RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Trawiące myśli’

Pora i sposób na podryw?

17 lis

Przychodzi baba do lekarza:

- W jakich porach pan przyjmuje?

- W sztruksach. – Odpowiada lekarz.

Tytułem wstępu, stary suchar.

Idąc przed miasto, kilka dni temu, kąsany lodowatą mżawką, patrzyłem przed siebie, starając się uchwycić co ładniejszą kobietę. Niestety. Pogoda nie tylko mnie przygarbiła. Skuleni, przygarbieni ludzie co prędzej zmykali do swoich docelowych miejsc. Dotarłem do przystanku. Po kilku minutach wsiadłem do tramwaju. Rozejrzałem się. Niewiele się zmieniło w postawie ludzi. Każdy zziębnięty, jedni stojąc, inni, siedząc, każdy wydawał się skulony. Jedna tylko kobietka siedziała, jakby poza zasięgiem siedziała, dumna, wpatrzona, gdzieś przed siebie, a jej rudo-brązowe włosy, spływały po ciele luźno, niczym woda, spływająca górskim potokiem.

Wieczorem, usiadłem i zastanowiłem się, czy natura nam sprzyja, niekiedy w podchodach miłosnych, czy w typowo, industrialnym świecie, gdzie technika wypędza wszelkie odruchy naturalności aura na zewnątrz nie odgrywa większej roli. Podobno miesiące maj – sierpień, to sezon randkowy. Pogoda, odkryte ciała i tak, jakby większa motywacja (wypływająca z obszaru poniżej brzucha, a powyżej kolan), do poznawania nowych osobników. Natomiast czas jesienno – zimowy, to czas snu i stagnacji.

Z historycznego punktu widzenia, to się nie sprawdza. Polskie ziemiaństwo, właśnie w zimie opuszczało swe majątki i zjeżdżało do miast, na karnawały. A tam się działo…

Czytałem też, jakiś czas temu, wywiad z odsiadującym karę oszustem matrymonialnym, który, z rozbrajającą szczerością przyznał, że prowadził coś, na kształt kalendarza pracy. Lato to sezon wszelakiej maści kurortów i miejscowości nadmorskich. Koncentrował się tylko na tych obiektach, w Polsce lub za granicą. Jesień spędzał w miastach. Galerie (nie handlowe), restauracje, bankiety. Zima, to sezon typowo górski, Stoki, hotele w pobliżu gór etc. Prawie cały rok pracował. Jak wyznał, tylko wiosna, była nieco lżejszym zawodowo okresem w roku.

A może to mit? Czy dziś pory roku kogoś obchodzą, skoro mamy:

Profesjonalizm i tradycja

 Biuro matrymonialne, to pewien archaizm.  Kilkanaście lat temu, przed nastaniem ery Internetu tego typu instytucje były nieco bardziej rozpowszechnione. Właściwie obok kącików towarzyskich w czasopismach, był to jedyny sposób  na zawarcie znajomości drogą niekonwencjonalną. Biura matrymonialne były, ale czy są nadal? Z biegiem czasu, rozwój portali randkowych w znacznym stopniu wyeliminował tradycyjne biura. Dziś nie ma śladu po takich instytucjach. Nie znaczy to jednak, że tego typu działalność zniknęła na dobre. Pozostały te największe. Kiedyś mieliśmy filie w każdym regionie kraju. Dziś z przyczyn ekonomicznych ograniczyliśmy siedziby do dwóch miast: Ustki i Warszawy – mówi pan Henryk, przedstawiciel jednego z biur matrymonialnych o ogólnopolskim zasięgu. – Działalność prowadzimy w całym kraju, tu ułatwieniem jest Internet, który jest pierwszym kontaktem − kontynuuje.  Wchodząc na stronę internetową biura widzimy możliwość wybrania płci, przedziału wiekowego oraz regionu. To nie wszystkie, resztę ofert oraz pełne profile osób z regionu można dostać po zalogowaniu się i co ważniejsze po wniesieniu opłaty członkowskiej. Ta może być różna: od 350 PLN do 200 euro, zależy, jaki wariant wybierzemy. W zamian mamy dostęp do bazy danych z kraju i zza granicy. – Po wniesieniu opłaty i uzupełnieniu swoich danych, klient określa kogo szuka, chodzi o wiek, region albo promień w jakim chce szukać, ewentualnie jakieś inne preferencje. My wtedy pomagamy szukać i wysyłamy dokumentacje z profilami osób, które mogą pana lub panią zainteresować. Przesyłka dostarczona jest emailem lub listem poleconym. Na kopercie nic nie wskazuje, że to korespondencja pochodząca z biura matrymonialnego. Gwarantujemy pełną anonimowośćmówi pan Henryk. Na pytanie o cenę opłaty członkowskiej przedstawiciel biura odpowiada: − Z definicji nasze biuro jest skierowane do osób poważnych. Kwota jest wysoka, to prawda, ale to pozwala nam oddzielić ludzi poważnych, którzy naprawdę kogoś szukają, od nieodpowiedzialnych ludzi szukających tylko przygody. Tacy częściej zakładają profile na różnych portalach internetowych. Ponadto zawsze staramy się weryfikować osoby, które się do nas zgłaszają, jeśli zdarzają się oszuści, bo tacy też się zdarzają, to natychmiast eliminujemy ich z bazy danych.  Pytam, o jakich oszustów konkretnie chodzi. – Przede wszystkim pilnujemy, żeby w profilu takiej osoby była prawda, jeśli dochodzą do nas sygnały, że coś się nie zgadza z informacjami, które są wpisane, prosimy o natychmiastowe wyjaśnienie. Zdarzało się, że ktoś pisał, że jest wolony, a w rzeczywistości miał żonę, albo miała męża. Z czymś takim walczymy. Wszystko zależy, jaki kaliber ma kłamstwo, jeśli pani odejmie sobie 3 kilogramy podając wagę, a pan doda sobie 3 centymetry w rubryce wzrost, to można wybaczyć – tłumaczy profesjonalny swat. Wydawać by się mogło, że czaty i portale randkowe są konkurencją dla tego typu działalności. Jednak okazuje się, że nie do końca tak jest.

