nie umawiałem się. Wszedłem prosto na drugie piętro i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Zadzwoniłem i znów zapukałem. Wiedziałem, że prędzej, czy później otworzy. Po drugim dzwonku, usłyszałem kroki z drugiej strony drzwi, zrobiłem błagalną minę do wizjera. Szczęk zamka, w uchylonych drzwiach, pojawiła się ona.

- Cześć, późno jest, ja już nie przyjmuję dziś.

- No wiem, ale tylko na kwadransik. – Moja mina przybrała wyraz błagalny, na wpół z ironicznym. Drzwi otworzyły się na dobre. Wszedłem z poczuciem ulgi.

- Wyjątek, nie rób tak więcej.

Szybko poszliśmy do łóżka, nie było fajerwerków, kilka, może kilkadziesiąt ruchów tam i z powrotem. Spuściłem się w lateksowy zbiorniczek, na końcu gumiaka. Ubrałem się szybko, cmoknałem divę w policzek o wyszedłem. Alkohol, w połączeniu z eksplozją doznań zawierającą się w orgazmie wprawił mnie stan lekkiego oszołomienia. Wyszedłem przed klatkę i bardzo spokojnie ruszyłem do chłopaków na balangę. Chłód nocnego powietrza potęgował megahaj. Kiedy dotarłem do mieszkania Kapitana i Aleksa, wszyscy byli już w szampańskiej ekstazie, niektórzy nawet zdążyli puścić pawia. Nie wiem, czy fluidy ukształtowały się wokół mnie, niczym kolejna warstwa aury, a może Kapitan strzelał, ale usłyszałem:

- Ruchałeś chłopaku, widzę; (dawka śmiechu)

- Ehh, (mój uśmiech)

W tym momencie w drzwiach kuchni zobaczyliśmy Judytę. Stała i patrzyła na mnie z niedowierzaniem i odrobiną oburzenia.

- Wyszedłeś z imprezy i poszedłeś ruchać?! Jesteś wykolejony!

Spojrzeliśmy po sobie we trójkę. Chwila milczenia i głośny śmiech Kapitana zdominował nasz mały świat. Kolejne kolejki. Ktoś wyciągnął skręta. Kiedy dotarł do mnie, dwie dosyć spore chmury zaczęły krążyć po moim organizmie. Kolejne godziny zmęczyły ludzi, każdy gdzieś przysiadł i dogorywał. Ja siedziałem z Aleksem przy komputerze. Aleks pokazał mi najnowsze znalezisko. Piosenkę Ace of Base, „Beautiful Life„, teledysk do piosenki zrobiony był z czarnobiałej kroniki filmowej przedstawiającej III Rzeszę. Absurdalne i niesamowicie wkręcające. Siedzieliśmy przed komputerem jak urzeczeni. Słuchając tekstu piosenki i patrząc na filmik, poczułem, że coś w mojej głowie puściło, nastąpiło coś nieodwracalnego. Tak, jakby jakaś siła we Wszechświecie chciała mi powiedzieć, że przeszedłem na ciemną stronę mocy. Jeśli moje dotychczasowe „dokonania” można było uznać, za chwilowe wyskoki w krainę cieni, to teraz zrozumiałem, że powędrowałem za daleko w krainę ciemności i raczej nie będzie powrotu. Czy wystraszyło mnie to? Raczej nie. Pomyślałem, że będzie, co ma być i sięgnąłem po butelkę piwa.

Z Cycatką miałem kontakt mniej więcej dwa i pół roku. Pewnego dnia po prostu zniknęła. Jakby nigdy nie istniała.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Jeszcze o atrakcyjności

26 paź

Porozmawiajmy jeszcze o atrakcyjności.                                                                                             akt

Z męskiego punktu widzenia laska może być ligowa albo ch..wa. To taki podstawowy podział. Jest on bardzo ubogi i nie oddaje całej istoty sprawy. Po pierwsze, od czasów starożytnych wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, piękno jest w oku patrzącego i każda potwora znajdzie swego amatora. To prawda. Do tego trzeba jeszcze dodać, że człowiek to składowa wielu, naprawdę wielu części. Chociażby ciało. Ileż to razy słyszałem albo sam wygłaszałem opinię: „tak ogólnie, to nieciekawa, ale cycki, coś pięknego..”. W miejsce cycków, można wstawić (pierwotnie miałem napisać włożyć, ale zabrzmiałoby to lubieżnie) dowolną część ciała. Najczęściej tyłek albo nogi. To oczywiście taki, najbardziej prymitywny ogląd. Z wiekiem zwraca się uwagę na więcej szczegółów. Dłonie, stopy, łydki ramiona, plecy, twarz, figura. Zwróćmy uwagę na samą głowę i twarz; rysy twarzy, usta, policzki, oczy, włosy. Tak, z czasem, kiedy wyrośnie się ze „Słonecznego patrolu” kobiece ciało staje się czymś niemal mistycznym. Można je nie tylko podziwiać, ale wręcz kontemplować. Niestety, a może na szczęście, koneserów kobiecego ciała jest stosunkowo niewielu.

