RSS
 

Notki z tagiem ‘blog erotyczny’

Gruba blondynka cz. II

22 lut

Wierzę w znaki. Jako student ekonomii i finansów powinienem raczej wierzyć w mamonę i w to, co widzę na ekranie komputera, jednak, ja wierzę w znaki. Wierzę, że los, Siła Wyższa lub cokolwiek innego daje nam wskazówki.

Podobnie było teraz. Podobnie było wcześniej. Wraz z upływającym czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w ten, nie do końca dobry świat, zawsze towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Że w pewnym momencie skręciłem w niewłaściwą drogę. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z prostytutką, kiedy szedłem pod dany adres, kiedy przeglądałem Stronę, Forum, cokolwiek. Zawsze czekałem na cud, na znak. Na coś, co da mi do zrozumienia, żebym odpuścił, żebym przestał. Kiedy dzwoniłem na numer ze Strony i nikt nie odbierał, w myślach liczyłem do pięciu. Kiedy doliczyłem, rozłączałem się, dziękując losowi, za ciszę w telefonie. Kiedy stałem na światłach, idąc na dymanie, często zastanawiałem się, co by było gdyby mnie potrącił samochód. Byłoby to nieszczęście, czy raczej dar od losu?

Tym razem było podobnie. To, że nie mogłem odnaleźć właściwej klatki i adresu, było dla  mnie znakiem. Znakiem, żeby odpuścić, dać spokój. Przez chwilę, chciałem to zrobić. Odejść. Każdy normalny człowiek odszedłby. Albo inaczej, każdy normalny człowiek nie wszedłby w ten świat. Problem ze mną by taki, że ja nie byłem normalny. Odkąd pamiętam, świat seksu, nagości, był dla mnie czymś upajającym. Ja zawsze chciałem więcej w tej materii. Nie interesowało mnie spotykanie się z jedną dziewczyną, chciałem spotykać się kilkoma. Nie interesowało mnie spanie z kilkoma, chciałem spać z wieloma. Zawsze chciałem więcej.

Wypity poprzedniej nocy alkohol, słońce i moje libido. To wszystko scementowało mnie w miejscu. Po prostu nie mogłem odejść. W kasynie, jeśli ktoś gra już od dłuższego czasu i przegrywa, w jego głowie pojawia się myśl: skoro tyle już postawiłem, muszę postawić jeszcze. Nie chodzi nawet o wygraną, chodzi o pewną zasadę konsekwencji. Podobnie było ze mną. Przeszedłem prawie cale miasto, a w każdym razie znaczną jego część, i co, i miałem odejść, tak po prostu? Nigdy!

Jeszcze raz zadzwoniłem.

- Widzisz rusztowanie? – Moja rozmówczyni cierpliwie tłumaczyła.

- Jestem przy nim, ale nie ma nigdzie numerów, pozdejmowali.

- Idź w stronę ulicy S. – Poszedłem, po przejściu pod lewe skrzydło bloku spojrzałem na otwierające się okno. Zobaczyłem okrągłą twarz blondynki. No oko miała dwadzieścia kilka lat. Z pewnością więcej niż dwadzieścia pięć. Uśmiechnięta, powiedziała, który przycisk mam wcisnąć. Klatka schodowa okazała się duża. Z zewnątrz nie wyglądało to tak okazale. Wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi obitych tanią boazerią. Wszędzie ciemno. Na klatce, w mieszkaniu, którego drzwi otworzyły się niemal natychmiast po moim pukaniu. Ciemność. Tak, dzień nie jest dla takich ja my.