Na rynku jesteśmy od ponad dziesięciu lat. Możemy pochwalić się sukcesami w tej materii. Są pary, dziś małżeństwa, które poznały się dzięki nam. Nie jestem przekonany, czy powstałe w Internecie portale zagrażają nam. Chyba swoją działalność kierujemy do innej grupy osób. Oni stawiają na ilość założonych kont, my na jakość. Oczywiście nie gwarantujemy nikomu małżeństwa, czy związku, bo jak podkreślam, my tylko pomagamy szukać. Co z tą znajomością zrobią nasi klienci, to już ich sprawa – wyjaśnia p. Henryk. Jak twierdzi mój rozmówca większość ludzi jest zadowolona, bo prędzej, czy później znajduje sobie kogoś przez biuro. Ciekawostką jest fakt, że na tego typu krok nie decydują się wyłącznie ludzie starsi. Najliczniejszą grupą jest grupa 30 – 40 lat. – Zdecydowanie więcej młodszych jest pań.  Panowie decydują się na naszą pomoc po trzydziestce, najczęściej przed czterdziestką. Natomiast panie wcześniej myślą o tych sprawach. Najmłodsze w naszej bazie mają dwadzieścia cztery lata. Pracują, albo są na ostatnim roku studiów. Z reguły jest tak, że nie znalazły nikogo przez okres studiów ani w swoim środowisku zawodowym, to na wszelki wypadek zgłaszają się do nas. To oczywiście nie przesądza sprawy, z reguły tacy młodzi ludzi po kilku miesiącach rezygnują z naszych usług, bo znaleźli sobie kogoś.

Wirtualny @mor

 Następcami biur matrymonialnych stały się czaty oraz portale społecznościowe i randkowe. Największy boom  dawno minął i niektórych portali już nie ma, a pokoje czatów świecą pustakami, ale można jeszcze kogoś poznać w wirtualnym świecie. Wchodzę na czat regionalny. Około siedemdziesięciu  osób. Rozpoczynam korespondencję.

Malinka okazuje się być maturzystką, której rodzice każą siedzieć i się uczyć, przez co ograniczają wyjścia. Jej zemsta jest słodka, zamiast się uczyć klika na czacie. Marta06 pracuje w jednym z urzędów, czat to forma relaksu, nie traktuje go poważnie. Po kilku minutach, to do mnie piszą obcy: Mark24 pyta, czy jestem bi, czy homo? Nie nawiązuję korespondencji. Ładna/Słodka za doładowanie konta w telefonie komórkowym oferuje pokaz na skypie. Zaznacza, że widać wszystko i mogę wydawać polecenia. Czat jednak nie był dobrym pomysłem, zamykam okno czym prędzej.

  Zakładam profil na jednym z najstarszych portali randkowych.  Kiedy wpisuję cechy poszukiwanej przeze mnie osoby (wiek, miasto) wyskakuje mi kilkadziesiąt profili. Przeglądam poszczególne strony. Członków tej społeczności można podzielić na trzy grupy:

-ludzi stanu wolnego, klikających z nudów i w formie zabawy, ale nie wykluczających poznania kogoś

-ludzi wolnych, ale starających za wszelką cenę zmienić istniejący stan, chociażby za pomocą sieci.

Ostania grupa składa się z ludzi „z przeszłością” i „po przejściach” dla których Internet ma być źródłem drugiej towarzyskiej lub miłosnej szansy. Wiedziony ciekawością nawiązuję kontakt.

Pierwszą osobą jest Angel, trzydziestopięcioletnia właścicielka sympatycznego uśmiechu. Rozwiedziona. Jak zaznacza w profilu, nie szuka przygód, a w ludziach szuka inteligencji, odwagi i szczerości. Jak pisze, portalu nie traktuje w stu procentach na poważnie, ale liczy, że może kogoś znajdzie.

Inaczej swoją obecność na portalu widzi Nadzieja. Ma dwadzieścia jeden lat, pasjonuje się fotografią, jak sama mówi nie jest do końca przekonana, co do tej formy znajomości. Portal traktuje bardziej jako społecznościowy niż randkowy i nie jest na nim szczególnie aktywna. Poznała kilku wirtualnych znajomych, ale znajomość ogranicza do portalu, jak twierdzi, nie widzi powodu zawierania bliższej znajomości.

Dla Ani Internet to sposób na znalezienie wymarzonego faceta, wymarzonego, czyli wysokiego i takiego, który co dzień będzie kochał mocniej i mocniej, z którym będzie „nadawać na tych samych falach”. Grażyna48 to rozwódka, po rozpadzie małżeństwa postanowiła iść z duchem czasu i w sieci poszukać kolejnej uczuciowej przystani. Jak twierdzi, mało jest miejsc, gdzie ludzie w jej wieku mogliby wyjść pobawić się i poznać. Poza tym portal, to duża oszczędność czasu. Kilka korespondencji i wiadomo, czy dalsza znajomość ma sens, czy nie. Niestety portal zawiódł jej oczekiwania. Jak sama mówi początkowo wyglądało to zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o facetów, to uważa, że nie ma w sieci facetów szukających normalnych relacji: − Większość szuka tu seksu, bo nie stać ich na prostytutki – pisze.

 Wszelka działalność mająca na celu kojarzenie par zawsze będzie budzić różne emocje. Dla jednych to wyraz nieporadności w pewnej płaszczyźnie życia, dla drugich coś normalnego – znak czasów. Po części jedni i drudzy mają rację. Ludzie zakładają konta na takich portalach, bo jest deficyt fajnych facetów, a taki portal zawsze daje nadzieję – mówi Agata, studentka  na pierwszym roku. Nie do końca zgadza się z nią Przemek, student ostatniego roku: − Kiedyś się bawiłem w takie wirtualne randki, ale dałem spokój, jednak najlepiej jest wyjść do ludzi. W necie, nigdy nie wiadomo, z kim się klika.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Jeszcze o atrakcyjności

26 paź

Porozmawiajmy jeszcze o atrakcyjności.                                                                                             akt