Po zachłyśnięciu się ciałem przychodzi czas na wnętrze. Uosobienie, charakter, czy chociażby sposób podejścia do spraw tak prozaicznych, jak codzienne życie , to kolejne pole do obserwacji. Co ciekawe, kiedy omami nas ciało, nawet najbardziej nieznośne cechy charakteru nabierają w przedziwny sposób pewnego uroku. Oczywiście nigdy albo prawie nigdy nie jest tak, że uroda jest w stanie całkowicie przykryć charakter, ale z pewnością pomaga stać się z wiedźmy uroczą złośnicą.

A co z gwiazdami?

Osobną kategorią są najprzeróżniejsze gwiazdy i gwiazdki. Myślę, że niejedna niewiasta i niejeden kawaler poczuł się nieciekawie, gdy jego, jeśli nie druga połówka, to chociaż bliska osoba zapiszczała albo westchnęła przed plakatem lub telewizorem. Pamiętam, jak siedziałem na łóżku z dwiema koleżankami, oglądaliśmy telewizyjny show. Gwoździem programu miał być moment, jak Paweł Małaszyński pokaże pośladki. Dziewczyny dosłownie zapiszczały, niemal dostały spazmów. Moja mina musiała być nieciekawa, bo jedna z nich pomasowała mnie po udzie i powiedziała: też jesteś niezły. Nie pomogło to za wiele. Co do gwiazd i gwiazdeczek, przeczytałem kiedyś artykuł, który być może nie był profesjonalnym badaniem socjologicznym, ale jak dla mnie miał sens. Licznymi westchnieniami do znanych ludzi kierują dwa mechanizmy, pierwszy to matematyka. Założeniem artykułu było to, że każdy z nas podoba się jednej osobie na dziesięć. Po prostu. Na dziesięć osób płci przeciwnej, jednej wpadniemy w oko. No, to teraz trzeba się zastanowić, ile osób w życiu codziennym mijamy. Przede wszystkim szkoła/praca, dom i okolice, ewentualnie, dla aktywnych jakieś koła zainteresowań. Powiedzmy, że około stu osób spotykamy. Czyli idąc tym tropem, dla dziesięciu będziemy atrakcyjni. Teraz powiedzmy, że kobieta/dziewczyna oprócz pracy, czy szkoły, śpiewa w chórze. Chodzi na próby, jeździ na występy i łącznie obejrzało ją pięć tysięcy facetów. Dla pięciuset będzie atrakcyjna. Jeśli przełożymy to na wieloaminowe produkcje i widzów liczonych w setkach tysięcy lub w milionach, to łatwo zobaczyć, dla ilu ludzi dany aktor, czy aktorka będzie atrakcyjna. Dowodem na to, co opisałem są gwiazdeczki internetowe, którym różne fb, insta itp. umożliwiły zaistnienie.

Po ciemnej stronie

Wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale jest też ciemna strona mocy. Gdybyśmy mogli powiedzieć ładny/ładna, brzydka/brzydki. Ewentualnie miły/niemiły, byłoby prościej. Ale tak nie jest. Po raz pierwszy spotkałem się z tym określeniem na studiach. Wtedy nie za bardzo zrozumiałem o co w nim chodzi. Z czasem dotarło do mnie, że chodzi w nim coś znacznie więcej. To określenie, to: „odrażająca z wyglądu i charakteru”. Ma ono naprawdę pewną głębię w sobie. Generalnie sama atrakcyjność jest swego rodzajem dialogiem wewnętrznym. Coś jest „na plus” w kimś,  coś nie jest. To i to nam się podoba, a coś nie. Ale poza tym wszystkim, jest gdzieś pewna granica. Granica, jak ją nazywam biologiczna. Jeśli ta granica nie jest przekroczona, to żadna relacja nie może wejść w jakiekolwiek stadium. No way. Właśnie w takich przypadkach ktoś dla nas albo my dla kogoś będziemy odpychający wizualnie i mentalnie. Nic się na to nie poradzi tak po prostu jest.

Jako ciekawostkę mogę podać, że kiedy zrezygnowałem z pracy w korpo, na rzecz państwówki, to z przerażeniem spostrzegłem, że wokół mnie większość kobiet, jest odpychających z wyglądu i charakteru. Dlatego, jeśli czyta to jakiś młodzian szukający pracy i dziewczyny, powiem jedno: idź chłopie do sektora prywatnego, tam jest finansowy lukier i dobre dupy. W sektorze państwowym zostały ochłapy.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Aktywność i pasywność towarzyska

05 paź

W ostatnią sobotę, między moimi znajomymi rozgorzała dyskusja. Dyskusja żywa, gorąca, budząca szczere emocje.