Spojrzałem na dziewczynę, która już za chwilę miała rozkładać przede mną nogi. Bez żadnych uczuć, bez żadnych emocji. Moje pieniądze, za jej ciało. Chyba uczciwa wymiana. Blond włosy, opadały na dosyć masywne ramiona. Piersi, nie do końca duże, jak na jej dużą figurę. Szerokie biodra i duży brzuch. Grubaska o średnich cyckach. Może być, choć liczyłem na grubaskę o dużych, monstrualnych cycach. Rozebrałem się. Zostałem tylko w skarpetkach, wedle wskazań buraczanej mody. Duża blond diva, ściągnęła zwiewną sukienkę na ramiączkach. Czarną, pokrytą jakimś kwiatowym wzorem. Zobaczyłem ją nagą, w świetle słońca przenikającego przez żaluzję. Miała białą, delikatną skórę. Miła w dotyku, świeża, co w tym fachu wydaje się być niemożliwym. Podszedłem do niej, podotykałem jej łona, piersi. Ptak wyprostował się do lotu. Założyła mi gumę. Sama położyła się na czymś w rodzaju kozetki, leżanki, ale dosyć wysokiej. Położyła się i zadarła nogi do góry, odsłaniając delikatnie obrośniętą jasnymi włosami cipkę. Podszedłem do niej, delikatnie zgiąłem nogi w kolanach i w nią wszedłem. Przyjemnie ciepło otuliło mojego penisa. Jak to mawiają, w kobiecie liczy się wnętrze, musi być cieplutkie i wilgotne. Rytmiczne ruchy, w połączeniu z obserwacją jej ciała, doprowadziły mnie do szczytowania w zbiorniczek na końcu condomu. Dwa ostatnie pchnięcia i resztki wczorajszej imprezy, które skumulowały się w mojej spermie, zostały wydalone. Tylko tyle? Całe przedpołudnie chodzę, rozmyślam, kto wie, może nawet jestem autorem nowej filozofii, a tu pstryk i po wszystkim. Jeden spust i jestem „po”. „Trzy ruchy i wór suchy”, jak mawia Mati – najbardziej dwulicowy z moich znajomych. Cały ten seks, to być może jedna wielka lipa. – Tak czasem myślę. Tak, od pewnego czasu, zaczęło mnie prześladować pewne przeczucie. Pewna myśl, która niewiadomo skąd zakiełkowała w mojej głowie. Później, mimo, że nikt jej nie podlewał zaczęła rosnąć i wydawać plony. Plony, które objawiały się w nachodzących mnie myślach. Dlaczego? Po co to wszystko? Powtarzając za Orwelem: rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego. Wiedziałem, jak znalazłem się w tym popapranym światku, ale nie wiedziałem dlaczego. Jak? Bardzo prosto. Wchodzisz w coś. Dla frajdy, z ciekawości, bądź z jakiegokolwiek powodu. Zaczynasz coś robić. Robisz i nie zastanawiasz się nad niczym. Są nowe doznania, nowe przeżycia i poczucie odkrywania. Nie zadajesz pytań, wchodzisz w coś, jest dobrze. Pewnego dnia budzisz się i dostrzegasz, że masz życie, na które nie pisałeś się wcale, ale je masz i co dalej z nim? Ok, masz, co masz. Teraz pytanie dlaczego? Być może to przejaw pychy, ale uważam siebie za osobę, całkiem rozgarniętą. Mam sprawny umysł, kojarzę fakty i mam przyzwoitą intuicję. Mając tego rodzaju przymioty, nie mogłem zauważyć, że krzywa mojego życia w pewnym momencie skręciła i to niepokojąco skręciła. Dlaczego? Co takiego we mnie jest, że musiałem tak bardzo pobłądzić? Dobre pytanie, ale może zadane na wspak? Czego takiego we mnie nie ma, że szukam tego na zewnątrz. Tak, to była ta myśl, która od bliżej, nieokreślonego czasu, nie opuszczała mnie. Dlaczego popadłem w burdelowo? Chęć nowych doznań? Na początku, z pewnością, ale w zasadzie doznałem więcej, niż przeciętny człowiek przez szesnaście żyć. Może chodziło o chęć wsadzenia w jak największą ilość szparek? Na początku, może tak. Z resztą, nie chwaląc się, bez burdelowa, wsadziłem w więcej kobiet, niż moi znajomi, szybko dotarło do mnie, że jeśli dodam burdelowo, to ścigam się praktycznie sam ze sobą. Co to tu dużo gadać, tyko jedna osoba, mogła stanąć ze mną w szranki. Kubex. Człowiek lubiany i nienawidzony. Rozpuszczony bachor, który kiedyś mógł nosić miano mojego guru dupczenia, chociaż dziś, po latach, pewnie zostawiłem go daleko w tyle.

