RSS
 

Notki z tagiem ‘film’

Porozmawiajmy jeszcze o Grey`u

28 lut

Nie chcę uchodzić za ignoranta, który mówi „nie, bo nie”. Dlatego zanim przypuszczę tyradę na Greya, zacznę od początku. Jak tylko zaczęła się fala zachwytu nad powieścią „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, jako miłośnik DOBREJ literatury erotycznej, postanowiłem nabyć książkę. Książkę przeczytałem podczas podróży koleją. Od, powiedzmy drugiego rozdziału, książka sprawiała wrażenie mizernej książczyny, którą ktoś zbyt pochopnie nazwał erotyczną. Treść nadmuchana korespondencją między Anastazją i Christianem. Cała historia miłosna, jak dla mnie skopiowana ze średniego romansidła, jakie można nabyć na stacjach PKP. Żeby było śmieszniej, tę książkę, również nabyłem na stacji PKP. Opisywane sceny seksu, również pozostawiają wiele do życzenia. A zahaczenie przez autorkę o tematykę BDSM, przelało czarę goryczy. Wiadomo, że w dzisiejszym świecie, zwłaszcza, jeśli mówimy o Internecie, można znaleźć wszystko, informację na każdy temat. I to, według mnie jest zarzutem głównym. Autorka poczytała troszkę o BDSM albo obejrzała jakiś filmik na  „czerwonej tubie” :) PSTRYK, sama stała się znawczynią wyuzdanego seksu. Pamiętam, jak po skończeniu lektury, nasunęła mi się myśl, że autorka nie uprawia wyuzdanego seksu, w ogóle go nie uprawia, jest po prostu nudna. Jest kobietą, niespełnioną, jako kobieta, która zatrzymała się na etapie marzeń (nie do końca dojrzałych) nastolatki. Co ciekawe kilka dni później, dokładnie taką recenzję, tylko nieco bardziej rozbudowaną, w formie artykułu, którego celem jest wyjaśnienie fenomenu, tej pozycji, przeczytałem w jednym z bardziej poczytnych tygodników. Jako, że jest wiele książek, wartych przeczytania, postanowiłem nie zawracać sobie więcej głowy Greyem.

Kilka lat, po zawrotnej karierze książki, jak się można było przewidzieć, powstał film. Wszystkie koleżanki z pracy, nie nadążały zmieniać bielizny, tak przebierały nogami na najbardziej szokującą ekranizację, najbardziej szokującej książki. Już po filmie, nastroje były różne. Z tego, co zapamiętałem, jedynym ciekawym momentem było zobaczenie kawałka fiuta, jak relacjonowała Milena, ode mnie z działu. Ja sam zachowałem obojętność doskonałą.

Minęły kolejne lata, a ja wciąż pozostawałem „greyoodporny”. Do czasu. W końcu dałem się namówić koleżance, na obejrzenie ekranizacji, drugiej części powieści E.L James. (Tak, Magdaleno, dokonałaś kulturalnego gwałtu, na mej skromnej osobie). Po upływie dwunastu minut filmu, przypomniałem sobie, dlaczego zaniechałem lektury dalszych części książki. Fabuła płytka, niczym brodzik, dla maluchów. Relacja między dwojgiem bohaterów, nie przypominała wielkiego romansu, uczucia, czy erotycznej, pełnej napięcia gry. Była to opowieść o perypetiach towarzyskich, wycięta z młodzieżowego czasopisma, którego tytułu pozwolę sobie nie wymienić. A sceny seksu, rodem z rubryki „mój pierwszy raz”. Płytkie dialogi, jeszcze bardziej spłycały fabułę. Obraz Any, przechadzającej się po pokoju, pełnym sukien i gustownej bielizny, utwierdził mnie w przekonaniu, że pisarka utknęła, gdzieś w dziewczęcych fantazjach o kilku zwierzętach. O jaguarze w garażu, norkach w szafie, ogierze w łóżku i ośle, który za to wszystko zapłaci. Śmieszy mnie również podjęcie wątku BDSM. Każdy, kto miał z tym styczność, ale prawdziwą styczność, a nie „starał się dodać pieprzyku w łóżku”, gołym, nie uzbrojonym w żaden przyrząd okiem zauważy, że twórcy filmu, mają takie samo rozeznanie w temacie, co autorka.

Żeby nie marudzić i wyciągać tylko „minusy”, na zakończenie napiszę, co uznałem, za interesujące, miłe dla oka lub po prostu ciekawe. Po pierwsze, muzyka, według mnie, najmocniejszy punkt filmu. Kolejna rzez kilka ujęć – zwłaszcza te na wodzie, bardzo ładne, mnie się podobały. I kilka szczegółów. Na przykład dalekowschodnie freski w biurze Christiana, ładnie pokazana siłownia w apartamencie (też chciałbym kiedy taką mieć) i w końcu czerwony pokój, gustownie zrobiony, bardziej elegancki, od większości tego typu obiektów w świecie realnym. Szkoda tylko, że na pokoju się skończyło, jeśli chodzi o TEN temat.

No cóż, dla mnie zarówno książka jak i film zasługują na oklaski za sukces marketingowy, ale nic poza tym. Wiadomo jednak, że każdy sam oceni.

Zainteresowanych prawdziwymi klasykami z tej dziedziny zapraszam na prv.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na co komu Grey?

12 lut

W kinach pojawia się kolejna część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Już widzę ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które czują, że coś, mężowie nie patrzą na nie tak łakomym okiem, jak dawniej.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam, zapomniałem, minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu, to sfera, gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy, za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety, to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza. Kiedyś, przy drinku, stwierdziła, że nie jest pewna, czy ten związek ma przyszłość.

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu, znalazłem się w odpowiedniej chwili, w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych Walentynek dla wszystkich.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Trawiące myśli