Przy stole siedziało sześć osób czterech facetów, dwie kobiety. Singielka, małżeństwo z trzyletnim stażem, facet w pięcioletniej relacji, towarzysko-emocjonalny rozbitek (ja) i facet po rozstaniu, jakieś cztery miesiące temu.

Padł akt oskarżenia z ust singielki: nie ma kogo i gdzie poznać!tMałżeństwo nie odezwało się zdecydowanie w tej sprawie. Coś tam stęknęli, że trzeba szukać odpowiednio wcześnie, bo później, to kicha. Akt skierowany był w stronę facetów, dlatego facet po rozstaniu stwierdził, że owszem nie ma. Od kilku miesięcy odwiedza modne kluby i nic, kompletnie nic. Kilka wymian nr telefonu, ale i tak nic z tego nie wyszło. Facet z pięcioletnim stażem starał się ubrać to wszystko w kostium życiowego doświadczenia, tłumacząc, że w związkach też bywa raz lepiej, raz gorzej. Dodał, że jego zdaniem, tak zwane pierwsze wrażenie jest przereklamowany, bo czas jest kryterium ostatecznym.

Singielka opowiedziała o różnych facetach, jednego poznała na FB, bo był znajomym koleżanki i wypatrzył ją w swoim monitorze, kolejny na klubowym parkiecie, zrecznym obrotem zawrócił jej w głowie, jeszcze inny, barczysty brodacz, swoją pewnością siebie potrafił zaimponować, jednak braki w dobrych manierach skreslily go, bo jak stwierdziła, szkoda czasu na próby ucywilizowania go. Wywód podsumowała wyłączeniem cech odpowiedniego kandydata.

Facet po rozstaniu dodał swoje trzy grosze. Małżeństwo niewiele się odbywało, ale na ich twarzach gościł łatwo zauważalny i niemal ekstatyczny wyraz ulgi: uff mamy to za sobą , na szczęście mamy siebie.

Facet wzwiązku wyśmiał romantyczno-bajkowe oczekiwania singli. Że szczerością wyznał , że jego dziewczyna, nie jest tą jedną na milion , on też ma świadomość , że jest nieco innym księciem, z innej bajki, niekoniecznie tym wymarzonym. cSłuchając dyskusji, tak sobie pomyślałem, jak my sami się ograniczamy. Poznajemy ludzi w pracy, przez znajomych, w klubach lub w sieci. A przecież świat jest o wiele większy. Dziewczyna wykładająca szarlotkę w cukierni, smukła skrzypaczka w tramwaju, z ustami kipiacymi namiętnością, czy intrygująca chłopczyca, którą minąlem na chodniku. Los ciągle rzuca nam miłosne rękawice , pytanie, czy je podnosimy, czy wycofujemy się do narożnika i czekamy, aż nasza pasywność przerodzi się we frustrację ?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Czy coś mu umknęło?

17 wrz

Kiedyś wydawało mu się, że czas stanął w miejscu. Przez moment wydawało się,  że słodki rozgardiasz nie będzie miał końca. To taki stan nieważkości, który wpływa na postrzeganie siebie i świata.  Jednak w tym wszystkim były pewne punkty stałe. Było ich trzy plus dwie. Kobiety. Ale nie takie zwyczajne, niezwykłe,  bo potrafiące z nim wytrzymać.  Niezwykłe,  bo zawsze były.  Niezwykłe,  bo to czas który spędził z nimi, okazał się najszczesliwszymi chwilami w życiu.  Kiedy w jego glowie pojawiały się pytania, czy aby to nie jedna z nich ma być TĄ, przeznaczoną przez los, szybko wyrzucal te mysli z glowy. W końcu był koneserem, kobiecego ciała i wszelkich doznań. Takie przejście z koleżanki do kogoś bliższego wydawało się banalne, bez polotu. No tak, on przecież nie mógł postąpić tak banalnie, jak reszta, bo to był on.

Czas plynął. Nawet on zauważył,  że czas ucieka. Zaczęły pojawiać się zaproszenia. Był na ślubie każdej z nich. W ślubnych sukniach, były piękne.  Było coś jeszcze,  w ich dostrzegł spełnienie. Jakiś PR przedziwny rodzaj przekonania, że postępują dobrze. Tak, one poszły do przodu, on gdzieś został.  A może też poszedł do przodu, tylko po drodze coś zgubił. Może.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

O dorastaniu

16 wrz

Byłem wczoraj na piwie. Niby piwo, ale można (tak przypuszczam) nazwać to czymś na kształt pierwszej randki. Wszystko odbyło się z inicjatywy tej drugiej strony. Moja była tylko bierność. Totalna bierność. Wszystko jest, czy raczej było typową sztampą. Znajoma znajomych wygadała się, że się jej podobam. Niezdarnie i nieśmiało zarazem, poprosiła mnie o numer. Dałem jej swój numer, nie widzę powodu, aby z rzeczy tak powszechnej, jak numer telefonu robić towar deficytowy. Generalnie jestem zwolennikiem stanowiska mówiącego, że kontakt z ludźmi jest dobry, nie musi być akcentu zanadto towarzyskiego, czy seksualnego, czasem wystarczy po prostu zwykły, neutralny kontakt. Od początku jednak, uznałem, że nic większego z tej relacji nie wyjdzie, bo brakuje tego „czegoś”.