Wracając do tematu. Myśl, która mnie prześladowała, jak to ująć, przestrzegając zasad gramatyki i interpunkcji. Może najprościej. Burdelowo, to poszukiwanie. Poszukiwanie jakiejś brakującej części mnie. Chęć zapełnienia pewnej pustki, czymś. Czymś, czego szukałem na zewnątrz. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, że to jest we mnie. Ale, wtedy nie było by tyle zabawy.

Poruchałem. Zjadłem obiad, w postaci kebabu i wróciłem na mieszkanie. Jeszcze nie zdążyłem przekroczyć progu, kiedy usłyszałem Miszę:

- Szykuj się okurwieńcu, wieczorem idziemy do P. nasi organizują balet.

- Co? – nie mogłem zrozumieć, dopiero, co skończyliśmy wczoraj i znowu?

Wieczór. Klub P. Mieszanka, szpanu, młodości i hormonów targających młodymi ludźmi. Dwa parkiety i barierki wokół, dla tych mniej rozgarniętych. Siedzę w loży, z pięcioma dziewczynami. Znam Gosię, Justynę i Kaśkę. Reszta to ich koleżanki. Zostałem ładnie przedstawiony. „To ON, uważajcie to kurwiarz, jakich mało”. Miód na moje uszy. Dziewczyny, oburzone, zerkające na mnie i coś szepczące sprawiały wrażenie prawdziwie oburzonych. Popijałem czysty Absolut i zastanawiałem się której wsadzić. Nie wiem dlaczego pomyślałem o Dagnie. Ta naturalna brunetka, miała w sobie coś tak cudownie nieuchwytnego, że miałem na jaj punkcie obsesję. I, żeby było ciekawiej, myślałem, że im więcej szparek będę miał na koncie, to lepiej mi pójdzie z NIĄ, jednocześnie, za każdym razem, kiedy oddawałem się rokoszom z kobietami, które nic dla mnie nie znaczyły, prześladowała mnie myśl, że zaprzedaję szansę, na to, że kiedykolwiek znajdę miłość, uczucie bliskości, szczęście i spokój, jakiego doznają tysiące par, tak zwanych, zwyczajnych par.

Podobno, możemy przyciągnąć swoimi myślami wszystko. Nie zdążyłem odstawić szklanki z wódką na stół. Kruczoczarne włosy i to coś, co jest nieuchwytne. Coś tak wspaniałego, coś tak rozdzierającego. Pragnę jej. Tak, to jedyna myśl. Pragnę JEJ. Wszystko przestaje istnieć. Dagna. Moja ukochana, moja jedyna, która mnie nie zauważa. Boże, jak jej pragnę. Kocham ją. Znika, gdzieś w tłoku, klubowego motłochu. Nie wiem, co mam robić. Patrzę na dziewczyny w loży, pójdę na całość, zaproponuję im loda i seks na świeżym powietrzu. A co mi tam. Ale nie. Przecież to mnie nie zbliży do NIEJ. A tylko jej pragnę. „Boże POMÓŻ, pomóż mi z Dagną. Daj szanse. Daj szanse nam na kontakt, na uczucie. Daj mi szanse, szanse, jako facetowi, żebym się sprawdził, jako mąż, jako ojciec. O kurwa, zagalopowałem się, ale nie..Nie zagalopowałem się. TAK. Tego chcę. Żony, dziecka, miłości. Jestem myślami cztery lata wstecz. Patrzę na swoich rodziców. Takich dziwnie bezbarwnych. Co oni osiągnęli? Średnie pozycje w firmach i syna, życiowego przegrańca. Ja będę inny – zawsze tak myślałem. Do teraz. Patrząc na Dagnę, chcę być, jak moi rodzice. Chcę byś nijaki, chcę tyko kobietę, którą kocham. I nic więcej. To wystarczy. Resztę, będę sam wypracowywał systematycznie i powoli. Niestety. Dagna znika w czeluściach klubu. Kolejne minuty mijają na wypiciu kolejnych „pięćdziesiątek” i rozmowach ze znajomymi. Myśli nie dają mi spokoju. Dosyć tego wszystkiego. Dosyć burdelowa. Pora zagrać za całą stawkę. Moje uczucie, przeciw całemu światu.