Z męskiego punktu widzenia laska może być ligowa albo ch..wa. To taki podstawowy podział. Jest on bardzo ubogi i nie oddaje całej istoty sprawy. Po pierwsze, od czasów starożytnych wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, piękno jest w oku patrzącego i każda potwora znajdzie swego amatora. To prawda. Do tego trzeba jeszcze dodać, że człowiek to składowa wielu, naprawdę wielu części. Chociażby ciało. Ileż to razy słyszałem albo sam wygłaszałem opinię: „tak ogólnie, to nieciekawa, ale cycki, coś pięknego..”. W miejsce cycków, można wstawić (pierwotnie miałem napisać włożyć, ale zabrzmiałoby to lubieżnie) dowolną część ciała. Najczęściej tyłek albo nogi. To oczywiście taki, najbardziej prymitywny ogląd. Z wiekiem zwraca się uwagę na więcej szczegółów. Dłonie, stopy, łydki ramiona, plecy, twarz, figura. Zwróćmy uwagę na samą głowę i twarz; rysy twarzy, usta, policzki, oczy, włosy. Tak, z czasem, kiedy wyrośnie się ze „Słonecznego patrolu” kobiece ciało staje się czymś niemal mistycznym. Można je nie tylko podziwiać, ale wręcz kontemplować. Niestety, a może na szczęście, koneserów kobiecego ciała jest stosunkowo niewielu.

Po zachłyśnięciu się ciałem przychodzi czas na wnętrze. Uosobienie, charakter, czy chociażby sposób podejścia do spraw tak prozaicznych, jak codzienne życie , to kolejne pole do obserwacji. Co ciekawe, kiedy omami nas ciało, nawet najbardziej nieznośne cechy charakteru nabierają w przedziwny sposób pewnego uroku. Oczywiście nigdy albo prawie nigdy nie jest tak, że uroda jest w stanie całkowicie przykryć charakter, ale z pewnością pomaga stać się z wiedźmy uroczą złośnicą.

A co z gwiazdami?

Osobną kategorią są najprzeróżniejsze gwiazdy i gwiazdki. Myślę, że niejedna niewiasta i niejeden kawaler poczuł się nieciekawie, gdy jego, jeśli nie druga połówka, to chociaż bliska osoba zapiszczała albo westchnęła przed plakatem lub telewizorem. Pamiętam, jak siedziałem na łóżku z dwiema koleżankami, oglądaliśmy telewizyjny show. Gwoździem programu miał być moment, jak Paweł Małaszyński pokaże pośladki. Dziewczyny dosłownie zapiszczały, niemal dostały spazmów. Moja mina musiała być nieciekawa, bo jedna z nich pomasowała mnie po udzie i powiedziała: też jesteś niezły. Nie pomogło to za wiele. Co do gwiazd i gwiazdeczek, przeczytałem kiedyś artykuł, który być może nie był profesjonalnym badaniem socjologicznym, ale jak dla mnie miał sens. Licznymi westchnieniami do znanych ludzi kierują dwa mechanizmy, pierwszy to matematyka. Założeniem artykułu było to, że każdy z nas podoba się jednej osobie na dziesięć. Po prostu. Na dziesięć osób płci przeciwnej, jednej wpadniemy w oko. No, to teraz trzeba się zastanowić, ile osób w życiu codziennym mijamy. Przede wszystkim szkoła/praca, dom i okolice, ewentualnie, dla aktywnych jakieś koła zainteresowań. Powiedzmy, że około stu osób spotykamy. Czyli idąc tym tropem, dla dziesięciu będziemy atrakcyjni. Teraz powiedzmy, że kobieta/dziewczyna oprócz pracy, czy szkoły, śpiewa w chórze. Chodzi na próby, jeździ na występy i łącznie obejrzało ją pięć tysięcy facetów. Dla pięciuset będzie atrakcyjna. Jeśli przełożymy to na wieloaminowe produkcje i widzów liczonych w setkach tysięcy lub w milionach, to łatwo zobaczyć, dla ilu ludzi dany aktor, czy aktorka będzie atrakcyjna. Dowodem na to, co opisałem są gwiazdeczki internetowe, którym różne fb, insta itp. umożliwiły zaistnienie.

Po ciemnej stronie

Wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale jest też ciemna strona mocy. Gdybyśmy mogli powiedzieć ładny/ładna, brzydka/brzydki. Ewentualnie miły/niemiły, byłoby prościej. Ale tak nie jest. Po raz pierwszy spotkałem się z tym określeniem na studiach. Wtedy nie za bardzo zrozumiałem o co w nim chodzi. Z czasem dotarło do mnie, że chodzi w nim coś znacznie więcej. To określenie, to: „odrażająca z wyglądu i charakteru”. Ma ono naprawdę pewną głębię w sobie. Generalnie sama atrakcyjność jest swego rodzajem dialogiem wewnętrznym. Coś jest „na plus” w kimś,  coś nie jest. To i to nam się podoba, a coś nie. Ale poza tym wszystkim, jest gdzieś pewna granica. Granica, jak ją nazywam biologiczna. Jeśli ta granica nie jest przekroczona, to żadna relacja nie może wejść w jakiekolwiek stadium. No way. Właśnie w takich przypadkach ktoś dla nas albo my dla kogoś będziemy odpychający wizualnie i mentalnie. Nic się na to nie poradzi tak po prostu jest.

Jako ciekawostkę mogę podać, że kiedy zrezygnowałem z pracy w korpo, na rzecz państwówki, to z przerażeniem spostrzegłem, że wokół mnie większość kobiet, jest odpychających z wyglądu i charakteru. Dlatego, jeśli czyta to jakiś młodzian szukający pracy i dziewczyny, powiem jedno: idź chłopie do sektora prywatnego, tam jest finansowy lukier i dobre dupy. W sektorze państwowym zostały ochłapy.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Wstydliwa aborcja, przemyślenia po „Botoksie”

22 paź

Ostatni film Patryka Vegi, „Botoks”, jeśli ktoś nie wie, jeszcze przed premierą rozgrzewał kinomanów. Mnie za bardzo nie rozgrzewał, ale idąc za namową znajomych udałem się do kina. Zapowiedź obejrzana w internecie, również umówmy się, zachęciła.