W końcu, umówiliśmy się na piwo. I tu już pojawił się namacalny dowód, że nic z tego nie będzie. Kiedy spotkanie dotyczy osoby w minimalnym stopniu dla nas atrakcyjnym, jest zdenerwowanie, podminowanie, a w każdym razie niecierpliwie oczekiwanie. Jak będzie, co się wydarzy, jaka jest TA osoba? Tym razem pożałowałem, już w chwili potwierdzenia naszego spotkania. Dlaczego się zgodziłem? Nie wiem, może to odruch bezwarunkowy. W każdym razie poszedłem na piwo z tą dziewczyną. Żeby było jasne, nic do niej nie mam, nie uważam ją za jakieś monstrum, nie pogardzam nią, po prostu jest poniżej pewnych kryteriów, nie ta planeta.

No właśnie porozmawiajmy o kryteriach.

Ja sam przeszedłem znaczną drogę, o czym pisałem w  niektórych postach. Zawsze, tak, jakbym był krok do tyłu za wszystkimi. Szkoła średnia, okres pierwszych „chodzeń”, a nawet zalążków związków. Okres zdobywania pierwszych, towarzyskich szlifów. W tym radosnym bądź, co bądź okresie, ja przeżywałem romantyczne uczucia, słałem kwiaty i wiersze miłosne. Seks miewałem raz na rok.

Kiedy poszedłem na studia, odżyłem. Głęboko zakopałem romantyczne mrzonki, zacząłem żyć chwilą, a moim jedynym kierunkiem życiowej filozofii były wciąż nowe i bardziej intensywne doznania. Wiedziałem, że chcąc maczać pędzel w wielu sztalugach, trzeba zapomnieć o arcydziele, a poprzestać na bohomazach. Czas, kiedy ludzie zaczynają podejmować decyzje na całe życie, a relacje zaczynają być naprawdę poważne, dla mnie był odkuwaniem się za szkołę średnią. To był właśnie czas spotykania się, chodzenia, flirtów, randek, seksu sportowego, czas każdej możliwej relacji, byle nie poważnego związku. Cechą charakterystyczną tych czasów była totalna wręcz niewybredność seksualna. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie posuwałem tylko pasztetów, znacznej części moich kobiet zazdrościli mi znajomi. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Liczył się wsad, pukniecie, finalizacja transakcji. I magiczne słowo, „liczby”. Kiedy jeszcze posuwałem raz na rok, postanowiłem  sobie, że wsadzę penisa w pewną ilość kobiet i do tego wytrwale dążyłem.

 Chyba kulminacją tego czasu była zabawa w klubie. Ja dosyć pijany rozglądałem się za łatwą zdobyczą, można powiedzieć, towarzyską padliną. Znalazłem. Wszystko odbywało się późną jesienią albo wczesną wiosną, nie pamiętam. Kiedy kilka godzin później doszedłem i stałem ze sterczącym kutasem, temperatura była trzy stopnie poniżej zera. Czułem się wtedy władcą świata, spojrzałem na swojego dzielonego druha i pomyślałem, że jestem niezniszczalny.

Następnego dnia, mój serdeczny przyjaciel, Misza, powiedział mi: – wiesz, kiedyś ci zazdrościłem, ale teraz ci współczuję, co ty ze sobą robisz, wiem, liczby, ale przecież to popierdolone. – Czy miał rację, wtedy nie zawracałem sobie tym głowy.

Kidy przekroczyłem trzydziestkę, na pewne sprawy spojrzałem bardziej krytycznie. Potrafiłem wystawić sobie ocenę za przeszłość. Dotarło do mnie, że może niekiedy błądziłem. Dałem sobie słowo, że teraz tylko te kobiety, które spełniają pewne kryteria będą obiektem mojego zainteresowania.