Pozbierałem myśli i postanowiłem ruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Przemierzałem klub, szukając mojej damy serca. Niestety, z każdym przebytym metrem, moje nadzieje opadały w głębinę oceanu nicości. JEST. Tak bardzo JEJ pragnąłem. Niestety, tańczyła, z jakimś przygłupem. Mnie pozostała pięćdziesiątka w towarzystwie Miszy. Wyznałem mu, oczywiście „po pijaku” kwestię moich uczuć i poszedłem szukać Dagny. Nie znalazłem JEJ. Wiedziony, jakimś niejasnym uczuciem, wyszedłem na zewnątrz. Tak bardzo jej pragnąłem. Kiedy przeszedłem kilkanaście metrów, dostrzegłem JĄ, Siedziała, z jakimś frajerem, który prawił JEJ komplementy.

Chciałem ruszyć, od razu. W głowie miałem artylerie komplementów i słów mających razem tworzyć wyznanie miłości. Nie zrobiłem tego. Dlaczego? Kilka lat później wciąż zadałem sobie to pytanie. Nie znałem odpowiedzi. Po prostu. Odpuściłem. Nie czułem się godny. Jej i tego świata, prostych uczuć i relacji. Na pocieszenie, został głos w mojej głowie: zrezygnuj, już wybrałeś drogę, poddaj się jej, nie walcz. Poddaj się, poddaj się.

Nie podszedłem do NIEJ. Starałem się to zapić, zaćpać, nie czuć straty. Jednak los mi mówił: po raz klejony sprzedałeś duszę. Dla ciebie nie ma ratunku. W końcu, ile razy można bezkarnie sprzedać duszę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Iza; zamiast niedzielnego rosołu

24 gru

W studenckich mieszkaniach, dniem postawionym na głowie jest niedziela. To postawienie polega na tym, że studencka niedziela, przebiega inaczej, niż niedziela w domach, powiedzmy, zwyczajnych. Najpierw wstają rodzice, poranna toaleta, śniadanko. Później wstają dzieci. Jeśli nieco starsze, to odsypiają gorączkę sobotniej nocy. Młodsze, odpoczywają od szkolnych trudów. W konserwatywnych rodzinach, zalicza się niedzielny kościół, i każdy chciwie łapie ostatnie wolne chwile wolnego czasu. Gdzieniegdzie pojawia się niedzielny obiad u dziadków. To  zjawisko, nazwałbym polską niedzielą. Inaczej jest w  mieszkaniach studenckich. Największą różnicą jest to, że nikt nie powiedział, że niedziela jest jedynym dniem wolnym. Bo w wielu przypadkach, wolne może być jeszcze trzy następne dni. I to powoduje, że nikt nie przestrzega niedzielnego rytuału. Niektórzy, chwiejnym krokiem wracają, mijając idące na msze babcie. Inni budzą się i właśnie otwierają poranne piwo. Ktoś uśmiechnięty wraca, bo zawarł i skonsumował sobotnią znajomość. Scenariusze są różne.

Ja nie jestem tu wyjątkiem. Też postawiłem na głowie porządek społeczny. Leniwie się przeciągnąłem. Sobotni wieczór przeminął bez uniesień. Kino z Karoliną, później impreza z chłopakami. Kapitan Planeta chciał pokazać się z nową panną. Z Renatą, która była cudownie nieletnia i tym samym pociągająca, przynajmniej dla Kapitana. O dziwo, skończyło się kulturalnie i bez żadnej draki.

Rozglądam się po pokoju i leżę, po prostu leżę. Nie wstydzę przyznać się do tego, że jestem leniem. W ciągu godziny umyłem się i ubrałem. Kilka skibek chleba z szynką i serem wystarczyło na śniadanie. Mijam na przedpokoju Miszę, który wrócił z marketu z porcją rosołową, bukietem warzyw i kilkoma drobiazgami. Chociaż on zachowywał pozory normalności.