Co do samego seansu. Typowy film Vegi. Ja osobiście twórczość Vegi traktuję na zasadzie Vega przed „Pitbullem” i Vega po „Pitbullu”,  mam na myśli serial. Kiedy w owczym pędzie pobiegłem na tak zwaną drugą część „Pitbulla”, dwa dni myślałem, co ja w tym kinie zobaczyłem. Liczyłem, na film kryminalny w klimacie serialu, a odniosłem wrażenie, że oglądam jakiś film Tarantino. Nic nie mam do Tarantino, ale jeden według mnie, jeden wystarczy. Patryk Vega, dwoma częściami w/w filmu przyzwyczaił mnie do nowej odsłony swej twórczości, dlatego na „Botoks” szedłem zaszczepiony. To, co ujrzałem w kinie, podobało mi się. Trudno określić gatunek filmu, ja nazwałbym go obyczajowym dreszczowcem. Nie ma w nim pościgów, spektakularnych scen kaskaderskich, ale jest pokazane życie dnia codziennego, może nieco w krzywym zwierciadle, a może właśnie nie? Być może, chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, wmawiamy sobie, że Vega nieco odleciał w swoim filmie. No bo, nie możliwe, żeby aż tak się pewne rzeczy miały. Według mnie, film daje do myślenia.

Nie chcę psuć seansu, tym którzy nie oglądali filmu, a mają taki zamiar, dlatego nie wchodząc w fabułę zbyt głęboko,jedno mnie tylko uderzyło. Jednym z poruszanych tematów w filmie jest aborcja. Nie da się tego nie zauważyć. Kiedy po filmie śledziłem z zainteresowaniem recenzje (niezbyt pochlebne), to odniosłem wrażenie, że akurat ten temat jest, jakby wstydliwie pomijany. Dlaczego?

Temat aborcji, od lat dziewięćdziesiątych, jest w naszym kraju tematem, który w odpowiednich momentach niosą na sztandarach politycy od prawa do lewa i z powrotem. Jest to o tyle wdzięczny temat, że nie można poświęconej mu debaty zakończyć. I dlatego, jak nie przychodzi pomysł na polityczne zaistnienie, to łapiemy się aborcji i bęc, znów na wszystkich kanałach. Temat trudny, niejednoznaczny i mający wiele odcieni. Myślę, że bardziej nadaje się na dyskusję społeczną, niż debatę polityczną. W końcu, to z dylematem „za” albo „przeciw” zostaje człowiek. Ja osobiście uważam, że aborcja powinna być w pełni legalna, bo ostatecznie, to kobieta zdecyduje, co zrobić. Spotykałem się z kobietami, które nawet, przy pełnej legalizacji i zachęcającej kampanii społecznej nie zdecydowałyby się na taki krok. Nie zrobiłyby czegoś takiego, bo po prostu tak czuły, czuły, że tak nie można. Znam również takie kobiety, które nawet, gdyby żyły w państwie totalnym, gdzie taki zabieg byłby karany więzieniem i tak znalazłby sposób. Dlatego, jak dla mnie, nie można naprawiać czyjegoś sumienia. Oczywiście poboczną sprawą jest to, czy to sprawa „”tylko kobiety”, bo być może warto aby taka kobieta wcześniej porozmawiała z drugą osobą odpowiedzialną za ten stan rzeczy (jeśli ktoś nie zrozumiał, mam na myśli faceta). Jak pisałem wcześniej, aborcja to temat rzeka, otwiera inne tematy, jak na przykład co zrobić z pigułkami „po”. Może dla polityków to fajna sprawa, bo gwarantuje wieczny medialny kocioł, ale dla przeciętnego człowieka, to znacznie głębszy temat, dotyka całego życia, światopoglądu, w końcu dotyka sumienia. Napisałem wcześniej, że moim zdaniem z aborcją nie powinno być problemu, bo tak sądzę, ale równie dobrze wiem, że mogę się mylić. Nie byłem w takiej sytuacji, nie musiałem się z tym mierzyć. Jestem po trzydziestce i wiem, że zaprzepaściłem szanse na bycie młodym ojcem. Być może, gdybym został postawiony przed faktem, że mogę zostać ojcem, spojrzałbym na pewne sprawy zupełnie inaczej. Nie wiem.  W przeszłości kilka razy sponsorowałem Pos…(bez lokowania produktu), raz musiałem dosyć intensywnie przekonywać dziewczynę, która przeczytała, że tego typu środki to tornado dla hormonów. Czy żałuję tego? Nigdy się nie zastanawiałem.

Szkoda, że film Vegi został tak zamieniony, mimo, że ludzie gnali do kin, niczym wakacyjne pielgrzymi do Częstochowy, uważam, że własnie wulgarne ukazanie pewnych tematów i zjawisk da do myślenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Aktywność i pasywność towarzyska

05 paź

W ostatnią sobotę, między moimi znajomymi rozgorzała dyskusja. Dyskusja żywa, gorąca, budząca szczere emocje.

Przy stole siedziało sześć osób czterech facetów, dwie kobiety. Singielka, małżeństwo z trzyletnim stażem, facet w pięcioletniej relacji, towarzysko-emocjonalny rozbitek (ja) i facet po rozstaniu, jakieś cztery miesiące temu.

Padł akt oskarżenia z ust singielki: nie ma kogo i gdzie poznać!tMałżeństwo nie odezwało się zdecydowanie w tej sprawie. Coś tam stęknęli, że trzeba szukać odpowiednio wcześnie, bo później, to kicha. Akt skierowany był w stronę facetów, dlatego facet po rozstaniu stwierdził, że owszem nie ma. Od kilku miesięcy odwiedza modne kluby i nic, kompletnie nic. Kilka wymian nr telefonu, ale i tak nic z tego nie wyszło. Facet z pięcioletnim stażem starał się ubrać to wszystko w kostium życiowego doświadczenia, tłumacząc, że w związkach też bywa raz lepiej, raz gorzej. Dodał, że jego zdaniem, tak zwane pierwsze wrażenie jest przereklamowany, bo czas jest kryterium ostatecznym.

Singielka opowiedziała o różnych facetach, jednego poznała na FB, bo był znajomym koleżanki i wypatrzył ją w swoim monitorze, kolejny na klubowym parkiecie, zrecznym obrotem zawrócił jej w głowie, jeszcze inny, barczysty brodacz, swoją pewnością siebie potrafił zaimponować, jednak braki w dobrych manierach skreslily go, bo jak stwierdziła, szkoda czasu na próby ucywilizowania go. Wywód podsumowała wyłączeniem cech odpowiedniego kandydata.

Facet po rozstaniu dodał swoje trzy grosze. Małżeństwo niewiele się odbywało, ale na ich twarzach gościł łatwo zauważalny i niemal ekstatyczny wyraz ulgi: uff mamy to za sobą , na szczęście mamy siebie.

Facet wzwiązku wyśmiał romantyczno-bajkowe oczekiwania singli. Że szczerością wyznał , że jego dziewczyna, nie jest tą jedną na milion , on też ma świadomość , że jest nieco innym księciem, z innej bajki, niekoniecznie tym wymarzonym. cSłuchając dyskusji, tak sobie pomyślałem, jak my sami się ograniczamy. Poznajemy ludzi w pracy, przez znajomych, w klubach lub w sieci. A przecież świat jest o wiele większy. Dziewczyna wykładająca szarlotkę w cukierni, smukła skrzypaczka w tramwaju, z ustami kipiacymi namiętnością, czy intrygująca chłopczyca, którą minąlem na chodniku. Los ciągle rzuca nam miłosne rękawice , pytanie, czy je podnosimy, czy wycofujemy się do narożnika i czekamy, aż nasza pasywność przerodzi się we frustrację ?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Czy coś mu umknęło?

17 wrz

Kiedyś wydawało mu się, że czas stanął w miejscu. Przez moment wydawało się,  że słodki rozgardiasz nie będzie miał końca. To taki stan nieważkości, który wpływa na postrzeganie siebie i świata.  Jednak w tym wszystkim były pewne punkty stałe. Było ich trzy plus dwie. Kobiety. Ale nie takie zwyczajne, niezwykłe,  bo potrafiące z nim wytrzymać.  Niezwykłe,  bo zawsze były.  Niezwykłe,  bo to czas który spędził z nimi, okazał się najszczesliwszymi chwilami w życiu.  Kiedy w jego glowie pojawiały się pytania, czy aby to nie jedna z nich ma być TĄ, przeznaczoną przez los, szybko wyrzucal te mysli z glowy. W końcu był koneserem, kobiecego ciała i wszelkich doznań. Takie przejście z koleżanki do kogoś bliższego wydawało się banalne, bez polotu. No tak, on przecież nie mógł postąpić tak banalnie, jak reszta, bo to był on.

Czas plynął. Nawet on zauważył,  że czas ucieka. Zaczęły pojawiać się zaproszenia. Był na ślubie każdej z nich. W ślubnych sukniach, były piękne.  Było coś jeszcze,  w ich dostrzegł spełnienie. Jakiś PR przedziwny rodzaj przekonania, że postępują dobrze. Tak, one poszły do przodu, on gdzieś został.  A może też poszedł do przodu, tylko po drodze coś zgubił. Może.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

O dorastaniu

16 wrz

Byłem wczoraj na piwie. Niby piwo, ale można (tak przypuszczam) nazwać to czymś na kształt pierwszej randki. Wszystko odbyło się z inicjatywy tej drugiej strony. Moja była tylko bierność. Totalna bierność. Wszystko jest, czy raczej było typową sztampą. Znajoma znajomych wygadała się, że się jej podobam. Niezdarnie i nieśmiało zarazem, poprosiła mnie o numer. Dałem jej swój numer, nie widzę powodu, aby z rzeczy tak powszechnej, jak numer telefonu robić towar deficytowy. Generalnie jestem zwolennikiem stanowiska mówiącego, że kontakt z ludźmi jest dobry, nie musi być akcentu zanadto towarzyskiego, czy seksualnego, czasem wystarczy po prostu zwykły, neutralny kontakt. Od początku jednak, uznałem, że nic większego z tej relacji nie wyjdzie, bo brakuje tego „czegoś”.

W końcu, umówiliśmy się na piwo. I tu już pojawił się namacalny dowód, że nic z tego nie będzie. Kiedy spotkanie dotyczy osoby w minimalnym stopniu dla nas atrakcyjnym, jest zdenerwowanie, podminowanie, a w każdym razie niecierpliwie oczekiwanie. Jak będzie, co się wydarzy, jaka jest TA osoba? Tym razem pożałowałem, już w chwili potwierdzenia naszego spotkania. Dlaczego się zgodziłem? Nie wiem, może to odruch bezwarunkowy. W każdym razie poszedłem na piwo z tą dziewczyną. Żeby było jasne, nic do niej nie mam, nie uważam ją za jakieś monstrum, nie pogardzam nią, po prostu jest poniżej pewnych kryteriów, nie ta planeta.

No właśnie porozmawiajmy o kryteriach.

Ja sam przeszedłem znaczną drogę, o czym pisałem w  niektórych postach. Zawsze, tak, jakbym był krok do tyłu za wszystkimi. Szkoła średnia, okres pierwszych „chodzeń”, a nawet zalążków związków. Okres zdobywania pierwszych, towarzyskich szlifów. W tym radosnym bądź, co bądź okresie, ja przeżywałem romantyczne uczucia, słałem kwiaty i wiersze miłosne. Seks miewałem raz na rok.

Kiedy poszedłem na studia, odżyłem. Głęboko zakopałem romantyczne mrzonki, zacząłem żyć chwilą, a moim jedynym kierunkiem życiowej filozofii były wciąż nowe i bardziej intensywne doznania. Wiedziałem, że chcąc maczać pędzel w wielu sztalugach, trzeba zapomnieć o arcydziele, a poprzestać na bohomazach. Czas, kiedy ludzie zaczynają podejmować decyzje na całe życie, a relacje zaczynają być naprawdę poważne, dla mnie był odkuwaniem się za szkołę średnią. To był właśnie czas spotykania się, chodzenia, flirtów, randek, seksu sportowego, czas każdej możliwej relacji, byle nie poważnego związku. Cechą charakterystyczną tych czasów była totalna wręcz niewybredność seksualna. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie posuwałem tylko pasztetów, znacznej części moich kobiet zazdrościli mi znajomi. Dla mnie jednak nie to było najważniejsze. Liczył się wsad, pukniecie, finalizacja transakcji. I magiczne słowo, „liczby”. Kiedy jeszcze posuwałem raz na rok, postanowiłem  sobie, że wsadzę penisa w pewną ilość kobiet i do tego wytrwale dążyłem.

 Chyba kulminacją tego czasu była zabawa w klubie. Ja dosyć pijany rozglądałem się za łatwą zdobyczą, można powiedzieć, towarzyską padliną. Znalazłem. Wszystko odbywało się późną jesienią albo wczesną wiosną, nie pamiętam. Kiedy kilka godzin później doszedłem i stałem ze sterczącym kutasem, temperatura była trzy stopnie poniżej zera. Czułem się wtedy władcą świata, spojrzałem na swojego dzielonego druha i pomyślałem, że jestem niezniszczalny.

Następnego dnia, mój serdeczny przyjaciel, Misza, powiedział mi: – wiesz, kiedyś ci zazdrościłem, ale teraz ci współczuję, co ty ze sobą robisz, wiem, liczby, ale przecież to popierdolone. – Czy miał rację, wtedy nie zawracałem sobie tym głowy.

Kidy przekroczyłem trzydziestkę, na pewne sprawy spojrzałem bardziej krytycznie. Potrafiłem wystawić sobie ocenę za przeszłość. Dotarło do mnie, że może niekiedy błądziłem. Dałem sobie słowo, że teraz tylko te kobiety, które spełniają pewne kryteria będą obiektem mojego zainteresowania.

I tak znalazłem się na wspomnianym wcześniej piwie. Patrzyłem na dziewczynę przede mną i tak się zastanawiałem, co ja tu robię. Nie podoba mi się, nie interesuje mnie. Pijąc lufkę za lufką uznałem, że to jednak nie to. Wracając tramwajem, spojrzałem w szybę. Tak, coś się zmieniło, może dorosłem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja i one, Trawiące myśli

 

O porażce

12 wrz

Wstałem po trzynastej, w głowie odczuwam lekki szmer, pamiątka po wczorajszym piwie. Wszystko zaczęło się od jednego piwa, zawsze tak się zaczyna.

Poszedłem  do knajpki. Zwykła przeciętne knajpka, większość dwudziestoparolatkow, tania wódka i piwo. Przez trzy pilznery obserwuję ludzi. Grupki znajomych żywiołowo dyskutujących o palących problemach, gdzieniegdzie pary: chłopiec – dziewczyna, jak na dłoni widać napiętą atmosferę pierwszego, wspólnego piwa. Czym się objawia? Nawzajem pochłaniają się wzrokiem i każdemu albo prawie słowu towarzyszy nerwowy uśmiech. Och, to urocze zdenerwowanie, świadczy o czystości intencji, a może nawet o pewnej niewinności. Jednopłciowe pary, też delektują się niezbyt drogimi trunkami. Babskie i męskie wieczory.

Po trzecim pilznerze przenoszę się do klubu nieopodal. Nie jest to żaden topowy klub, bliżej mu do tancbudy, ale jest klimatyczny, to z pewnością. Biorę whiskey, to mnie wyróżnia z tłumu, który bierze piwo lub najtańszy drink. Siadam na wysokim stołku pod ścianą. Mam ochotę obserwować, czy coś się zmieniło w dynamice takich miejsc, odkąd tam bywałem? Nic się nie zmieniło, grupki facetów, grupki dziewczyn o odwieczna gra w podchody. Nie staram się nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego, właściwie, nie mam planów, co do pobytu tutaj. Po skończonym drinku, biorę jeszcze piwo, już zupełnie wtopiłem się w tłum. Wychodzę na papierosa. Obok mnie pali para, kobieta, brunetka, z urody podobna dziewczyny z teledysku Martyniuka, troszkę bardziej świecąca, ale wciąż podobna, na faceta nie zwracam uwagi. Brunetka podchodzi z pytaniem o ogień, podaje jej zapalniczkę. Kilka minut później znów pyta o zapalniczkę, w jej oczach widzę oczekiwanie. Może jestem zbyt pewny siebie, ale dostrzegam wyczekiwanie na ruch z mojej strony. Nie robię nic, ogarnia mnie bierność.

Po kolejnej wódce z en erg etykiem znowu palę. Tym razem uśmiecha się do mnie dziewczyna o urodzie chłopca. Oddaję uśmiech. Rozmawiamy. Jej wywód na temat tego, jak to w takich miejscach faceci szukają łatwych wsadów nudzi mnie – ja to znam. Nie daję tego po sobie poznać, idę to toalety. Kiedy rozmawiamy po raz kolejny, za jakiś czas w klubie, pada pytanie, czy wierzę w możliwość odnalezienia miłości w klubie. Aha, czyli muszę zadeklarować uczucie i mam szanse na obciąganko. Mówię, że nie, i żegnam się. Czas spadać. Na pożegnanie słyszę, że chętnie przyjmie zaproszenie na kawę. Nie odpowiadam. Wychodzę.

Zamiast iść spać, poszedłem do mrocznego klimatycznego klubu, dla prawdziwych zombie. Przez moment, po przekroczeniu progu czuję się nie swojo, w czymś takim jeszcze nie byłem. Zaczynam się zastanawiać, czy obciąganko nie poprawiłoby mi nastroju i nie wyrwało z marazmu. Szukam, w takim miejscu, nie powinno być problemu ze znalezieniem odpowiednich ust. Robię rundę po tym mrocznym miejscu. Jednak, znalezienie druciary, może być problemem. Czuję na sobie czyjś wzrok, odwracam się, łysy spaślak, o głowę wyższy ode mnie. Może ochrona – myślę. Liczę się z tym, że mogą mnie wypierzyć stąd, bo faktycznie, trochę inny klimat i mogę nie być tu mile widziany. Zmieniam lokalizację, za chwilę pojawia się grubas. Mówi coś do mnie o piwie. Nosz kurwa, to są Himalaje ironii losu. Myślę po obciąganiu i zarywa do mnie gej. Nie mam nic przeciwko homo, ale czy ja mu, do chuja wafla, wysłałem jakiś sygnał, że do mnie podbił. Kręcę głową i odchodzę. Nie mija dziesięć minut, znowu grubas, tym razem zaczyna się bujać z nogi na nogę, coś na kształt tańca. Mam dość. Spieprzam stąd. Kiedy opuściłem klub i spojrzałem na zegarek było po ósmej rano. Ludzie od mniej więcej godziny pracują. Dobrze, że mam wolne. Wracam i myślę, o tym wszystkim, jak to się stało, że tyle rzeczy umknęło mi w życiu. Co raz częściej patrzę na swoje życie z perspektywy porażki.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Odpieprzcie się od seksu

08 sie

Co jakiś czas w mediach można przeczytać artykuł, który generalnie dotyczy dowolnej sprawy, spraw społecznych, polityki,czy czegoś innego. Piszący jednak, sprytnie wplata w tekst jakąś luźną analizę dotyczącą seksu. Schemat wygląda najczęściej tak: przywołuje się najczęściej ogólną prawdę, np. Satysfakcjonujące pożycie wpływa dobrze na zdrowie psychiczne, później komentuje się czyjąś postawę i następuje podsumowanie: ” no tak, jakby TAM było u niego wszystko jak należy, to byłby normalny, a tak, to wszyscy widzimy jak jest.”

Dlaczego stary, poczciwy seksstał się obuchem, do walenia adwersarzy? Ano dlatego, że każdy z nas, niezależnie od światopoglądu czy życiowej filozofii, ma w sobie świntuchami, który lubi zajrzeć drugiemu pod kołdrę. Przyjęło się, że tak zwani turbokatole najczęściej grzmią : „łajdak, cudzolożnik”, i tak dalej. Dlaczego tak robią? Bo są hipokryzji albo zazdroszczą. Piszę, że tak się przyjęło , bo nie jest to wcale regułą.

To, co mnie uderza, to fakt, że takie podszyte seksem teksty, często wychodzą spod pióra ludzi uwazajacych się za ludzi liberalnych i otwartych. I tu mi coś nie gra. Brak pewnej logicznej spójności. Jeśli jestem otwarty i liberalny, to….No właśnie, co? Czy moja otwartość polega tylko na deklaracji, czy idzie za tym konkretną postawa? Jeśli rzeczywiście jestem otwarty, podchodzę do TYCH tematów bez nadmiernego emocjonalnego ładunku, to po cholerę wytykam innym co z nimi tak lub nie tak. Analizy naukowe zachowań seksualnych zostawiam profesorowi Starowiczowi.  Jeśli nie zgadzam się z czyjąś postawą, bądź poglądami, to staram się merytorycznie wykazać, z czym się nie zgadzam i dlaczego. Temat wyra mnie nie interesuje.

Ja sam siebie określonym nieco przewrotnie, jako konserwatywnego libertyna. Uważam, że jestem otwarty i nieekscytuję się tematami alkowy,jednoczesnie uważam, że każdy ma prawo do własnych poglądów i postaw w tej płaszczyźnie. Jeśli dana osoba chce zamanifestować swoją orientację tęczową flagą, to ma do tego prawo. Z kolei, jeśli ktoś ma zasady, że TE sprawy zostawia za drzwiami swojego domu i nie ma ochoty roztrząsać swojego życiaseksualnego, to wedle mojej skromnej oceny, też ma do tego prawo i nie ma co go na siłę „edukowac” i uczyć otwartości. mJakiś czas temu pewien poseł dał się przyłapać na locie w ciepłe miejsca z kobietą. Jak się okazało, nie że swoją żoną. Medialne tornado, wiało we wszystkich kierunkach, od „hańby” po „nic się nie stało”. Ja osobiście uznałem w/w posła za dzbana, który dał się złapać. Nic więcej, moralne rozterki pozostawiam innym.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Rozwódki vs stare panny

09 maj

Blogerka Moonczita poruszyła temat, który bardzo mnie zaintrygował. Otóż zastanawia się, kto wypada lepiej w lidze towarzyskiej: rozwódki, czy tzw. Stare Panny?

Jak sama przyznaje, jako rozwódka, niekiedy odnosi wrażenie, że jest traktowana jako trędowata, lub używając modnego określenia: ktoś gorszego sortu. Jednocześnie jest zdania, że status rozwodnika facetom w ogóle nie przeszkadza.

Zastanówmy się.

Zacząłbym od tego, że zbiór kobiet, który możemy umownie nazwać singielkami, zawiera pewne podzbiory:

- singielki z odzysku: rozwódki, wdowy i wszystkie kobiety, które są po poważnych związkach

- singielki, czyli wolne kobiety, które nie związały się z nikim, bo wierzą w Miłość, robią karierę, lubią urozmaicony seks z różnymi partnerami lub z jakiegokolwiek innego powodu, ich sprawa

- stare panny, kobiety, które nie znalazły nikogo, bo są dziwne.

Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Na studiach podyplomowych miałem w grupie trzy kobiety, które miały dwie cechy wspólne. Były „pod czterdziestkę” i były same. Jak grupa oceniła, te trzy kobiety, to dwie stare panny i jedna singielka. Różnice były zasadnicze. Singielka uśmiechnięta, nie robiąca sobie nic ze swojego stanu, potrafiąca porozmawiać na każdy temat. Dwie pozostałe: dziwolągi, chcące naprawić świat, które wszystko wiedzą lepiej. A już najlepiej znają się na związkach.

I teraz zasadnicza sprawa, jak, my faceci, patrzymy na zbiór singielek. Przede wszystkim, dziś nie ma znaczenia, aż takiego, czy kobieta jest wolna, bo coś nie wyszło w poprzednim związku, czy jest sama, bo jakoś nie starczyło czasu na związek. Powiem więcej. Jeśli patrzymy na rozwódkę, to sprawa jasna: coś „nie pyknęło” w związku i już. Ale, jeśli obiektem jest kobieta wolna, w pewnym wieku i w dodatku atrakcyjna, to sprawa się komplikuje. W głowie pojawia się pytanie: skoro jest atrakcyjna, inteligentna i tak dalej, to dlaczego jest sama? CO Z NIĄ NIE TAK? Tak, tak droga Moonczito, stare panny wcale nie stoją wyżej w rankingu od rozwódek.