I tak znalazłem się na wspomnianym wcześniej piwie. Patrzyłem na dziewczynę przede mną i tak się zastanawiałem, co ja tu robię. Nie podoba mi się, nie interesuje mnie. Pijąc lufkę za lufką uznałem, że to jednak nie to. Wracając tramwajem, spojrzałem w szybę. Tak, coś się zmieniło, może dorosłem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja i one, Trawiące myśli

 

Groteskowe piękno

12 lip

Czytałem ostatnio wpis na pewnym blogu. Autor opisywał, jak jadąc pociągiem, obserwował kobietę, ładną, zgrabną i zadbaną. Wszystko wskazywało, że to niemal ideał, gdyby nie jeden defekt. O ironio! Defekt nie wynikający ze złośliwości natury, ale zafundowany na własne życzenie. O co chodziło? O usta. Powiększone w sposob tak nachalny, że według autora odarły nieszczęsną kobietę z pozostałych jej walorów.

Nie wiedzieć czemu, autor za przyczynę takiej sytuacji uważa brak kontaktów z ojcem, zwłaszcza brak uwagi że strony ojca, lub alkoholizm starego. Nie za bardzo potrafię powiązać te dwie dziedziny żucia. Relację w domu rodzinnym, a gust odnośnie własnego wyglądu. Być może, psycholog znalazłby jakieś powiązanie. Ale nie o tym miało być.

Ogólnie zgadzam się z tezą, że pogoń za pięknem stała się, no właśnie czym? Skoro efekt końcowy tej pogoni często jest karykaturą piękna. Nie mam na myśli (w każdym razie nie tylko) pokiereszowanych chirurgicznym skalpelem twarzy aktorek i aktorów, ale przede wszystkim wygląd tych, tak zwanych zwyczajnych kobiet, dziesiątek kobiet, które mijamy na ulicy.

Przede wszystkim, jesteśmy bezbronni wobec ciągłego ataku speców od reklamy i marketingu. A co oni robią? Dwie rzeczy. Pierwsza, to odbierają zadowolenie z siebie. Jeśli przyjrzymy się reklamom, to zwróćmy uwagę jaki jest początkujący przekaz. Masz brzydką cerę, niedoprane ubranie, brzydkie włosy, nie staje ci. Jeden wspólny mianownik jesteś niedoskonała lub niedoskonały. Nawet, jeśli o tym nie wiesz, to się właśnie dowiedzialaś. I co? Powstaje pewna pustka w umyśle. W to puste miejsce instaluje się produkty lub idee. Dobrym przykładem są modowe kolekcje. Ile razy, w stosunku do projektantów media używały określeń typu: „cesarz”,”dyktator mody”. Co to oznacza, że dana osoba w tym obszarze ma władzę absolutną. Z przyczyn nie do końca jasnych wie, co w tym sezonie jest ładne, a co nie. Zadajmy sobie pytanie, kim są kreatorzy mody. W dużej mierze to homoseksualiści. Wynik końcowy ich prac , czyli kobieta-modelka w modnej kreacji, czy fryzurze, ma być ładnym projektem. To niekoniecznie przenosi się na gust zwykłego faceta.

W tym momencie mamy pewien wzorzec, który być może wcale się wiekszosci nie podoba, ale nikt nie przeciwstawi się lansowanym medialnie trendom. Pojawia się natychmiast kolejna zmienna w tym równaniu. Ekonomia. Zazwyczaj lansowanym wzorzec, to rzecz droga, nie zawsze dostępna dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale rynek nie znosi próżni i pojawiają się tańsze zamienniki, już dostępne dla każdego. Produkty często gorsze jakościowo, jak również wizualnie. Plus sytuacji jest taki, że teraz tę namiastkę najnowszych trendów może mieć każdy. I co mamy? Makijaże jakby kreślone od ekierki, porażające fulgarnoscią, ciuszki rodem z dzielnicy czerwonych latarni i w końcu perfumy ciężkie i również wulgarne. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję. Moją koleżanka, kierowniczka w dobrej perfumerii, dla której perfumy to nie tylko zawód, ale również obszar prywatnych zainteresowań odpowiedziała mi jak ta branża ulega barbarzyństwu. To, co jeszcze kilkanaście albo kilkadziesiąt lat temu było znakiem rozpoznawczym tanich burdeli, dzisiaj należy do „wyrazistych perfum”. Nie chodzi o to, żeby zaopatrywać się tylko w ekstremalnie drogie perfumy, bo wśród tańszych, też znajdzie się wyrób gustowny.

Żeby nie rozwodzć się za długo na ten temat. Drogie Panie pamiętajcie, że jesteście piękne. To my faceci jesteśmy leniwi i nie zawsze wydobywany z was to piękno.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rozwódki vs stare panny

09 maj

Blogerka Moonczita poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

- singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

- singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

- stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak, tak droga Moonczito, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Moonczita porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

- prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Gruba blondynka cz. II

22 lut

Wierzę w znaki. Jako student ekonomii i finansów powinienem raczej wierzyć w mamonę i w to, co widzę na ekranie komputera, jednak, ja wierzę w znaki. Wierzę, że los, Siła Wyższa lub cokolwiek innego daje nam wskazówki.