- Jesz obiad? – Misza, mimo opinii twardziela i lubiącego burdy zadymiarza, był dobrym człowiekiem i dobrym  kolegą.

- No, mogę się załapać.

- To pomagasz mi, nie ma kurwa, opierdalania.

- No, ok.

W sumie, nic nie mam do roboty. Siedzimy w kuchni, wszystko przygotowujemy. Rozmawiamy o wszystkim i niczym, Głównie o dziewczynach, seksie i układach towarzyskich. Tak już jest, pewne tematy nie nudzą się nigdy. Po prostu. Zanim się zorientowałem, prawie przygotowaliśmy obiad. Pozostał do zrobienia kurczak. Z tego Misza mnie zwolnił. Zawsze on przygotowywał kurczaka, według swojego tajnego przepisu i trzeba przyznać kurczak był świetny. Wiedział o tym i mimo, że zawsze pomstował, że nie będzie karmił darmozjadów, to wszyscy wiedzieliśmy, że lubił robić kurczaka. Lubił też, jak każdy kucharz, widzieć, że smakuje. W miarę, jak po mieszkaniu rozchodzi się zapach jedzenia. Zaczyna mnie ssać. Głód, ale nie głód wywołany pustką w żołądku. Głód za czymś niezidentyfikowanym. Ssanie, które tak dobrze znam, a jednocześnie nic o nim nie wiem, w pewnym sensie jestem przed nim bezbronny. Ubieram się.

-A ty gdzie? – Misza z kawałkiem skóry z kurczaka w ręku, wygląda nieco komicznie.

- Skoczę po fajki.

- U mnie leżą, bierz, jak chcesz.

Kręcę głową, na znak, że nie. Nie pyta, on wie, że lubię wychodzić. Niecałą minutę później jestem na klatce schodowej. Zbiegam po schodach. Ciepły miesiąc, ciepły, ale nie gorący. Chodzę po mieście, kupiłem papierosy i tak naprawdę nie wiem co dalej robić. Powinienem wrócić do mieszkania i zjeść obiad, ale nie robię tego. Chcę czegoś. Chyba najprościej byłoby powiedzieć: „baby mi się chce”, ale czy tak jest do końca? Telefon w kieszeni zaczyna przypominać rozżarzony węgiel. Myśli, niczym poboczne strumyki, tworzą jeden, główny nurt. Forum, Strona, nowe cipki, cycki, nowe doznania. Iza, młoda gruba dziwka. Czytałem, recenzje Szwagrów, krótka: dla amatorów rubensowskich kształtów. To coś nowego. Nigdy nie dymałem naprawdę grubej laski.

To, co się dzieje w następnych minutach, jest poza mną. Krótka rozmowa przez telefon. Adres, cena. Krótko i na temat. Działam na autopilocie, niczym przyciągany magnesem zmierzam w kierunku nowych doznań. Bo nie ma czegoś takiego jak uczucia, są tylko doznania. Jednocześnie, jakaś część, głęboko we mnie, mówi mi, że czegoś szukam.

Pukam delikatnie trzy razy. To nie żaden kod, po prostu tak zapukałem. Jedna z zasad w tym świecie głosi, że nie można za głośno wchodzić na mieszkaniówkę, bo nadmiar hałasów może zdenerwować sąsiadów, a tego byśmy nie chcieli. Otwiera mi jakaś postać, w ciemnym przedpokoju. Wchodzę. Już wiedzę, gdzie mam się udać. Pokój, drugi po lewej. Drugie piętro, w mieszkaniu naliczyłem cztery pokoje. Kolejna masówka. To by tłumaczyło, dlaczego otwarte w niedzielę. Nie każda kurewka przyjmuje w niedzielę. Jeśli jakaś diva ma odpowiednią pozycję, czyli pracuje sama na mieszkaniu, to często bywa tak, że wyznacza sobie godziny pracy i na ten przykład weekendy ma wolne. Nie trzeba tu wcale nie wiadomo jakiej pozycji w piramidzie, wystarczy robić swoje. W niedzielę i święta przyjmują dwie kategorie prostytutek. Pierwsza, to stare kurwy, które dosłownie przepierdoliły życie. Nie ma mają rodzin, mają tylko świat, w którym wszyscy się kręcimy. Kolejna kategoria, to masówki, czyli mieszkania, gdzie przyjmuje kilka dziewczyn. Takie, miejsca pracują często niemal dwadzieścia cztery godziny. Zawsze ktoś tam jest. Jak wyznała mi kiedyś pewna diva, rodzinie mówi, ze pracuje w przemyśle – kontroli jakości, dlatego czasem chodzi na noce. Cyrk.