Ewentualne skierowanie wzroku na starą pannę może być pewną pozostałością po czasach ludzi pierwotnych. W pewnym sensie to terytorium jeszcze nie zdobyte, ale nie traktowałbym tego zbyt poważnie , ot niegroźna symbolika.

Moonczita porusza również sprawę kobiet, nie tylko z bagażem doświadczeń, ale również z pociechą lub pociechami. Czy takie kobiety mają gorzej? Powiem tak, jeśli odpowiedzialny facet jest zainteresowany kobietą, która do układu wnosi dziecko, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Po pierwsze relacje z nieswoim dzieckiem są relacjami znaczenie trudniejszymi niż z własnym potomkiem i, tak uważam, wypracować partnerskie relacje, to sztuka. Nie wiem, czy na ten przykład, ja bym potrafił. Kolejna sprawa, to ekonomia, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mówię do kobiety: „twoje dziecko, twoja sprawa”, dlatego trzeba sobie jasno powiedzieć pracująca para dorosłych ludzi to jedno, a para z dzieckiem, to nieco inna bajka. Powtórzę, odpowiedzialny facet, dwa razy pomyśli, zanim zdecyduje się na taki układ. Jeśli uzna, że nie da rady, to należy docenić to, że potrafił przyznać się do własnej słabości. Nie musi to oznaczać, że nie chce: „kobiety z dzieckiem”.

Kolejna sprawa, to kwestia poradzenia sobie z sytuacją po rozwodzie. Naprawdę, to nie jest tak, że społeczeństwo tylko kobiety rozlicza z rozgrywek towarzyskich. I tylko na kobiety działa presja czasu. Uwierzcie, drogie panie, że my faceci też jesteśmy pod obstrzałem. Ja sam na progu trzydziestki kilkukrotnie usłyszałem pytanie: co ze mną nie tak? Co ciekawe usłyszałem też możliwe odpowiedzi. Oto co ciekawsze przypuszczenia niektórych znajomych:

- prawdopodobnie gej

-impotent albo onanista

-maminsynek, który nigdy nie wyszedł spod skrzydeł mamusi

-wieczne dziecko, niezdolne do dorosłej relacji

-towarzyski niedorozwój

Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Co do sytuacji porozwodowej, mój dobry kolega borykał się z tym problemem. W końcu znalazł damę serca, która na pytanie, czy nie przeszkadza jej, że jest po rozwodzie, odpowiedziała: „każdy zasługuje na miłość i drugą szansę”.

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Czy możemy zdobyć czyjeś serce?

24 lut

Paląc papierosa, w całkiem miłej knajpce, patrzyłem na otaczające mnie pary. Pod oknem, para w średnim wieku. Farbowana brunetka, szczupła, której twarz zdradzała nadmiar wypalonych papierosów i dobrze ubrany facet, pewnie jakiś handlowiec. Obok, kilkoro nastolatków, dziewczyny wdzięczące się do chłopaków w śmiesznych czapeczkach. Nie m bardziej skomplikowanej gry, niż gra towarzyska. Żadna gra, nie jest tak ekscytująca, w żadnej, innej grze wygrana nie ma tak słodkiego smaku, a porażka nie daje o sobie zapomnieć, długo, po samym fakcie zaistnienia. Gdziekolwiek nie spojrzymy roi się ludzi, którzy są z kimś, byli z kimś, albo zamierzają być.

Niedawno były Walentynki. Święto zakochanych. Podobno najpopularniejszym podarunkiem były serca, w najróżniejszych postaciach. Łatwo dać komuś pudełko pomadek, ale czy tak łatwo sięgnąć po serce, to w środku?

Zawsze nurtowało mnie jedno zagadnienie. Co jest przejawem większych uczuć: bycie razem przez kilkadziesiąt lat, czy krótki, namiętny i płomienny romans. Obie formy bycia ze sobą mają dobre i złe strony. Obie mają zwolenników. Pytanie, kto ma rację.

Weźmy za przykład małżeństwo. Staż kilkudziesięcioletni. Typowy cebulowy rodak i typowa, cebulowa rodaczka. Mniej więcej dziesięć lat po ślubie seks i zmysłowość, o ile jakąś posiadali odstawili na półkę. Pozostało im wychowanie dwójki dzieci, remonty w mieszkaniu, odkładanie na wakacje nad morzem. Między czasie przeszli takie przygody jak krótkie pobyty w szpitalu, utrata pracy, kłopoty wychowawcze z dziećmi. Jednak cały czas byli razem. Dziś, kiedy kładą się wieczorem spać, jedno chrapie, drugie poprykuje przez sen. Jednak zawsze, w rozmowach określają siebie mianem „mój”, „moja”.

Kolejna para. Młodzi ludzie po dwudziestce. Przyjmijmy wariant studentów, mieszkających w akademiku. Poznają się na imprezie studenckiej. Coś iskrzy. Mija kilka dni, lądują w łóżku. Są mega kompatybilni. Nie wychodzą z łóżka. Ich ciała i zmysły wydają się nadawać na tych samych falach. W przypływie namiętności, przekraczają coraz więcej barier w sferze seksu, ale również w sferze uczuć. Taki stan trwa kilka miesięcy. Odkrywają, że mimo fantastycznego seksu i szczerego oddania, na dłuższą metę, nie potrafią być ze sobą. Kolejne kilka miesięcy i powoli, ich znajomość umiera śmiercią naturalną. Za kilka lat każde z nich wejdzie w poważny związek, jednak zawsze, każde z nich będzie pielęgnować tę cząstkę serca, którą kiedyś zdobyło.

To tylko dwa skrajne przykłady. Pomiędzy nimi jest całą masa innych. Typowe seks-układy, związki z rozsądku, związki-pomyłki, romantyczne relacje, etc etc.

Kiedy następuje moment, zdobycia serca, czyjegoś serca, kiedy nasze serce ktoś zdobywa? Po udanej nocy? Po wspólnym dramacie? Po narodzinach dziecka? A może w ogóle nie można zdobyć serca, bo to najbardziej egoistyczny organ (no, może poza dwoma innymi). A nasze związki, to tylko kwestia przyzwyczajenia i seksu?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trawiące myśli