Podobnie było teraz. Podobnie było wcześniej. Wraz z upływającym czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w ten, nie do końca dobry świat, zawsze towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Że w pewnym momencie skręciłem w niewłaściwą drogę. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z prostytutką, kiedy szedłem pod dany adres, kiedy przeglądałem Stronę, Forum, cokolwiek. Zawsze czekałem na cud, na znak. Na coś, co da mi do zrozumienia, żebym odpuścił, żebym przestał. Kiedy dzwoniłem na numer ze Strony i nikt nie odbierał, w myślach liczyłem do pięciu. Kiedy doliczyłem, rozłączałem się, dziękując losowi, za ciszę w telefonie. Kiedy stałem na światłach, idąc na dymanie, często zastanawiałem się, co by było gdyby mnie potrącił samochód. Byłoby to nieszczęście, czy raczej dar od losu?

Tym razem było podobnie. To, że nie mogłem odnaleźć właściwej klatki i adresu, było dla  mnie znakiem. Znakiem, żeby odpuścić, dać spokój. Przez chwilę, chciałem to zrobić. Odejść. Każdy normalny człowiek odszedłby. Albo inaczej, każdy normalny człowiek nie wszedłby w ten świat. Problem ze mną by taki, że ja nie byłem normalny. Odkąd pamiętam, świat seksu, nagości, był dla mnie czymś upajającym. Ja zawsze chciałem więcej w tej materii. Nie interesowało mnie spotykanie się z jedną dziewczyną, chciałem spotykać się kilkoma. Nie interesowało mnie spanie z kilkoma, chciałem spać z wieloma. Zawsze chciałem więcej.

Wypity poprzedniej nocy alkohol, słońce i moje libido. To wszystko scementowało mnie w miejscu. Po prostu nie mogłem odejść. W kasynie, jeśli ktoś gra już od dłuższego czasu i przegrywa, w jego głowie pojawia się myśl: skoro tyle już postawiłem, muszę postawić jeszcze. Nie chodzi nawet o wygraną, chodzi o pewną zasadę konsekwencji. Podobnie było ze mną. Przeszedłem prawie cale miasto, a w każdym razie znaczną jego część, i co, i miałem odejść, tak po prostu? Nigdy!

Jeszcze raz zadzwoniłem.

- Widzisz rusztowanie? – Moja rozmówczyni cierpliwie tłumaczyła.

- Jestem przy nim, ale nie ma nigdzie numerów, pozdejmowali.

- Idź w stronę ulicy S. – Poszedłem, po przejściu pod lewe skrzydło bloku spojrzałem na otwierające się okno. Zobaczyłem okrągłą twarz blondynki. No oko miała dwadzieścia kilka lat. Z pewnością więcej niż dwadzieścia pięć. Uśmiechnięta, powiedziała, który przycisk mam wcisnąć. Klatka schodowa okazała się duża. Z zewnątrz nie wyglądało to tak okazale. Wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi obitych tanią boazerią. Wszędzie ciemno. Na klatce, w mieszkaniu, którego drzwi otworzyły się niemal natychmiast po moim pukaniu. Ciemność. Tak, dzień nie jest dla takich ja my.

Spojrzałem na dziewczynę, która już za chwilę miała rozkładać przede mną nogi. Bez żadnych uczuć, bez żadnych emocji. Moje pieniądze, za jej ciało. Chyba uczciwa wymiana. Blond włosy, opadały na dosyć masywne ramiona. Piersi, nie do końca duże, jak na jej dużą figurę. Szerokie biodra i duży brzuch. Grubaska o średnich cyckach. Może być, choć liczyłem na grubaskę o dużych, monstrualnych cycach. Rozebrałem się. Zostałem tylko w skarpetkach, wedle wskazań buraczanej mody. Duża blond diva, ściągnęła zwiewną sukienkę na ramiączkach. Czarną, pokrytą jakimś kwiatowym wzorem. Zobaczyłem ją nagą, w świetle słońca przenikającego przez żaluzję. Miała białą, delikatną skórę. Miła w dotyku, świeża, co w tym fachu wydaje się być niemożliwym. Podszedłem do niej, podotykałem jej łona, piersi. Ptak wyprostował się do lotu. Założyła mi gumę. Sama położyła się na czymś w rodzaju kozetki, leżanki, ale dosyć wysokiej. Położyła się i zadarła nogi do góry, odsłaniając delikatnie obrośniętą jasnymi włosami cipkę. Podszedłem do niej, delikatnie zgiąłem nogi w kolanach i w nią wszedłem. Przyjemnie ciepło otuliło mojego penisa. Jak to mawiają, w kobiecie liczy się wnętrze, musi być cieplutkie i wilgotne. Rytmiczne ruchy, w połączeniu z obserwacją jej ciała, doprowadziły mnie do szczytowania w zbiorniczek na końcu condomu. Dwa ostatnie pchnięcia i resztki wczorajszej imprezy, które skumulowały się w mojej spermie, zostały wydalone. Tylko tyle? Całe przedpołudnie chodzę, rozmyślam, kto wie, może nawet jestem autorem nowej filozofii, a tu pstryk i po wszystkim. Jeden spust i jestem „po”. „Trzy ruchy i wór suchy”, jak mawia Mati – najbardziej dwulicowy z moich znajomych. Cały ten seks, to być może jedna wielka lipa. – Tak czasem myślę. Tak, od pewnego czasu, zaczęło mnie prześladować pewne przeczucie. Pewna myśl, która niewiadomo skąd zakiełkowała w mojej głowie. Później, mimo, że nikt jej nie podlewał zaczęła rosnąć i wydawać plony. Plony, które objawiały się w nachodzących mnie myślach. Dlaczego? Po co to wszystko? Powtarzając za Orwelem: rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego. Wiedziałem, jak znalazłem się w tym popapranym światku, ale nie wiedziałem dlaczego. Jak? Bardzo prosto. Wchodzisz w coś. Dla frajdy, z ciekawości, bądź z jakiegokolwiek powodu. Zaczynasz coś robić. Robisz i nie zastanawiasz się nad niczym. Są nowe doznania, nowe przeżycia i poczucie odkrywania. Nie zadajesz pytań, wchodzisz w coś, jest dobrze. Pewnego dnia budzisz się i dostrzegasz, że masz życie, na które nie pisałeś się wcale, ale je masz i co dalej z nim? Ok, masz, co masz. Teraz pytanie dlaczego? Być może to przejaw pychy, ale uważam siebie za osobę, całkiem rozgarniętą. Mam sprawny umysł, kojarzę fakty i mam przyzwoitą intuicję. Mając tego rodzaju przymioty, nie mogłem zauważyć, że krzywa mojego życia w pewnym momencie skręciła i to niepokojąco skręciła. Dlaczego? Co takiego we mnie jest, że musiałem tak bardzo pobłądzić? Dobre pytanie, ale może zadane na wspak? Czego takiego we mnie nie ma, że szukam tego na zewnątrz. Tak, to była ta myśl, która od bliżej, nieokreślonego czasu, nie opuszczała mnie. Dlaczego popadłem w burdelowo? Chęć nowych doznań? Na początku, z pewnością, ale w zasadzie doznałem więcej, niż przeciętny człowiek przez szesnaście żyć. Może chodziło o chęć wsadzenia w jak największą ilość szparek? Na początku, może tak. Z resztą, nie chwaląc się, bez burdelowa, wsadziłem w więcej kobiet, niż moi znajomi, szybko dotarło do mnie, że jeśli dodam burdelowo, to ścigam się praktycznie sam ze sobą. Co to tu dużo gadać, tyko jedna osoba, mogła stanąć ze mną w szranki. Kubex. Człowiek lubiany i nienawidzony. Rozpuszczony bachor, który kiedyś mógł nosić miano mojego guru dupczenia, chociaż dziś, po latach, pewnie zostawiłem go daleko w tyle.

Wracając do tematu. Myśl, która mnie prześladowała, jak to ująć, przestrzegając zasad gramatyki i interpunkcji. Może najprościej. Burdelowo, to poszukiwanie. Poszukiwanie jakiejś brakującej części mnie. Chęć zapełnienia pewnej pustki, czymś. Czymś, czego szukałem na zewnątrz. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, że to jest we mnie. Ale, wtedy nie było by tyle zabawy.

Poruchałem. Zjadłem obiad, w postaci kebabu i wróciłem na mieszkanie. Jeszcze nie zdążyłem przekroczyć progu, kiedy usłyszałem Miszę:

- Szykuj się okurwieńcu, wieczorem idziemy do P. nasi organizują balet.

- Co? – nie mogłem zrozumieć, dopiero, co skończyliśmy wczoraj i znowu?

Wieczór. Klub P. Mieszanka, szpanu, młodości i hormonów targających młodymi ludźmi. Dwa parkiety i barierki wokół, dla tych mniej rozgarniętych. Siedzę w loży, z pięcioma dziewczynami. Znam Gosię, Justynę i Kaśkę. Reszta to ich koleżanki. Zostałem ładnie przedstawiony. „To ON, uważajcie to kurwiarz, jakich mało”. Miód na moje uszy. Dziewczyny, oburzone, zerkające na mnie i coś szepczące sprawiały wrażenie prawdziwie oburzonych. Popijałem czysty Absolut i zastanawiałem się której wsadzić. Nie wiem dlaczego pomyślałem o Dagnie. Ta naturalna brunetka, miała w sobie coś tak cudownie nieuchwytnego, że miałem na jaj punkcie obsesję. I, żeby było ciekawiej, myślałem, że im więcej szparek będę miał na koncie, to lepiej mi pójdzie z NIĄ, jednocześnie, za każdym razem, kiedy oddawałem się rokoszom z kobietami, które nic dla mnie nie znaczyły, prześladowała mnie myśl, że zaprzedaję szansę, na to, że kiedykolwiek znajdę miłość, uczucie bliskości, szczęście i spokój, jakiego doznają tysiące par, tak zwanych, zwyczajnych par.

Podobno, możemy przyciągnąć swoimi myślami wszystko. Nie zdążyłem odstawić szklanki z wódką na stół. Kruczoczarne włosy i to coś, co jest nieuchwytne. Coś tak wspaniałego, coś tak rozdzierającego. Pragnę jej. Tak, to jedyna myśl. Pragnę JEJ. Wszystko przestaje istnieć. Dagna. Moja ukochana, moja jedyna, która mnie nie zauważa. Boże, jak jej pragnę. Kocham ją. Znika, gdzieś w tłoku, klubowego motłochu. Nie wiem, co mam robić. Patrzę na dziewczyny w loży, pójdę na całość, zaproponuję im loda i seks na świeżym powietrzu. A co mi tam. Ale nie. Przecież to mnie nie zbliży do NIEJ. A tylko jej pragnę. „Boże POMÓŻ, pomóż mi z Dagną. Daj szanse. Daj szanse nam na kontakt, na uczucie. Daj mi szanse, szanse, jako facetowi, żebym się sprawdził, jako mąż, jako ojciec. O kurwa, zagalopowałem się, ale nie..Nie zagalopowałem się. TAK. Tego chcę. Żony, dziecka, miłości. Jestem myślami cztery lata wstecz. Patrzę na swoich rodziców. Takich dziwnie bezbarwnych. Co oni osiągnęli? Średnie pozycje w firmach i syna, życiowego przegrańca. Ja będę inny – zawsze tak myślałem. Do teraz. Patrząc na Dagnę, chcę być, jak moi rodzice. Chcę byś nijaki, chcę tyko kobietę, którą kocham. I nic więcej. To wystarczy. Resztę, będę sam wypracowywał systematycznie i powoli. Niestety. Dagna znika w czeluściach klubu. Kolejne minuty mijają na wypiciu kolejnych „pięćdziesiątek” i rozmowach ze znajomymi. Myśli nie dają mi spokoju. Dosyć tego wszystkiego. Dosyć burdelowa. Pora zagrać za całą stawkę. Moje uczucie, przeciw całemu światu.

Pozbierałem myśli i postanowiłem ruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Przemierzałem klub, szukając mojej damy serca. Niestety, z każdym przebytym metrem, moje nadzieje opadały w głębinę oceanu nicości. JEST. Tak bardzo JEJ pragnąłem. Niestety, tańczyła, z jakimś przygłupem. Mnie pozostała pięćdziesiątka w towarzystwie Miszy. Wyznałem mu, oczywiście „po pijaku” kwestię moich uczuć i poszedłem szukać Dagny. Nie znalazłem JEJ. Wiedziony, jakimś niejasnym uczuciem, wyszedłem na zewnątrz. Tak bardzo jej pragnąłem. Kiedy przeszedłem kilkanaście metrów, dostrzegłem JĄ, Siedziała, z jakimś frajerem, który prawił JEJ komplementy.

Chciałem ruszyć, od razu. W głowie miałem artylerie komplementów i słów mających razem tworzyć wyznanie miłości. Nie zrobiłem tego. Dlaczego? Kilka lat później wciąż zadałem sobie to pytanie. Nie znałem odpowiedzi. Po prostu. Odpuściłem. Nie czułem się godny. Jej i tego świata, prostych uczuć i relacji. Na pocieszenie, został głos w mojej głowie: zrezygnuj, już wybrałeś drogę, poddaj się jej, nie walcz. Poddaj się, poddaj się.

Nie podszedłem do NIEJ. Starałem się to zapić, zaćpać, nie czuć straty. Jednak los mi mówił: po raz klejony sprzedałeś duszę. Dla ciebie nie ma ratunku. W końcu, ile razy można bezkarnie sprzedać duszę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Na co komu Grey?

12 lut

W kinach pojawia się kolejna część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Już widzę ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które czują, że coś, mężowie nie patrzą na nie tak łakomym okiem, jak dawniej.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam, zapomniałem, minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu, to sfera, gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy, za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety, to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza. Kiedyś, przy drinku, stwierdziła, że nie jest pewna, czy ten związek ma przyszłość.

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu, znalazłem się w odpowiedniej chwili, w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych Walentynek dla wszystkich.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Trawiące myśli