Wchodzę do pokoju. Łóżko, jakaś wykładzina na podłodze, stare meble przy ścianie. Standard. Iza jest młodą dziewczyną, na oko dwadzieścia sześć, maks dwadzieścia osiem lat. Jest gruba. Okrągła twarz i zwalista figura, czynią z niej umiarkowany towar, albo deficytowy towar. Chwila rozmowy. Rozmowa nie bardzo nam wychodzi. Powoli się rozbieram. Diva poszła się przygotować. Powraca po kilku minutach, które wystarczyły, żebym stwardniał. Kładziemy się na łóżku. Jej cyce i brzuch rozlewają się. Nie bardzo wiem, co z tym zjawiskiem zrobić, to na razie tylko miętoszę i ugniatam wielkie cyce. Ona leży na plecach, nic nie mówi. Ja macam ją po całym ciele, niczym archeolog, doskonale zachowanego mamuta. Pyta, czy już założyć gumę. Potwierdzam, jednocześnie, w głowie rodzi mi się pytanie, jak pokonam przeszkodę w postaci jej dużego brzucha. Przypominam sobie powiedzonko: „wejść za trzecią falą”, wszystko wskazuje na to, że ja też będę musiał wejść za trzecią falą. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zauważa to Iza, nasze spojrzenia spotykają się. Nieoczekiwanie na jej twarze również pojawia się uśmiech. Nie jest to uśmiech przesycony rutyną, ani wymuszony. Jest pogodny i miły. Nie wiem, co o tym sądzić. Podobno grube dziewczyny mają bardziej pogodne oblicze od szczupłych koleżanek, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Guma idealnie przylega do mojego przyjaciela. Diva odwraca się tyłem. Wypina monstrualny zad i spiera się na łokciach. Rękami rozchylam tłuste uda. Jej cipa jest duża, sprawia wrażenie wielkiej sakwy. Kilka razy pocieram ją palcami. W końcu kieruję kutasa. Przyjemne ciepło otula mojego kija. Zaczynam posuwać, równomiernie. Olbrzymie zwały tłuszczu przede mną poddają się rytmicznym pchnięciom. Moje ruchy stopniowo stają się szybsze i bardziej sprężyste. W końcu szybkim zdecydowanym pchnięciem dobijam do końca, bo słyszę jęknięcie. Dalsze pchnięcia, nieco lżejsze, ale równie szybsze. Zwalniam. Ręce z bioder wędrują na jej plecy i pośladki. Gładzę ją, jednocześnie, powoli penetrując. Po kilku, może kilkunastu minutach czuję, że niebawem trysnę. Łapię za szerokie biodra i dobijam do końca raz, drugi, trzeci, kolejny. Słyszę lekkie sapanie i pojękiwanie. Dochodzę, jeszcze raz dobijam do końca. Wyjmuję fiuta. Idę go opłukać. Kilka słów pożegnania i już mnie nie ma. Kiedy idę wolnym krokiem, dostaję sms: „Nie masz już jedzenia, był Mareczek i Kamil” – Misza. „Ok.” – odpisuję. Wchodzę do najbliższego fastfooda, zamawiam paszę. Jest w tym pewna symbolika. Prawdziwe, domowe jedzenie zamieniłem na śmieciową papkę. Znów odzywa się ssanie. Poszukiwanie czegoś. Prawdziwej miłości, innego scenariusza na życie? Nie wiem, wiem, że burdelowo, nie jest odpowiedzią, już nie. Więc co jest?

To pytanie dręczyło mnie jakiś czas.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo