RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Burdelowo’

Kaja i jej koleżanka cz. 2

14 lis

Kiedy znaleźliśmy się w pokoju, ciekawość jej ciała przeobraziła się w niewyobrażalne napalenie. Jej zgrabna figura w połączeniu z wulgarną opalenizną i makijażem, była po prostu jednym, erotycznym wabikiem. Zacząłem łapczywie obmacywać jej ciało. Tak jak przypuszczałem, była wydepilowana. Jej cipka, nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale gdy złapałem w dłonie jej zgrabny tyłeczek, dotarłem niemal do granicy. Poczułem, że zaraz dojdę. Odsunąłem się. Kaja, nie próżnowała. Jej zgrabne dłonie w sekundzie uzbroiły mojego druha w gumę. Subtelnie położyła się na łóżku i rozchyliła nogi. Gdy zacząłem się w niej poruszać. Popatrzyłem na jej twarz, cycki, niewielkie i mocno opalone, płaski brzuch. Uświadomiłem sobie, że posuwam pewien rodzaj Barbie, może nie ten najbardziej na topie, ale jednak. Nie mam pojęcia, co było punktem zapalnym, ogólna sytuacja, jej uroda, paranormalne właściwości jej krocza. Poczułem nadchodzącą falę. Błagam nie – pomyślałem. Chciałem delektować się jej ciałem, posuwać we wszystkich możliwych konfiguracjach. Nie zdążyłem. Orgazm ogarnął każdą molekułę mojego ciała. Całość trwała może dwie minuty. Nie dowierzałem. Patrzyłem na nią i niedowierzałem, że to już. Delikatnie zsunęła prezerwatywę i zawinęła w płatek jednorazowego ręcznika. Podała mi następne trzy listki. Niedowierzanie było tak duże, że nawet nie zostawiło miejsca na zakłopotanie. Wybąkałem tylko: jesteś niesamowita.

- To miłe, dzięki. – Jej twarz nie zradzała większych emocji, na ułamek sekundy, dosłownie ułamek kąciki jej ust minimalnie drgnęły. Nie był to grymas szyderstwa, choć może też. Przede wszystkim była to mina, jaką robi starszy brat, który po raz setny pokazuje młodszemu trik, a młodszy wciąż nie wie, o co, tak naprawdę chodzi. Dopiero na klatce schodowej zrozumiałem. To był jej stały numer. Cały ten scenariusz, z bielizną, szybkim założeniem kalosza. I rozłożeniem nóg. Doskonale wiedziała, jak działa na facetów i jak to wykorzystać. Rozkładała szybko nogi i jeszcze szybciej je z powrotem składała. Dałem się wyruchać, jak jakiś gimbol. Wprost, nie do uwierzenia.

Poszedłem do chińskiej knajpki, zamówiłem ich firmowego kurczaka i przeżuwając kęs, za kęsem, rozmyślałem o tej cwanej divie. Wiedziałem, że muszę tam wrócić. Nie nasyciłem się jej cipką. To, co było godzinę temu, to była zaledwie uwertura. Koncert miał nadejść. Rozejrzałem się po nieco obskurnej knajpce. Nie wiem co mnie w niej tak bardzo urzekło, że z reguły chińszczyznę tam właśnie jadałem. Może to, że była praktycznie przy osiedlu, na którym mieszkałem? Odniosłem talerz i odszedłem w siną dal.

Kilka dni później znów odwiedziłem to mieszkanie. Tym razem wziąłem nieco pulchniejszą divę, ze szczerym uśmiechem. Miły był z niej przytulas. Sam seks zatarł się już w mojej pamięci, więc nie było fajerwerków, ale było przyjemnie. Kiedy było już po i ubierałem spodnie, spojrzałem na nią, leżącą na łóżku. Jak na dziwkę, wyglądała, nieprofesjonalnie. Zastanowiłem się, co się stało, że jest dziwką. Wyglądała na zwyczajną dziewczynę, powinna mieć zwyczajnego chłopaka i uprawiać z nim zwyczajny seks. Nie zadałem takiego pytania, takich pytań się nie zadaje, po prostu. (…)

Moja ręka porusza się coraz szybciej, biała substancja opuszcza moje ciało. I ląduje na muszli klozetowej, płytkach i spłuczce. Rwę kawałek papieru toaletowego i sprzątam po sobie. Wskakuję pod prysznic. Dwadzieścia minut później jestem ubrany. Kapitan wciąż śpi. Zamykam go w mieszkaniu i wychodzę. Wykonuję telefon, wszystko idzie zgodnie z moim planem. Prysznic pozwolił mi nieco dojść do siebie, ale wciąż czuję wczorajsze promile. Głowa, nieco bardziej ciężka, niż zazwyczaj, ale wiem, że lepszego momentu nie będzie.

Kaja otwiera w koszulce i majteczkach. Widocznie niedawno wstała. Pyta, czy chcę skorzystać z prysznica, kręcę głową. Przechodzimy do pokoju. Rozbieram się. Kaja ściąga koszulkę i majteczki. Naga kładzie się na łóżku. Widok jej nagiego ciała ożywił moje przyrodzenie. Dotyk jej piersi, wyprostował mój korzeń, ale do wystrzału było daleko. Zacząłem palcem pocierać jej wargi sromowe. Rozsunęła uda i nie pozostała dłużna, jej dłoń zaczęła mnie dodatkowo pobudzać. Delikatnym ruchem bioder wyeksponowałem kutasa bardziej. Jej ręka przyspieszyła. Teraz moje kąciki ust lekko drgnęły. Zatopiłem palec w jej rozkosznej jamce, która była cieplutka i rozkosznie miękka.

- Chcesz francuza? – Oho, nasza partia seks szachów nabiera rozpędu. – Pomyślałem.

- Jasne.

Jej głowa zaczęła rytmicznie pracować. Z satysfakcją patrzyłem na fiuta znikającego w jej buzi. Lubię te klocki, ale zdecydowanie nie jest to forma aktywności seksualnej, która miałaby doprowadzić mnie do orgazmu. Ale Kaja tego nie wiedziała. Gładziłem jej ciało zatrzymując się na zgrabnej półkuli pośladka. Faktycznie miała niezłe ciało. Dawałem jej dwa, do trzech lat w takiej formie, później przejdzie do okręgówki. Po kilku minutach dała za wygraną.

- Zakładamy? – Pokiwałem głową.

- Jeszcze nie. Połóż się, chcę cię posmakować. – Położyła się na plecach i rozsunęła lekko ugięte nogi. Położyłem się miedzy nimi i z niekłamaną rozkoszą patrzyłem na jej płaski brzuch, delikatnie wypukły wzgórek, jej szczupłe uda, wszystko skupiało się w jej wydepilowanej norce. Mój język rozpoczął taniec z jej wargami, po chwili lizania jej szparki, zanurkowałem językiem w jej wnętrzu. Jej cipka pachniała różanym żelem pod prysznic. Takiego używała Paulina. Nasyciłem swe zmysły. Diva założyła condom. Powoli, centymetr po centymetrze wjeżdżałem w nią. Nie spieszyłem się, wiedziałem, że tę godzinkę wykorzystam sumiennie. Powoli pracowałem w jej cipce. Spojrzałem na jej twarz, profesjonalistka, bez zbędnych emocji. Napawałem się jej ciałem, powoli, ale zdecydowanie pierdoliłem ją i patrzyłem z zachwytem na ten żywy pomnik sztuczności. Co z tego, że pod tą powłoką najprawdopodobniej kryje się pusta istota, którą ukształtowały rubryki z serii: „mój pierwszy raz”. Mojego chuja, to nie obchodzi. W pewnych kwestiach, my faceci, jesteś wręcz banalni.

Zgiąłem jej nogi w kolanach i złączyłem. Sam znajdując się na kolanach sparłem jej złączone stopy o swoją klatkę piersiową. Zabawa nabierała tempa. Teraz moje ruchy były szybsze, ręce położyłem na jej udach, zaczęła oddychać nieco głośniej. Jej zmieniony oddech spowodował, że z nową mocą naparłem na jej cipkę. Rozłożyła nogi, a ja mocno w nią wjechałem. Klasycznie, z boku, na jeźdźca, od tyłu. Co chwile zmieniałem pozycje, chcąc być w niej na każdą głębokości i pod każdym możliwym kątem. Kiedy klęknęła z wypiętą dupcią, złapałem za biodra i mocno pchałem, dobijając brzuchem do jej pośladków, czułem, jak moje jądra odbijają się od jej cipki. Wreszcie poczułem zmęczenie. Kiedy ponownie ją odwróciłem i natarłem między jej rozłożone nogi, poczułem, że niedługo nadejdzie kres tej zabawy. Trzymając w dłoniach jej rozłożone uda, pogalopowałem szaleńczym tempem. W końcu, moje działo wystrzeliło po raz drugi dzisiejszego dnia. Na moment, zawirowało mi wszystko przed oczami. Ale jazda. Popatrzyłem na twarz opalonej dziwki, oddychała szybciej, też nieco dostała w kość. No to remis – pomyślałem.

Chłodne przedpołudnie niemal mnie rozbroiło. Procenty dnia wczorajszego i dzisiejszy orgazm, sprawiły, że szedłem lekko zataczają się. Seks na kacu, to jednak swego rodzaju narkotyk. Wróciłem na mieszkanie. Kapitan dopiero się budził. Nic mu nie mówiłem. Nie sądzę, żebym zrobił na nim wrażenie. W końcu wszyscy żyliśmy wtedy w krainie absurdu.

Kaja była jeszcze, tak jak przewidywałem, kilka lat w branży, później zniknęła. Nie pamiętam, czy byłem jeszcze kiedykolwiek u niej, może. Kto  by to wszystko spamiętał. Z relacji Szwagrów dowiedziałem się, że lata mocnej opalenizny odbiły się na jej urodzie. Co ciekawe, ceny zostawiła te, z lat świetności. Dlatego z czasem zaczęły przeważać opinie, nie warto za taką kwotę korzystać. Ot, prawa rynku.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kaja i jej koleżanka

08 lis

Powoli podnoszę się z łóżka. Uczucie ciężkości w głowie, nakazuje ponowne położenie się na wygniecionym wyrku. Wiem, że to nic nie da. Siłą woli trzeba wstać. Patrzę na swój pokój. Butelki, kartony po sokach o smaku jabłko-brzoskwinia. Było grubo. Na tekturowym talerzyku leżą nieco już przywiędłe ogórki konserwowe z pobliskiego dyskontu. Siadam przy stole. Palcem dociskam żółte okruszki po chipsach, które zostały na arcorocowym talerzu. Podnoszę palec do ust. Słony, chemiczny smak chipsa ożywia moje zmysły. Przełykam ślinę. Boli. Jednak nie pomogło. Wczoraj, siadając do pierwszej flaszki z Kapitanem, miałem nadzieję, że przepłukanie gardła czystą, pomoże. Jednak nie pomogło. No właśnie, co z Kapitanem? Idę do pokoju Miszy. Na łóżku Miszy leży rozścielony koc, na nim leży Kapitan, przykryty beżową narzutą. Usłyszał mnie i odwrócił się, patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

- Nie dam rady się podnieść, niezła banioszka była.

- Leż chłopaku, leż. – Wierzę, że zaniemógł, niech leży. Wracam do siebie. Patrzę w okno. Słońca gdzieś zniknęło, tylko chmury i kołysane zimnym wiatrem gałęzie, które o tej porze roku bardziej przypominają kikuty. Znów omiatam wzrokiem stół, pożoga wojenna. Co robić? Jestem zbyt słaby, żeby cokolwiek podziałać twórczego. Często, po takich właśnie imprezach, miewam coś w rodzaju wyrzutu. No przecież przez to, że wczoraj zachlałem, dziś zmarnuję więcej niż połowę dnia. Nigdy więcej. A z drugiej strony, czym niby mam wypełnić ten dzień? Zawsze w takich sytuacjach staje mi przed oczami Kubex. Jego współlokatorzy twierdzą, że można dzięki niemu regulować zegarki. O trzeciej zamykają klub. Trzecia trzydzieści Kubex jest na mieszkaniu. Być może ten fakt nie zostałby odnotowany przez jego współlokatorów, ale obecność tego zwyrola obwieszcza puszczany niemal na cały regulator Benny Bennassi. Spać idzie o czwartej, a o ósmej już jest na zajęciach. Facet jest nie do zdarcia.

    Dłonią przeczesuję włosy. Jeszcze raz rozglądam się po pokoju. Czuję lekki ucisk w podbrzuszu. Reakcje biochemiczne w moim organizmie przekształcają się w impuls, który moja świadomość przechwytuje, niczym sygnał od obcych. Już wiem, co zrobię. Idę do toalety, opuszczam gatki i biorę do ręki fiuta. Zaczynam powoli poruszać ręką. Kutas, jakby na to czekał, staje na baczność. Muszę się zbrandzlować…

(dwa tygodnie wcześniej)

Strona dostarczyła nowych ogłoszeń. Z zainteresowaniem śledziłem nowinki i opinie Szwagrów. Szczupła dziewczyna, fotka umiejętnie zrobiona, prezentowała zarys szczupłej figury. Co ciekawe, tylko zarys figury na ciemnym tle. Postanowiłem odwiedzić ją. Kiedyś, przy okazji. Według relacji Szwagrów, przyjmuje niedaleko mojego wydziału. W trakcie przerwy zadzwoniłem. Istotnie, diva o pseudonimie Kaja, przyjmowała niedaleko.

    Po zajęciach, niezdarnie próbowałem walczyć z ziemnym wiatrem. Zawsze tak jest. Co roku. Nie potrafię dobrać odzieży do pogody. Moja kurtka jest albo za cienka albo za gruba. Teraz była za cienka. W dodatku, nie miałem czapki, walczyłem jak mogłem. Pochylony, z głową do przodu parłem na przód, starałem się przebić głową niewidzialne, wietrzne ściany. Moja ręka powędrowała do kieszenie, musiałem sięgnąć po chusteczkę, bo zacząłem coraz częściej i głośniej pociągać nosem. Kiedy zwolniłem kroku, żeby móc skorzystać w końcu z chusteczki, dostrzegłem dziewczynę idącą w moją stronę. Również zwolniła i wyciągnęła chusteczkę. Okazało się, że w smarkaniu jesteśmy w stu procentach kompatybilni. Zauważyliśmy to oboje, nasze spojrzenia spotkały się. W naszych oczach zagościły iskierki uśmiechu. Trwało to może trzy sekundy. Minęliśmy się, każde z nas poszło w swoją stronę. Udało mi się dotrzeć do tunelu. Korzystając z chwilowej ciszy i braku przenikającego wiatru, ponownie zadzwoniłem do divy. Mogłem bez problemu przyjść. Blok, gdzie miała swoją pracownię był trzysta metrów dalej. Postawiłem kołnierz kurtki, choć i tak wiedziałem, że nie ma szans, aby ochronił mnie przed zimnem, wyszedłem z tunelu i poszedłem dalej. Przeciąłem plac zabaw i wszedłem między bloki. Szedłem wzdłuż bezbarwnego teraz żywopłotu i za chwilę zobaczyłem numer na bloku. Metaliczny brzęczek domofonu, odliczenie kasy, jeszcze na klatce i szybka wspinaczka na drugie piętro.

    W ciemnym przedpokoju, który oświetlony był tylko światłem docierającym z okien dwóch pokoi, bo bokach, przywitały mnie dwie młode divy. Pierwsza, z delikatnym nadmiarem kilogramów, w żółtej bluzeczce i dresach, chyba granatowych, była ładna. Ciemne włosy, sympatyczny uśmiech, taki szczery. Druga, była divą ze zdjęcia, poznałem po figurze. Kaja. Szczupła, wiotka, o brązowych oczach, stała tylko w bieliźnie. Fioletowy stanik, i różowe figi. To dziwne połączenie tworzyło pewien wabik. W Kai nie widziałem niczego szczerego, jej uśmiech był sztuczny, podobnie, jak całą ona. Twarz, pod makijażem, skóra, szczelnie pokryta opalenizną, zapewne z solarium, które minąłem po drodze tutaj. Trudno określić, rodzaj jej atrakcyjności. Z pewnością, daleko jej było do czarującej, zmysłowej, czy uroczej. Emanowała wulgarnością. Była tym typem dziwki, której obraz, najczęściej pojawia się w zbiorowej wyobraźni, gdy słyszymy słowo „dziwka”, „prostytutka”. Żeby było ciekawiej, to istotnie działało. Przynajmniej na mnie.

CDN

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Cycatka cz. II

30 paź

Tak rozpoczęła się moja przygoda z Cycatką. Nie minął tydzień, gdy urozmaiceniem popołudnia były odwiedziny mieszkania w olbrzymim bloku. Tym razem dochodziłem trzymając ją za biodra i mocno dobijając. Fale rozkoszy potęgował fakt, że jej ruchy sprawiały wrażenie złaknionych, nie wiedziałem, czy to ja dobijam, do dna jej pochwy, czy to ona z premedytacją nabija się na mój sztywny pal. Kto tu kogo dyma? Jestem zdania, że facet lubi porządzić w łóżku, ale nie ma co ukrywać, są kobiety, które rżną facetów, którzy, o ironio, nie mają świadomości, że są rżnięci.

Mijały tygodnie, później miesiące. Każda wizyta przynosiła coś nowego. Z przodu, z tyłu, z boku, między cyckami, z mega długim francuskim wstępem. Najczęściej nasze spotkania miały charakter wymiany barterowej. Towar, za towar. Jej orgazm, mój orgazm. Jakoś, pieniądze zeszły na dalszy plan. Oczywiście były, ale odniosłem wrażenie, że nie były najważniejsze. Podczas którejś z wizyt powiedziała, że dla mnie jest tylko jedna stawka, najniższa, tak zwany „kwadransik”, bez względu na to, ile u niej zostałem. Być może ponosi mnie pycha, ale chyba jej było po prostu dobrze, symboliczna kwota była potrzebna, po to, żebyśmy oboje pamiętali, co leży u podstaw naszej relacji.

Jesienny poranek nie napawał optymizmem. Patrzyłem na stalowo-granatowe niebo i z obrzydzeniem myślałem o dniu rozpoczynającym się od dwóch godzin wykładów. Osad, w kształcie okręgu pozostał na wysokości trzech czwartych sporego białego kubka z grafiką przedstawiającą piracki statek. Dopiłem resztę kawy. Niespieszenie ubrałem kurtkę i buty. Pierwszym uczuciem po wyjściu z klatki było niemiłe zimno na twarzy. Najchętniej uciekłbym z powrotem do łóżka. Odnoszę zwycięstwo nad swoim charakterem. Zaciskam zęby idę w stronę przystanku. Kolejny podmuch wiatru, przynosi myśl. Ledwie zakiełkowała, a już rozrosła się w całym mózgu, niczym chwasty na nieuprawianym polu. Patrzę przed siebie, niecałe sto metrów dzieli mnie od przystanku. Moja ręka wędruje do kieszeni, wyczuwam obudowę telefonu. Jest zbyt wietrznie, żeby rozmawiać. Idę pod dużą tablicę z ogłoszeniami. Jest nieco spokojniej. Zamieniam kilka zdań przez telefon. Już wiem. Nie idę w stronę przystanku. Skręcam i idę chodnikiem, którego płyty przypominają falę na morzu. Znam drogę na pamięć. Przycisk domofonu i brzęk, który zwiastuje orgazm w najbliższej przyszłości. Otwiera mi drzwi, jest w zielonej koszulce, która sięga niemal do połowy jej oliwkowych ud. Czuję ucisk w podbrzuszu. Dopiero wstała. W teorii, mieszkania, gdzie przyjmowani są klienci, to tylko miejsce pracy. Kiedy jednak przebrnie się przez ten obszar klient – dziwka, nawiąże się jakąkolwiek nić relacji, okazuje się, że nie jedna mieszkaniówka, to nie tylko miejsce pracy, ale też mieszkanie. Wiedziałem, że Cycatka też tu mieszka.

- Brzydka pogoda, prawda?

-Bardzo, nie chce się wychodzić – zaczynam się rozbierać.

- Mam zapasy w lodówce, siłą mnie nie wyciągną, cały dzień przeleżałabym pod kołdrą. W sumie to mnie obudziłeś tym telefonem, nie spodziewałam się takiej pobudki – uśmiecha się i podchodzi do łóżka.

- Sorka, ale jakoś tak pomyślałem o tobie skoro świt. Zostałem tylko w majtkach, które przypominają namiot. Smukłe dłonie mojej egzotycznej piękności chwytają zielony materiał i unoszą go do góry. Patrzę na nagie oliwkowe ciało, odbiera mi rozum. Łapię ją za pośladki i przyciągam do siebie.

- Ciii, masz zimne ręce, brrr.

Oboje naturalnie przemieszczamy się w stronę łóżka, osuwamy się na jeszcze ciepłą pościel. Diva leży na plecach, leżę na niej, między jej nogami, z głową na jej brzuchu. Nasze ręce są splecione, mocno. Chucham na jej brzuch i ogrzewam o skórę swoje policzki. Jej skóra jest miękka, nie mogę o niej powiedzieć, że jest nieskazitelna, bo w pewnym sensie nosi ślady użytkowania, ale jest w tym coś dziwnego, zupełnie, jakby kurestwo czyniło ją bardziej szlachetną. Zaczynam delikatnie całować jej brzuch, spokojnie, kilka cmoknięć, czy też muśnięć ustami i powoli przemieszczam się w stronę krocza. Znam jej cipkę na pamięć. Każdy odcień, każdą fałdę skóry. Zaczynam obsypywać ją pocałunkami. Wargi, łono, wewnętrzną stronę ud, pachwiny. Moje ręce, już ogrzane, przemieszczają się na średniej wielkości cycuszki. Delikatnie ugniatam, przez króciutką chwilę, później poje palce kreślą okręgi wokół brodawek. Jednocześnie pocałunki koncentrują się na wargach. Biorę w usta jej wargi, nie ślinię, nie ssie, po prostu biorę je do ust. Jednocześnie jedna ręka przesuwa się na jej brzuch. Zaczynam muskać cipkę językiem. Nie ma czasu i przestrzeni poza jej ciałem. Moim całym uniwersum jest obrabianie jej oralnie. Nie ma nic poza tym. Po kilku minutach, jej uda rozsuwają się szerzej. Stara się wyeksponować jak najlepiej swoją magiczną szparkę. Szybko spoglądam na jej twarz. Znam jej reakcje. Unosi głowę, przymyka oczy oddycha przez nos, jej oddech staję się inny. Delikatnie falujące nozdrza potwierdzają moje przypuszczenia, idę dobrym szlakiem. Po kolejnych kilku minutach, jej oddech przechodzi w świst, rozkłada jeszcze szerzej nogi, unosi biodra. Po piętnasty, może dwudziestu minutach, jej biodra, kilka razy unoszą się do góry, przywieram ustami do jej motylka. Skręca głowę w prawo i wydaj słodki pomruk. Wiem co teraz nastąpi. Zacznie zbliżać do siebie nogi, to znak, że „już”. Pozwalam jej złożyć nogi, delikatnie unosząc się na łokciu. Kładę się na jej brzuchu, kojące ciepło i miękkość rozleniwia. Obejmuję jej biodra. Leżymy. Mija kilka minut. Cucatka podnosi się.

- Połóż się. – Wiem co teraz nastąpi. – Wezmę ci Wacusia do buzi. – Kładę się na plecach, pała sterczy. Teraz to kręcone włosy w uroczym nieładzie znajdują się miedzy moimi nogami. Patrzę na jej twarz, wydaje się być naprawdę zaangażowana w swój oralny występ. Lubię to, ja jednak się nie spuszczam. Daję sobie kilka dobrych chwil, zanim Cycatka zakłada prezerwatywę. Kiedy już przeźroczysty materiał przystroił mój organ, wchodzę w nią, unoszę jej jedną nogę i posuwam klasycznie, jeszcze dwa razy zmienimy pozycję, zanim ogarnie mnie mała śmierć i wypluję z siebie nektar. Po wszystkim, prysznic, zamieniamy ze sobą kilka zdań. Kiedy ubieram się, chodzę po pokoju. Gdzieś w środku do głosu zaczyna dochodzić sumienie. Myślę o rodzicach, gdzieś daleko, wypruwają sobie flaki, żebym mógł tu żyć w godnych warunkach, a ja zamiast na uczelnię idę do kurwy i zostawiam u niej pieniądze. Źle się z tym czuję. Na szczęście jakaś część mnie zgniata te myśli i wyrzuca do mentalnego kubła na śmieci. Jakaś magiczna ręka kreśli na mojej korze mózgowej zdanie: „pierdol poczucie winy”.  Wychodzę, na uczelnię docieram w południe.

Czytam, stukam w klawiaturę komputera, idę zrobić sobie herbatę z cytryną. Jest wieczór. Co prawda, nie ma jeszcze dziewiątej, ale za oknem panuje niemal mrok. To jeden z tych wieczorów, kiedy trudno znaleźć sobie miejsce. Sam nie wiem, czego mi się chce. Nie mam ochoty na film, książka mnie nie zainteresowała, na piwo ze znajomymi też nie mam ochoty wychodzić. Brak pomysłu na cokolwiek. Ubieram się i wychodzę. Bez względu na pogodę i temperaturę, zawsze lubiłem spacerować. Nie wiem jeszcze gdzie pójdę, najważniejsze, żeby się ruszyć. Wieczór jest cieplejszy niż przypuszczałem, to dobrze, bo chcę spacerować co najmniej godzinkę. Idę bez celu, krok za krokiem, metr za metrem(..) Sam nie wiem jak to się stało, że patrzę na jej egzotyczną buzię i powoli rozpinam spodnie. Zupełnie, jakby jakaś dobra wróżka dotknęła mnie różdżką i przeniosła do tego pokoju. Pokój jest oświetlony jedynie nocną lampką. To drugi pokój, okazuje się, że mieszkanie ma kuchnię, łazienkę i dwa pokoje. W tym jeszcze nie byłem. Jest mniejszy, panuje w nim porządek. Podobno w tym większym siedzi koleżanka, która przyjechała w odwiedziny. Patrzę zaskoczony.

-Ona wie – pada szybkie wyjaśnienie. Oboje jesteśmy nadzy. Kładę się na kanapie i zagarniam ją ręką w taki sposób, że stoi przy mojej głowie. Jakby czytała w moich myślach. Dosiada mnie niczym konia, ale odwrotnie. Jej cipka znajduje się bezpośrednio nad moją twarzą. Opiera się rękami o moje nogi i jej usta zaczynają. Rękami chwytam za pośladki i łapczywie pożeram jej cipkę. Liżę, połykam, jem jej cipkę. Palcami, językiem, badam każdy centymetr jej różowego nieba. Penetruje jak najgłębiej językiem jej zakamarki. Diva nie pozostaje dłużna atakuje mojego kutasa na różne sposoby. Rozchylam jej cipkę placami wylizuję i znów zanurzam język. Blisko godzinę trwaliśmy w tej pozycji. W końcu jej ciałem wstrząsnął dreszcz, a z mojego fiuta pociekł nektar. Przywarliśmy do siebie, do chwili, aż nasze ciała się uspokoiły. To nas w pewien sposób zbliżyło.

Cycatka zawsze była pod ręką, ale kraina burdelowo była zbyt duża, żeby koncentrować się tylko na jednej divie. Przez ponad rok zdążyłem nieźle poznać ten cudownie zakazany świat. Zawsze do niej wracałem. Powoli mój kompas przestał wskazywać właściwy kierunek, niczym okręt płynąłem wprost na skały, ale jeszcze na statku trwał bal i nikt nie patrzył, co się kryje za horyzontem.

Od wczoraj mam kłopoty żołądkowe. Częste wizyty w toalecie doprowadzają do szału. Medykamenty z pobliskiej apteki, złowrogo patrzą na mnie z półki w kuchni. Niby już coś wziąłem, powinno pomóc, ale jakoś nie pomaga. Pomyślałem, że jest tylko jedno lekarstwo. Lekarstwo na wszystko. Nie minęło pół godziny. Już byłem w Cycatce. Sprężyście dymając, ugniatałem jej cycka, gdy – jak zasram jej pościel w trakcie seksu, więcej się nie pojawię – przerażająca myśl zaatakowała znienacka. Szczęśliwie dobiłem do końca, bez żadnych obrzydliwych ekscesów. Wracając na mieszkanie, spojrzałem na zegarek, blisko półtorej godziny bez wizyty w WC. Pomogło – powiedziałem sam do siebie, czując w ustach smak egzotycznej cipki. Ostatecznie nie dowiedziałem się, co pomogło, cipka Cycatki, czy substancje z apteki. To był właśnie taki czas. Moja fascynacja burdelowem sięgnęła zenitu. To już nie była mroczna kraina, którą przemierzałem potajemnie. To stało się moją życiową filozofią, odpowiedzią i lekarstwem na wszystko. Zawód miłosny, niepowodzenie na uczelni, kłótnia ze znajomymi, nie ma sprawy, burdelowo było panaceum na wszystko. Nawet na sraczkę.

Przeprowadzamy się z Aleksem. No chłopaku, teraz będziemy mieli do siebie bliziutko. Informacja zakończona była najbardziej charakterystycznym śmiechem jaki znałem. Śmiechem Kapitana Planety. Kapitan Planeta albo po prostu Kapitan, to osoba, która oprócz Miszy była mi zdecydowanie najbliższa z brygady. Podobnie jak ja z Miszą, trzymali się razem z Aleksem od pierwszego roku. Poznaliśmy się na dużej, pijackiej bibie. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. To był jeden klimat. Niezliczone ilości alkoholu, niezliczone godziny, które upływały na ćpaniu, podrywaniu i rozmowach. Piękny czas, nie wszystko było tak, jak trzeba, ale ten czas, był piękny. Aleks z Kapitanem byli dwa lata dłużej w studenckim światku, zdążyli przerzucić akademik z trzy mieszkania. Teraz mieli mieszkać na sąsiednim osiedlu. Kiedy Kapitan do mnie zadzwonił, mieli oglądać mieszkanie, jeśli wszystko dobrze by poszło, pozostawała kwestia parapetówki. Nikt sobie nie zaprzątał głowy, tym, że przyjęcie typu parapetówka, to przyjęcie po nabyciu mieszkania. Najważniejsza była okazja. Kapitan ponownie zadzwonił wieczorem. Wynajęli mieszkanie. Pozostało ustalić termin pijaństwa określonego, jako parapetówka. Przyszły tydzień. Ok.

Za tydzień, ruszyliśmy z Miszą do chłopaków. Oprócz nas mieli być wszyscy. Kiedy Kapitan podał adres, coś mnie tknęło, ale zignorowałem to. Weszliśmy na sąsiednie osiedle. Przed nam stał monumentalny mrówkowiec, na nim numer. No oczywiście! Jak mogłem zapomnieć, przecież to tego numeru szukałem kiedyś, jak po omacku. To przecież tu urzędowała Cycatka. Zatrzymałem się. Musiałem to wszystko poukładać w głowie.

- Idziesz, czy będziesz się gapił na ten blok? – Misza jednak nie dał mi pomedytować nad tym, co los chce mi powiedzieć. – Jeszcze nic nie pił, a już zawieszony jak condom na czujce pożarowej (jak ktoś potrzebuje wyjaśnienia piszcie w komentarzach). – Misza nie ustępował. Chłopaki mieszkali dwie klatki dalejj. Uff, trochę byłoby krepujące spotkać exotic dziewoję na klatce, poza tym, z jej urodą nie możliwe, żeby jej chłopaki nie zauważyli. Puk, puk, drzwi otwierają się uśmiechnięta twarz Kapitana zwiastuje, że ten wieczór będzie udany.

- Siemaneczko, co tam! Wchodźcie.

Weszliśmy na dosyć ciasny przedpokój, przybicie piątki z każdym, ehh i czas zacząć. Po godzinie dotarli wszyscy. Drineczki, muzyka, towarzystwo, zabawa nabrała rumieńców. Dziesiątki tematów, salwy śmiechu i atmosfera, która wręcz była przesycona dobrą energią. Jedynym miejscem, gdzie można było nabrać oddechu, był mikrobalkon, gdzie wychodziło się na papierosa, dlatego nabranie powietrza było czysto metaforyczne. Akurat paliliśmy z Kapitanem, obaj mocno podchmieleni, w doskonałych nastrojach. Spojrzałem dwie klatki w bok. Z ósmego pietra, od chłopaków, łatwo widziałem wejście do klatki, gdzieś tam, wśród tych wszystkich okien było okno na drugim piętrze. A może.. – pewna myśl – Nie, nie – przywołałem się do porządku. – A może jednak? – To było silniejsze ode mnie.

- Słuchaj, muszę wyjść na chwilę.

- Gdzie? Po co?, Co jest? Nigdzie nie wychodzisz! – Kapitan patrzył zdezorientowany.

- Muszę kupić fajki.

- No przecież mnie częstowałeś, masz prawie całą paczkę.

- No muszę się przejść, bo trochę mnie zmuliło.

- No wiem, że banioszka niezła jest, ale chłopaku, nie uciekaj jeszcze.

- Nie uciekam, wrócę.

Zacząłem kierować się do drzwi. Nie chciałem, żeby Kapitan podniósł temat przy wszystkich, bo to wywołałoby za duże zainteresowanie.

- Chłopaku, jak nie wrócisz, to się nie odzywam. – Kapitan nie ustępował. Już na klatce, przeskakiwałem po dwa, trzy stopnie. Nakręcony mieszanką popędu i alkoholu, pędziłem przed siebie. W dosyć szybkim czasie zbiegłem na parter. Wyszedłem z klatki i udałem się w przeciwnym kierunku. Jeśli ktoś patrzył na mnie z okna, nie chciałem, żeby wiedział, gdzie idę. Okrążyłem blok dookoła i wszedłem do właściwej klatki. Nie dzwoniłem, nie umawiałem się. Wszedłem prosto na drugie piętro i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Zadzwoniłem i znów zapukałem. Wiedziałem, że prędzej, czy później otworzy. Po drugim dzwonku, usłyszałem kroki z drugiej strony drzwi, zrobiłem błagalną minę do wizjera. Szczęk zamka, w uchylonych drzwiach, pojawiła się ona.

- Cześć, późno jest, ja już nie przyjmuję dziś.

- No wiem, ale tylko na kwadransik. – Moja mina przybrała wyraz błagalny, na wpół z ironicznym. Drzwi otworzyły się na dobre. Wszedłem z poczuciem ulgi.

- Wyjątek, nie rób tak więcej.

Szybko poszliśmy do łóżka, nie było fajerwerków, kilka, może kilkadziesiąt ruchów tam i z powrotem. Spuściłem się w lateksowy zbiorniczek, na końcu gumiaka. Ubrałem się szybko, cmoknałem divę w policzek o wyszedłem. Alkohol, w połączeniu z eksplozją doznań zawierającą się w orgazmie wprawił mnie stan lekkiego oszołomienia. Wyszedłem przed klatkę i bardzo spokojnie ruszyłem do chłopaków na balangę. Chłód nocnego powietrza potęgował megahaj. Kiedy dotarłem do mieszkania Kapitana i Aleksa, wszyscy byli już w szampańskiej ekstazie, niektórzy nawet zdążyli puścić pawia. Nie wiem, czy fluidy ukształtowały się wokół mnie, niczym kolejna warstwa aury, a może Kapitan strzelał, ale usłyszałem:

- Ruchałeś chłopaku, widzę; (dawka śmiechu)

- Ehh, (mój uśmiech)

W tym momencie w drzwiach kuchni zobaczyliśmy Judytę. Stała i patrzyła na mnie z niedowierzaniem i odrobiną oburzenia.

- Wyszedłeś z imprezy i poszedłeś ruchać?! Jesteś wykolejony!

Spojrzeliśmy po sobie we trójkę. Chwila milczenia i głośny śmiech Kapitana zdominował nasz mały świat. Kolejne kolejki. Ktoś wyciągnął skręta. Kiedy dotarł do mnie, dwie dosyć spore chmury zaczęły krążyć po moim organizmie. Kolejne godziny zmęczyły ludzi, każdy gdzieś przysiadł i dogorywał. Ja siedziałem z Aleksem przy komputerze. Aleks pokazał mi najnowsze znalezisko. Piosenkę Ace of Base, „Beautiful Life„, teledysk do piosenki zrobiony był z czarnobiałej kroniki filmowej przedstawiającej III Rzeszę. Absurdalne i niesamowicie wkręcające. Siedzieliśmy przed komputerem jak urzeczeni. Słuchając tekstu piosenki i patrząc na filmik, poczułem, że coś w mojej głowie puściło, nastąpiło coś nieodwracalnego. Tak, jakby jakaś siła we Wszechświecie chciała mi powiedzieć, że przeszedłem na ciemną stronę mocy. Jeśli moje dotychczasowe „dokonania” można było uznać, za chwilowe wyskoki w krainę cieni, to teraz zrozumiałem, że powędrowałem za daleko w krainę ciemności i raczej nie będzie powrotu. Czy wystraszyło mnie to? Raczej nie. Pomyślałem, że będzie, co ma być i sięgnąłem po butelkę piwa.

Z Cycatką miałem kontakt mniej więcej dwa i pół roku. Pewnego dnia po prostu zniknęła. Jakby nigdy nie istniała.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Cycatka

24 paź

Miała nick „cycatka”, nigdy nie spytałem skąd pomysł na taki właśnie, pseudonim, powiedzmy, artystyczny. W końcu jej piersi, nie wyróżniały się niczym. Raczej średniej wielkości, lekko obwisłe, może po porodzie albo po prostu ugniecione przez tysiące rąk. Jej cycki, nie były czymś wyjątkowym, ale ona sama była na swój sposób inna niż reszta. Oliwkowa cera, naturalnie kręcone włosy, które zawsze lekko w nieładzie dawały do zrozumienia, że ich właścicielka jest na tyle pewna swej urody, że nie musi pindrzyć się przed lustrem godzinami. I oczy, oczy w kolorze mlecznej czekolady Wedla, dopełniały zjawiska. Jeśli dodać jej średniej wielkości cycuszki i odrobinkę za szerokie biodra, to ujrzymy kobietę o nad wyraz egzotycznej urodzie. Była jedną z pierwszych div, które odwiedziłem po odkryciu świata Strony i Forum, byłą jedną z pierwszych, którą odwiedziłem, nie jako debiutant, ale jako Szwagier. Gdy w pamiętny wieczór przejrzałem Stronę, wiedziałem, że nie będzie to długo trwało, gdy wejdę w ten świat. I nie trwało. Dwa dni później spacerowałem po mieście, kiedy nieudolne zakupy zaczęły mnie nużyć, sięgnąłem telefon i wybrałem w pamięci numer. Było to dla mnie tak oczywiste, jak czynność oddychania. Skoro odkryłem tę krainę, nie mogłem odejść obojętny, to się nie mogło tak skończyć. Idąc spokojnie po szarej, chodnikowej kostce słuchałem kolejnych sygnałów.

- Halo? – odezwał się w końcu kobiecy głos.

Szybko rozejrzałem się wokół, czy nikt nie idzie zbyt blisko mnie i grzecznie powiedziałem, w jakiej sprawie dzwonię. Odpowiedziała, gdzie przyjmuje, ile liczy sobie za spotkanie i czego mogę oczekiwać za te pieniądze. Nawet się ucieszyłem, bo okazało się, że mieszka, czy też pracuje niedaleko ulicy, gdzie my z Miszą wynajmowaliśmy mieszkanie. Los sprzyja gotowości umysłu. Idąc do mieszkania, zawitam na ulicę, którą podała mi diva. Byłem zadowolony. Zawróciłem o sto osiemdziesiąt stopni i radosnym korkiem rozpocząłem marsz w kierunku nowych doznań. Mijani ludzie zdawali się być mniejszymi niż byli, moje pole widzenia ograniczyło się tylko jednego celu, ulicy z divą. Chodnik przybrał kształt aerodynamicznego tunelu, na jego końcu już widziałem otwierający się świat. Z centrum do siebie szedłem około pół godziny. Gdy już znalazłem się w pobliżu ulicy zadzwoniłem. Wszystko w porządku, mogłem ją odwiedzić. Podała numer bloku. W końcu znalazłem się na mojej wymarzonej ulicy. Uważnie szukałem podanego numeru. Jeden blok, kolejny, dotarłem do skrzyżowania. Kolejny blok, sklep. Popatrzyłem na numer który widniał na przerdzewiałej, odrapanej tabliczce. Za daleko zaszedłem. Wróciłem się, ostatni blok przed skrzyżowaniem, to numer z kolei za mały. Uważnie rozejrzałem się po osiedlu, no przecież musi gdzieś być – pomyślałem. Jeszcze raz przeszedłem przez przejście, obszedłem sklep dookoła, nic z tego, za sklepem, mała uliczyna, to już inna uliczka. Poszedłem wzdłuż głównej alei cały czas prosto, numery rosły, rosły, a po „moim” bloku nie było śladu. Zawróciłem. Po raz kolejny wyciągnąłem telefon. Usłyszałem, że to bardzo duży blok, w pobliżu skrzyżowania, na pewno znajdę. Nigdzie, jakby wyparował albo zapadł się pod ziemię. Niewinne odwiedziny u kurewki zaczęły przypominać jakąś szaloną wyprawę po złote runo. Do pewnego stopnia sprawiało mi to frajdę, takie szukanie adresu, zupełnie jak harcerz albo tajny agent (wiem, że pisałem o tym wcześniej, ale naprawdę, sprawiało mi to nieziemską frajdę). Kilkanaście metrów dalej stały blaszane budki, jakieś zieleniaki, pomyślałem, ze tam mi ktoś podpowie. Siwa kobieta o żywym uosobieniu, była przekonana, że to po przeciwnej stronie ulicy, jaj łagodny mąż nie był pewien.

- A co tam jest? – Zapytała kobieta.

 - Nic, koleżanka tam mieszka. – odparłem szybko. Zakamuflowany burdel, idę poruchać – miałem ochotę odpowiedzieć.

- To niech koleżanka wyjdzie po kawalera. – Kobietę nie opuszczał dobry nastrój.

- No niestety, leniwa jest. – Odpowiedziałem z uśmiechem i poszedłem z powrotem na przejście dla pieszych. W ciągu godziny przeszedłem to przejście tyle razy, że ludzie stojący na przystanku obok, zaczęli na mnie zerkać, jak na jakiegoś czubka. Chyba za piątym połączeniem Cycatka naprowadziła mnie na właściwy trop. Za sklepem przy skrzyżowaniu był tunel, trzeba było nim przejść i dopiero wtedy zrozumiałem, basen, biurowiec i sklep sprytnie ukryły mrówkowiec, którego do godziny szukałem. Szara płyta, połączona w monstrualnie długi budynek mieszkalny, typowo socjalistyczny twór. Twory takie można było spotkać wszędzie, w każdym mieście. Pierwsza klatka, patrząc na plakat reklamujący szkołę tańca, po raz kolejny podniosłem słuchawkę do ucha. Wcisnąłem przycisk domofonu, drugie piętro, drzwi obite boazerią, która swój kolor przegrała w starciu z czasem. Pukam, dźwięk, jaki słyszę każe mi przypuszczać, że deseczki na drzwiach nieco wyschły, przez co wytworzyła się pewna przestrzeń między nimi, a właściwymi drzwiami. Otworzyły się drzwi, w ciemnym przedpokoju zobaczyłem kobiecą sylwetkę, która zaprosiła mnie do środka. Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym stało łóżko, a okna choć miały firanki uzbrojone były w żaluzje. Rozebraliśmy się i zaczęliśmy figle w łóżku. Nie pamiętam tego pierwszego seksu z Cycatką, ale tak właśnie poznałem Cycatkę.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ostatnia odsłona początku cz. 2

12 paź

Iwa, to nie jest taka zwyczajna kobieta, a może właśnie to kobieta, która w stu procentach jest świadoma swego kobiecego arsenału. Kiedy spojrzeć na Iwę, można ujrzeć farbowaną blondynkę z kilogramowym makijażem. Szerokie biodra czynią z niej „dupiastą blondynę z ekonomii”, tak jest nazywana na wydziale. To jest tylko powierzchnia, pod nią czai się prawdziwa lisica. Iwcia, jak sama opowiadała, ma dobry kontakt ze swoją babcią i, jak przypuszczam, to właśnie babcia wpłynęła na ukształtowanie Iwy. Jeśli przyjrzymy się zachowaniu tej dupiastej blondyny, to niczym panienka z dobrego domu przeniesionego z dwudziestolecia. Zawsze nieco nieśmiała, zawsze nieco spłoszona, swoją postawą ujęła część profesorstwa. Za tym nieśmiałym dziewczęciem kryła się zdeterminowana kobieta sukcesu, która miała jasno określone cele, a wszystko napotkane po drodze albo pomagało w osiągnięciu celu, albo było zbędne. Oczywiście, nie samym kobiecym arsenałem Iwcia dążyła do celu, kobiecy arsenał, to coś, co pomagało, ale Iwa była przede wszystkim pracowita. Zawsze ją za to szanowałem, bo ja sam nie potrafiłem wykrzesać z siebie nawet promila tej pracowitości. Podobnie było w tej chwili. Wszyscy nie potrafili ukryć swojego wisielczego nastroju, dodatkową godziną wykładu. Twarz Iwy wyraża takie samo uwielbienie, jak na każdych zajęciach. Perfekcyjna aktoreczka.

         Zaczynają się wykłady. Głos profesor Danuty rozbrzmiewa w sali. Siedzimy i słuchamy. Patrzę na okno, za nim, gałązka z kilkoma listkami figluje z wiatrem. Patrzę na zegarek, minęło trzy minuty. Dosłownie trzy minuty, a myślałem, że chociaż kwadrans. Czas, to oszukańczy skurczybyk. Staram się słuchać pani profesor. Może to w jakiś sposób wpłynie na postrzeganie czasu. Niestety meandry nauk ekonomicznych same z siebie zbyt ciekawe nie są, a psorka do wziętych retorów nie należy. Sam nie wiem, kiedy odpłynąłem. Popatrzyłem na Iwcię, Iwcia na mnie. Pojawiła się myśl, wspomnienia. Zupełnie jakby mój mózg, w trosce, abym nie zanudził się totalnie, podsunął mi barwne wspomnienia tego, co było, tego, co doświadczyłem, doznałem. Odpłynąłem. Zamiast notować, co wartościowsze słowa psorki, zacząłem pisać listę. Gdy skończyłem, spojrzałem – nieźle, ale mogłoby być lepiej. Errol Flyyn, siedząc kiedyś w restauracji z przyjacielem, spoglądając na przechodzące kobiety, zapłakał. Zapytany o powód płaczu miał odpowiedzieć: „nigdy nie będę miał mich wszystkich”. Tak, moja lista, mogła napawać dumą, mogła być powodem wstydu, mogła być powodem zazdrości lub współczucia, mogła przywołać wspomnienia powodujące erekcję, w końcu, mogło jej w ogóle nie być. A przede wszystkim mogła być znacznie dłuższa. Gra nigdy się nie kończy, zawsze chce się więcej.

         Po wykładzie, który jakimś cudem, z trzema przerwami na kawę, minął, odprowadziłem Iwę na przystanek. Na rynku pojawiał się nowa sieć komórkowa, która swoją ofertą znokautowała konkurencję. Iwa była bardzo zainteresowana i do odjazdu jej autobusu rozmawialiśmy o ofertach, technice i ekonomii. Nowa sieć nie miała jeszcze rozwiniętych salonów dlatego Iwa, zamiast na tramwaj, czekała na autobus. Nasza rozmowa przeplatana z flirtem i podszczypywaniem, była przyjemnym spędzeniem czasu. Spojrzałem na Iwe. Gdybyśmy się kiedyś pobrali, to nasze dzieci usłyszałby sztampową bajkę, jak to mamusia i tatuś poznali się na uczelni. Tak było rzeczywiście, poznaliśmy się na schodach, Iwa szukała sali, ja grupy. Na pierwsze spotkanie dotarliśmy razem. I tak nasza znajomość się rozwijała. Iwa w końcu wsiadła do autobusu.

         Ruszyłem przed siebie. W głowie miałem dwa bieguny myśli: może tak, może nie. Sam nie wiedziałem, co zrobić. Znalazłem jakiś spleśniały numer, pewnie nieaktualny – pomyślałem. Zdzwoniłem. Jednak numer był aktualny. Głos, który mógłby należeć do którejkolwiek kobiety na świecie poinformował mnie, co i za ile. Dowiedziałem się wszystkiego, wsiadłem do tramwaju, skasowałem bilet i gapiąc się na mijane drzewa, sunąłem do przodu. Dotarłem na docelowy przystanek, zacząłem rozglądać się za nazwą ulicy, którą usłyszałem w telefonie. Tak, dla sportu, przecież nie jest powiedziane, że muszę szukać akurat tego bloku. Jeszcze nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem w osiedle i wtedy sobie przypomniałem, to właśnie tu, rok temu, wulgarna kurwa sponiewierała mojego druha i odstraszyła mnie na rok. No dobrze, to z pewnością tu, ale nie jest powiedziane, że to ten sam adres, przez rok dużo mogło się zmienić – pocieszałem sam siebie. Kiedy wchodziłem do klatki, byłem pewien, to ten sam adres. Trudno, teraz już nie ma odwrotu, jeśli zobaczę tę samą rurę, to zrezygnuję, przez rok na ekonomii coś w końcu wiedziałem o prawach konsumenta.

Otworzyła kobieta, która mogła być w moim wieku. Może kilka lat starsza, trudno określić. Młoda, szczupła, o nieokreślonej urodzie, raczej ładna. Zaprosiła mnie do pokoju. Wręczyłem jej pieniądze. Chwilę popatrzyłem na nią i poszedłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, łóżko było zaścielone prześcieradłem, diva poszła się opłukać. Kiedy wróciła po kilku minutach, owinięta bordowym ręcznikiem, przyjrzałem się jej bardziej. Ciemna blondynka o przeciętnej twarzy, szczupła, zgrabna o niewielkich piersiach. Oboje położyliśmy się na łóżku, moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej ciele, w sposób prosty, samczy, prymitywny. Piersi, brzuch, uda, ręka sięgnęła miedzy uda. Przesunąłem dłonią po jej wzgórku. Wygolone łono zdawało się obiecywać mającą niedługo nadejść rozkosz. Diva, początkowo bierna, zaczeła gładzić mnie po udzie. Rytmicznie, z mechaniczną systematycznością. Kiedy na moment przerwałem jej dotykanie. Podniosła się, usiadła na kolanach, w okolicach mojego krocza i pochyliła się. Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Jej usta objęły mój stojący organ. Przyjemne uczucie otulało mnie jak najdroższa pościel. Spojrzałem na nią, jej głowa unosiła się i opadała, spokojnie, miarowo. Uznała że to już. Założyła prezerwatywę i mnie dosiadła. Góra – dół, góra dół, nic się nie odzywałem, delektowałem się jej ujeżdżaniem. Jedną dłoń położyłem jej na udzie, drugą ścisnąłem pierś. Patrzyłem na jej twarz, bez żadnych emocji, pełen profesjonalizm. W końcu obie dłonie wylądowały na jej pośladkach. Przyspieszyła. Zaproponowałem zmianę pozycji. Ułożyła się na boku, a ja w nią wszedłem. Poruszając się powoli, napawałem  się jej ciałem. Skończyłem od tyłu. Runda druga, zaczęła się klasycznie, skończyliśmy na jeźdźca. Po wszystkim, usiedliśmy na łóżku. Powiedziała, że od dwóch lat jest w zawodzie, od pół roku w mieście. Nieco mi poopowiadała o swojej profesji.

- Każda dziewczyna (czyt. prostytutka) woli starszych. Można troszkę porozmawiać, poprzytulać się i zawsze lepiej zapłacą. Nie wymęczą tak dziewczyny, jak młodzi. Młodzi, zazwyczaj mają mało kasy, a chcieliby najlepiej od razu na pięć godzin brać dziewczynę.

Powiedziała mi o Stronie i Forum. Słuchałem z zainteresowaniem. Nie zdziw się, jak rozpoznasz tam którąś z koleżanek. – Zaśmiała się. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Czas minął.

Wieczorem, z głośnika leciały dźwięki najnowszej piosenki Nelly Furtado, a ja niemal zahipnotyzowany, przesuwałem pasek na stronie www. Patrzyłem na profile, zdjęcia, opisy, ceny, telefony kontaktowe. Następnie Forum. Wszystko przyprawiło mnie o ucisk w żołądku, z podniecenia. Oto patrzyłem na nowy szlak, krainę wprost przepełnioną doznaniami. Uzmysłowiłem sobie, że patrzę na możliwość realizacji chyba każdej zachcianki. Wtedy byłem przekonany, że stoję u progu cudownej krainy, młodzieńcza naiwność, zdawała się tak udekorować ten mikrokosmos, że nie zauważyłem bardzo istotnej rzeczy. Za tymi wszystkimi obrazkami, obietnicami, które patrzyły na mnie z monitora i które w dużej mierze sam sobie wykreowałem, była otchłań, otchłań ziejąca pustką. Tamtego wieczoru spojrzałem właśnie w tę otchłań, a ona spojrzała na mnie. Moja naiwność zaślepiła mnie na tyle, że patrzyłem na tę otchłań i jej nie dostrzegłem, ja za to nie umknąłem jej uwadze.

Przestałem być debiutantem, tamtego wieczoru wstąpiłem do grona Szwagrów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ostatnia odsłona początku

10 paź

Wydarzenia letnich miesięcy, eskapady po ulicach obcego miasta, w pewien sposób nasyciły mnie. Przestałem odczuwać głód nowych doznań i czegoś nowego. Po powrocie do siebie, kilka tygodni później odwiedziłem divę, która zmasakrowała mojego fiuta czytaj . Przez kilka dni oglądałem poharatanego ptaka. To było za dużo. Zdecydowanie poczułem przesyt tymi wszystkimi doświadczeniami. Trzeba przysiąść, przystopować, dać na luz. Bilans i tak nie wyglądał źle. Na tle innych dwudziestolatków mogłem się poszczycić całkiem sporą listą pokręconych przeżyć. O! I właśnie ta refleksja popchnęła mnie do dalszych przemyśleń. Przecież chciałem normalnej relacji, zakochania, uczucia. Wciąż zakochany w Beacie, flirtujący z Martusią. Jak każdy młody człowiek przeplatałem marzenia z codziennością.

Co ciekawe, wyrzuciłem z głowy, wszystko, co było. Byłem młody, a świat miał tyle do zaoferowania. Zdecydowanie, należało wrócić do normalnego świata. Znowu byłem normalnym młodym człowiekiem. Moje wakacje minęły na wędrówkach po dziewiczych łąkach, strumykach, chłonąłem piękno i dobroć natury każdą porą skóry. Byłem wolny. Rok akademicki, już kolejny zacząłem z olbrzymim kopem energii. Całą jesień, zimę i wiosnę żyłem studenckim życiem. Chodziłem na zajęcia, imprezowałem, żyłem. Z Miszą, zmieniliśmy status ze współlokatorów, na kolegów. Grupa osób, która trzymała się razem na wydziale i poza nim, w końcu wykrystalizowała się na kształt paczki. Zacząłem relacje, zwane studenckimi przyjaźniami (nie wiem, czy na całe życie, ale część z nich wciąż trwa). To chyba w tamtym okresie, po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się Dagna. Na uczelni zaczął się niewinny flirt z Iwą. Do tego wszystkiego, nawet, początkowo nielubiona ekonomia, przyjęła nieco bardziej znośną formę. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pewnie i, co ważne, radośnie kroczyłem pewną, twardą, bo ubitą tysiącami stóp przede mną drogą młodości. Problem w tym wszystkim był taki, że gdzieś w samym środku mojego „ja”, tak naprawdę nie lubiłem tej ubitej drogi. Koniecznie chciałem iść po swojemu. Bez względu na cenę i ofiarę, swojej prawdy, chciałem szukać sam. Inaczej byłoby nie w porządku. Wobec losu, Boga, czy natury. Nie po to istniejemy, żeby przeżyć swoje życie pasywnie i asekurancko. Nawet, jeśli nasze życie okaże się pasmem przegranych, a nasze szlaki, zamienią się w wielki nic, pozostanie uczucie, że do końca byliśmy czemuś wierni. Wiem, że to pogląd, który nie spotka się z pochlebnym przyjęciem w dobie mody na łatwe recepty i wprost wymuszonego poczucia szczęścia i spełnienia, ale nie ma łatwej gry. I to jest stek bzdur, że każdy może poprawić swój los. Co najwyżej możemy oprawić swój los, oprawić w ramki niby szczęścia, niby spełnienia, niby uśmiechu.

           Minął prawie rok. Jak we wcześniejszych latach, lato zaczęło odbierać pałeczkę wiośnie, w odwiecznej sztafecie. Ciepło za oknem rozleniwiało coraz bardziej i bardziej. Na wydziale został trzy godziny wykładu, co w porównaniu, do pogody na zewnątrz wyglądało blado. Trzy godziny z panią profesor Danutą. Niektórzy śmiali się, że najpierw była Danuta, a później wokół nie zaczęli budować wydział. Tęga starsza kobieta, posiadająca wiedzę, ale nie potrafiąca tej wiedzy ani zareklamować, ani sprzedać. Stoimy pod ścianą, czekamy na psorkę, jak na pluton egzekucyjny. Pojawia się, profesjonalnie pochmurne „dzień dobry”, zaprasza nas do sali. Informuje, tytułem wstępu, że w najbliższej przyszłości przepadnie nam wykład i musimy tę godzinę odrobić. Dziś, innymi słowy zamiast trzech godzin, siedzimy cztery godziny. Opadają nie tylko ręce. Rozglądam się po ludziach z grupy, miny są grobowe, tylko Iwa zachowuje twarz pokerzysty. Jest nieprzejednana.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ulicznice; vol 2

01 paź

Marcin z Edytą wrócili. Radośnie przywitaliśmy się, W ruch poszły piwa i chipsy. Nareszcie! Nasze spotkanie doszło do skutku. Cieszyłem się, szczerze i bardzo. Jednak, wydarzenie sprzed godziny, wybudowało miedzy nami coś, na kształt niewidzialnej płyty. Jakaś część mnie oderwała się od rzeczywistości. To, czego doświadczyłem na schodach, w świetle przykurzonej żarówki, było niczym otwarcie wrót. Myślałem, że przez kilka miesięcy, od jesieni, do lata poznałem tę krainę, że ją znam, niemal na wylot. Okazało się, że wciąż jestem debiutantem. Ta mroczna kraina, kryła jeszcze tyle nieznanego, że obietnica zapuszczenia się tam była silniejsza niż cokolwiek innego. Wtedy moi znajomi, przegrali z nią. Poszedłem razem z nimi, na domówkę, wypiliśmy morze piwa. Śmiałem się, flirtowałem i mile spędzałem każdą chwilę. To jednak była tylko część mnie. Wszyscy obecni mogli uścisnać mi dłoń, porozmawia ze mną, wypić kieliszek wódki, ale tak naprawdę, nie było mnie tam. Już odliczałem godziny do kolejnego wieczoru. Edyta i Marcin mięli po raz kolejny drugą zmianę, to oznaczało, że mam wolny wieczór. Już nie mogłem się doczekać. Nad ranem wróciliśmy do akademika moich przyjaciół. Mimo alkoholu, nie mogłem zasnąć. Mroczna kraina, wyciągała po mnie szpony. Łatwość, z jaką ulegałem każdemu instynktowi, była przeze mnie nie zauważona, przynajmniej wtedy. Coś było we mnie, coś, co skaziło mnie bezrefleksyjnością.

Pobudka przed południem. To były te czasy, kiedy wódka szybciej wyparowywała, a energia życiowa pojawiała się zaraz po otwarciu oczu. Śniadanie, szklanka soku i kierunek miasto. Edyta pokazywała mi galerie handlowe, Marcin knajpy. Galerie, mimo, ze niby jedne z największych w kraju, to jednak, nie zrobiły na mnie wrażenia. W końcu, ty tylko obraz zubożenia duchowego człowieka, gdzie by nie były wybudowane, wszędzie wyglądają tak samo. Tak samo, jak dzisiejszy człowiek, wszędzie tak samo marny. Po obiedzie moja dwuosobowa ekipa zaczęła przygotowania do pracy. Zanim się zorientowałem, życzyłem im szybko lecącego czasu w pracy, pijąc ich firmową colę. Wracałem sam, nieco dokładniej przyglądałem się wystawom sklepowym, kiedy dotarłem do mojej kwatery, było chłodniej, wieczór rozpoczął swe panowanie nad krajobrazem. Położyłem się na wygniecionym, akademickim łóżku. Zamknąłem, oczy i zapadłem w lekką drzemkę. Nie był to głęboki sen, raczej coś w rodzaju czuwania. Nie wiadomo skąd znalazłem się w autobusie. Jechałem tym samym autobusem, co przed wczoraj. Tylko obrazy za oknem były inne. Jechałem przed pustkowie, może nawet pustynię. Nikogo nie wiedziałem, ale wyczuwałem, że autobus jest wypełniony podróżnymi, tylko dla mnie byli niewidoczni, wiedziałem, ze gdzieś zmierzam i cel mojej podróży zdawał się przysłaniać wszystko inne.

Otwarłem oczy. Potrząsając głową, starałem się pozbyć niemiłego uczucia, jakie mi towarzyszyło po przebudzeniu. Spojrzałem na zegarek w telefonie. Spałem półtorej godziny, za oknem, niebo było granatowe i zdawało się z każdym kwadransem zmieniać na czerń. Opłukałem twarz i wyszedłem. Pora na moją podróż.

Dziś z daleka potrafiłem zauważyć ulicznicę. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Podszedłem do wysokiej brunetki, pończochach, które znacznie bardziej przykuwały uwagę, niż reszta jej garderoby. Pierwsze zderzenie.

- Hotel albo auto. Inaczej nie ma opcji.

Podziękowałem i poszedłem dalej. Nie dalej niż pięćdziesiąt metrów dalej stały dwie. Przeszedłem dalej. Nie chodziło o nic innego, jak o to, że nie chciałem żadnej zranić. No bo, którąś musiałbym wybrać, druga mogłaby poczuć się niedoceniona albo coś podobnego. Nawet w tym nieczystym światku zachowałem dziecinną prostotę i chęć nie robienia innym przykrości. Idąc dalej chodnikiem dotarłem do miejsca, gdzie wczoraj stała blondyna.  Dziś stały dwie, ta druga, wyższa, ładna. Chwilę się wahałem. Kiedy ja starałem się rozstrzygnąć spór między mózgiem, a fiutem, przy chodniku zatrzymał się czerwony opel. Wysiadła z niego niska, pulchnawa ciemna blondynka. W tandetnej dżinsowej spódniczce zaczęła się przechadzać tam i z powrotem. Los sprzyja gotowości umysłu. Podszedłem, okazało się, ze brak lokum, to dla niej nie problem.

- Poczekaj tu, Idę zanieść kasę i zaraz wracam.

Wróciła za dwie minuty. Dostrzegłem, że z pieniędzmi poszła do tego samego pojazdu, co jej koleżanka wczoraj. Odwróciłem się w kierunku przejścia dla pieszych, byłem przekonany, że idziemy, na lubieżne schody. Jednak nie.

- Chodź za mną. – Rzuciła z uśmiechem i weszliśmy do klatki, pięć metrów od miejsca, gdzie spacerowała. Nie bardzo wiedziałem, gdzie zmierzamy. Może do jakiegoś mieszkania? Może gdzieś w piwnicy. O rany. Moja prywatna paranoja zaczęła podsuwać mi scenariusze godne Kinga. Niska diva z dużymi cycami rozwiała moje domysły.

- Tam z tyłu jest drugie wyjście z klatki, ale jest zamknięte i nikt nie chodzi. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. Słaba żarówka oświetlała żółtym światłem klatkę o twarz divy. Dopiero teraz, nieco uważniej przyjrzałem się jej. Szeroka twarz, roześmiane oczy. Nie była typem divy, bardzo pasowała do obrazu pustej panienki, z prowincjonalnej dyskoteki, która pod wpływem trzech piw i jednego komplementu jest skora zatopić się w uroku chwili i rozłożyć nogi. Jej fioletowa bluzka ograniczała cycki. Wsadziłem pod nią dłonie i łapczywie ugniatałem całkiem pokaźne melony. Jej ręce zaczęły majstrować przy moim zamku, z którym dosyć łatwo sobie poradziła. Gorzej poszło z guzikiem, który był specyficznie przyszyty i odpięcie go „z drugiej”, strony mogło stanowić problem.

- Kto ci tak przyszył guzik? Pewnie mamusia, żeby niegrzeczne dziewczynki nie mogły się tam dobrać. – Dobry humor jej nie opuszczał.

- Poczekaj. – Sam odpiąłem guzik i moje spodnie opadły na podłożę. Zostałem w bokserkach, które rozciągał z kolei mój nabrzmiały organ. Ulicznica podciągnęła dżinsową spódniczkę i opuściła granatowe stringi.

- Poczekaj. – Zobaczyłem, jak urywa kawałek opakowania z condomu, myślałem, że to dla mnie. Opuściłem gacie w dół. Diva tym czasem nie zamierzała nakładać lateksowej peleryny na „mojego”. Wzięła nierozwiniętą gumkę w dłoń, pochyliła się i wsadziła w kroczę dłoń z gumką. Moja mina musiała mówić wszystko, bo popatrzyła na mnie i rzekła: – to takie dodatkowe zabezpieczenia. Sięgnęła po kolejną gumkę, ta wylądowała na penisie. Odwróciła się i oparła o ścianę. Ja tym czasem błądziłem dłońmi, po cyckach, brzuchu , udach, tyłku. W końcu wszedłem. Źle obliczyłem kąt i mało fiuta nie złamałem przy pierwszym pchnięciu. Musiałem zgiąć nogi w kolanach. Chwila chaotycznych ruchów i po wszystkim. Doszedłem, wyszedłem. Fachowo ściągnęła gumę i wytarła jeszcze sterczący maszt. Nie mogłem się powstrzymać i przejechałem ręką po jej podbrzuszu, poczym zanurkowałem w niej, wyczułem palcami na samym dnie lateks. Nie jestem jakimś fetyszem, ale tak chciałem po prostu sprawdzić , jak się TAM sprawy mają. Szybko puściliśmy kamienice i każde poszło w swoją stronę. Wróciłem do akademika, moi się już doprowadzili do ładu po powrocie z pracy.

 - Gdzie się szlajasz? – Edyta wzięła mnie na spytki. Odpowiedziałem wymijająco. Nie było sensu opowiadać ani tłumaczyć. To były dwa różne byty. Moje życie na powierzchni i moje życie w zakazanym świecie.

Kolejna noc minęła na imprezowaniu. Następna noc, to już przejazd na dworzec, pożegnanie i wsiadłem do autobusu. Niemal całą drogę gapiłem się w szybę. To , co przeżyłem na wyjeździe, zapowiadało kolejne przygody. Wiedziałem, że szlak który wybrałem jest niewłaściwym, ale pokusa była zbyt duża, zrobiłem jeden krok  do przodu i to co zobaczyłem, zachęciło mnie do dalszego marszu. Nie wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale chciałem iść dalej.

Co do znajomych ze szkoły średniej, z czasem nasze drogi rozeszły się. Telefony do siebie nawzajem, zamieniły się w smsy z okazji świąt, te z czasem rozpłynęły się w prozie dnia codziennego.

Kilka lat później, gdy już byłe wytrawnym graczem uratowałem Anię, która po seksie z Miszą nosiła w sobie…condom. Oboje spanikowali, bo uznali, że zniknął. Uśmiałem się i powiedziałem Miszy, jak ma zapuścić palce, żeby wyciągnąć gnoja. Dopytywał, skąd u mnie tak specjalistyczna wiedza, tylko się uśmiechnąłem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ulicznice w wielkim mieście vol 1

30 wrz

Nie było ciepłej wody. Strumienie letniej spływały po moim ciele. Żel pod prysznic w postaci rozwodnionej mazi spływał po moim ciele. Z dużej tuby wycisnąłem dodatkową porcję i zacząłem energicznie pocierać fiuta. Musiałem to z siebie zmyć. Jak w ogóle do tego doszło? Czułem niesmak, zrobiłem coś, co było niewłaściwe i sam nie wiedziałem dlaczego tak to się skończyło.

A wszystko rozpoczęło się od spaceru, nocnego spaceru po nieznanym mieście. Nie, nie, zaraz, wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej. Od rozmowy telefonicznej. Czas, powiedzmy, rok po maturze, to jeden z ciekawszych okresów. Po roku, czy to w pracy, czy na studiach, posiadamy portfel nowych znajomych, jednocześnie, od czasów wczesnej młodości, nie upłynęło aż tak wiele, żeby zapomnieć o przyjaciołach właśnie z tego okresu. Jeden z nielicznych momentów, kiedy człowiek czuje się szczęśliwy.

Dotarłem do miasta, na drugim końcu Polski. Dwoje łobuzów z mojego liceum wybrało się tam na studia. Przez rok akademicki, widywaliśmy się w rodzinnych stronach, przy okazji Świąt i majówki. Zawsze z naszych ust płynęły zaproszenia do naszych „nowych miast”. Wyraz mojej twarzy musiał odzwierciedlać niemałe zdziwienie, kiedy przed samym lipcem w telefonie usłyszałem – to co, zjawisz się w końcu, czy nie, bo w połowie lipca spadamy do domu i nie będziesz miał kogo odwiedzi ć. Musiałem. Nie miałem wyjścia. Dwa dni później w niedzielę siedziałem w autobusie i patrzyłem na coraz bardziej granatowe niebo. Kilka godzin w autobusie, przerwa nad ranem, spowodowana przesiadką i kolejne godziny w autobusie. Jestem osoba, która lubi podróże, ale tym razem byłem znużony. Gdy zatrzymaliśmy się na kolejnej już stacji benzynowej, na „dziesięciominutowe siusiu i papierosa”, powlokłem się do lodówki po zimną puszkę pepsi. Każdy łyk przyjemnie odczuwałem w każdej części ciała. Rozejrzałem się wokół. Pola uprawne, płaskie, niczym blat stołu. A wśród nich stacja benzynowa z muszlą. Nigdy nie widziałem takiego krajobrazu, nie sądziłem nawet, że takie równiny są u nas. Dalszą trasę spędziłem gapiąc się w szybę i nie mogąc się napatrzeć na niekończące się uprawy. Coś nieprawdopodobnego.

Kiedy wysiadałem na dworcu, z ciekawością rozejrzałem po obcym mi mieście. Nikt na mnie nie czekał –moi gospodarze, rozpoczęli karierę w międzynarodowym paśniku. Przez telefon dostałem wskazówki, gdzie jechać. W ich akademiku miał na mnie czekać kolega, który został o wszystkim poinformowany. Kilkanaście minut zajęło mi odnalezienie właściwego autobusu. Miasto, zrobiło na mnie wrażenie, nie wiem, czy to efekt letniego miesiąca, czy po prostu zobaczyłem coś nowego. Wszystko zdawało się bardziej tętnić życiem. Dojechałem na miejsce. Okazało się, że akademiki zupełnie nie przypominały znanych mi molochów. Niskie budynki, o arcyciekawej architekturze bard zadziej przypominały międzywojenne kamienice, niż siedziby współczesnych żaków. W pokoju 34 czeka l na mnie Robert, student polonistyki, kolega moich gospodarzy. Porozmawialiśmy, wypiliśmy piwo i na tym nasze poznanie się zakończyło. Wyszedłem na zakupy, sztuczne jedzenie, które kupiłem wystarczyło mi za kolację. Edytę i Marcina miałem spotkać po dwudziestej trzeciej. Wieczór zaczynał się dłużyć. Położyłem się na łóżku o pogrążyłem się w myślach. Raczej mogłem być z siebie zadowolony. Rok temu byłem po maturze, w swoim pokoju patrzyłem na plakaty sportowców i marzyłem o karierze i pieniądzach. Może nic z tych rzeczy nie osiągnąłem, ale z pewnością zrobiłem krok do przodu. No i pozostawało burdelowo. Mój mały tajemny światek. Niczym Alicja, miałem swoją krainę czarów. Zastanawiałem się, czy mówić o tym Marcinowi, w końcu w szkole mówili na niego „mały lowelasek”. Jednak nie. Tak będzie lepiej, zostawię to dla siebie.

Po dwudziestej pierwszej, na zewnątrz zaczynało się ściemniać, ja, im później było, tym bardziej byłem znudzony. Nie pomogły wesołe smsy od Edyty. Wyszedłem się przejść. Uzbrojony w ciekawość, pokonywałem ulicę, za ulicą. Interesująca wydała się kobieta, która wyraźnie odróżniała się od reszty. Skąpe wdzianko, wręcz wulgarne. Ciekawa moda – pomyślałem. Idąc kilkanaście metrów dalej, znowu ujrzałem zdzirowato ubraną kobietę. Nie wiem kiedy, żarówka, niczym u Pomysłowego Dobromira, rozbłysła. Dziwki, najprawdziwsze uliczne kurwy! Zawróciłem i cofnąłem się. Pierwsza z oryginalnie ubranych laseczek chodziła tam i z powrotem, na dystansie około dwudziestu metrów. O cholera! – Moje myśli eksplodowały. Niewidzialna dźwignia powoli przeskoczyła. Nigdy nie spotkałem ulicznic. Jak dla mnie, ich miejsce było na kartach kronik żółtej, międzywojennej literatury. Z wyczulonymi zmysłami szedłem przed siebie. Zrobiłem rundę, po kwartale, który, jak sądziłem będzie pełen chodzących kurwiszonów. Było ich siedem, przynajmniej tyle zauważyłem. Chciałem podejść, ale nie wiedziałem jak. Sam ze sobą prowadziłem dialog. A, jeśli to nie dziwki, może taka moda tu panuje? – Pytałem sam siebie. Spojrzałem na niewysoką blondynkę, ubrana w białą mini i białą bluzeczkę, wyglądała jak wybrakowana świąteczna hostessa. Jej rysy twarzy zdradzały, że raczej nie należy spodziewać się po niej szczególnej subtelności.

Wziąłem trzy głębokie oddechy. Powoli ruszyłem spod kiosku, do żującej gumę blondynki.

- Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu się można zabawić? – Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, w tamtej chwili, nic innego nie przyszło mi do głowy. Pomyślałem, że słowo „zabawić” w razie czego uratuje sytuacje.

- Hmm, no tu masz klub taki, tam pub, a jest jeszcze pizzeria, na ulicy P.  – Szlag, trafił mi się przewodnik turystyczny. Nie ma wyjścia, trzeba działać na sto procent.

- A, z panią, można się zabawić? – Kńcząc to zdanie, czułem jak się czerwienię. Fatalizm zaczął przytłaczać moją świadomość. Ale, w końcu, nikt mnie tu nie zna – pomyślałem.

- A, oto ci chodzi, no jasne. – Rzeczowo usłyszałem co i jak. Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i się zgadzam. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem pogniecione banknoty.

- Chodź ze mną. – Blnondi ruszyła do przejscia dla pieszych, ja niepewnie spoglądając, to pw prawo, to w lewo byłem pół kroku za nią.

Gdy przeszliśmy przez przejście podeszliśmy do czarnego Seicento, diva dała kaskę kierowcy, oprócz wąskich ust, nieprzyjemnego spojrzenia dostrzegłem kawałek ortalionowej kurtki.

- Chodź. Idziemy w bardziej dyskretne miejsce. – Przeszliśmy przez kolejne pasy. Gdy przechodziliśmy, jakiś młokos przejeżdżał na rowerze, widząc ulicznicę krzyknał: – yo siniorita! – Na chwilę mnie zmroziło, wszyscy widzieli, że idę z dziwką, wszyscy wiedzieli po co. W tym momencie w mojej głowie pojawił się gigantyczny spych, wszystkie te myśli zostały zepchnięte, a w ich miejsce pojawił się napis: NO i CO? Za dwa dni mnie tu nie będzie. Diva prowadziła uliczkami i skwerami, w końcu doszliśmy do budynku przypominającego kotłownię. Obeszliśmy budynek . Zaprowadziła mnie na schody prowadzące w dół, da jakichś drzwi.

- To tutaj.

Stanęła dwa stopnie wyżej, podciągnęła spódniczkę i opuściła majtki. Położyłem rękę na jej plecach, dając tym samym znak, żeby się pochyliła. Niczym w amoku dobrałem się językiem do jej pizdy. Cała ta sceneria, wieczór, świadomość, że to wszystko odbyło się spontanicznie, podziałało na mnie jak gigantyczny afrodyzjak. Gryzłem (delikatnie), ssałem i lizałem jej cipę, jakby świat nie istniał. Złapałem rękami jej pośladki i rozsunąłem, przejechałem językiem po jej anusie. Zacząłem chłeptać wokół jej kakaowego oczka. Słony smak podziałał na receptory smaku. Uniosłem głowę. Diva odwróciła się, z mikroskopijnej torebki wyciągnęła condom. Założyła na korzeń, poczym odwróciła się i pochyliła do przodu. Wchodzę i zaczynam pierdolić, nie myślę o niczym. Liczy się tylko dupa wypięta przede mną. Nie zmieniamy pozycji. Początkowo gładzę ją po plecach. Ręce z pleców poszły pod spód. Pochyliłem się i zacząłem obłapiać jej cycki, niewielkie, ale sprężystość skóry jeszcze łatwo wyczuwalna. . W końcu jedna z moich rąk wylądowała na jej kroczu. Kciukiem miziałem podbrzusze, a palce ugniatały fałdy jej warg, niczym plastelinę. Finiszowałem łapiąc ją za biodra i mocno dobijając. Kiedy opróżniłem swoje działo, głęboko odetchnąłem. Kiedy z niej wyszedłem, spojrzałem na fiuta. Pęknięty condom, popatrzyłem na divę.

- Pękł, wiem czułam, ale nic nie mówiłam, żebyś se doszedł. Daj. – Ściągnęła lateksowy strzęp i zawinęła w chusteczkę. Zapinałem zamek w spodniach i przypomniałem sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Oszołomiony nie tak odległym orgazmem, jeszcze nie myślałem.

Kiedy wracaliśmy, porozmawialiśmy o klubach, studenckich imprezach i ogólnie o miastach. Dopiero kiedy sam wracałem do akademika Marcina i Edyty, fatalizm powrócił ze zdwojona siłą. Dotarło do mnie, że to najniższa pozycja w hierarchii tego światka. A jeśli ma jakąś chorobę? Scenariusze pełne najgorszych wizji stały się przerażająco realne. Niemal wbiegłem do mojej tymczasowej kwatery, wygrzebałem żel pod prysznic i ręcznik. Pobiegłem pod prysznic. Co ja zrobiłem? Czy mi rozum odjęło? Starałem się zetrzeć z penisa potencjalne choroby, ale także całe zajście.

- O, nie było jeszcze wina i kolacji, a ty już goły. – Marcin wrócił z pracy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

W labiryncie burdelowa 4.0

21 wrz

Irka

Irka podobno była ćpunką. Dowiedziałem się od Szwagrów, kilka miesięcy od mojego zalogowania na Forum. Nikt nigdy powiedział, na jakiej podstawie tak sądzi. Po prostu. Była ładna, było w niej coś uległego. Za niewygórowaną cenę pozwalała skorzystać z każdej swojej dziurki. Kiedy zakończyła wstępne obrabianie kija, położyła się na plecach i rozłożyła nogi. Zupełnie, jakby czytała w moich myślach. Przed moim wejściem posmarowała się lubrykatem. Kiedy spytałem o dupcie, skinęła głową, odwracając się. Wspominam ją jako przyjazne jebanko. Pewnego dnia słuch o niej zaginął.

Miss Solaris

Po pierwszym niezaliczonym kolokwium, poszedłem na dworzec autobusowy i wsiadłem bez pytania do autobusu, pierwszego, lepszego. Znalazłem się w innym mieście, blisko sto kilometrów dalej. W przydworcowym saloniku prasowym spisałem numer z porno pisemka. Pod podanym adresem ujrzałem opaloną w solarium blondi, o urodzie klubowej dzidzi. Jej opalone cycki pamiętam do dziś. Pukałem ją z przodu, z tyłu, bokiem, siedząc i leżąc. To było do pierwszego orgazmu, druga runda przebiegła pod znakiem ujeżdżania. Dosiadła mnie, niczym rasowa cowgirl. Po wszystkim porozmawialiśmy o imprezach techno.

Szczupła lga

Na jej piczy wyćwiczyłem swój język. Wszystko zaczęło się w pewien niedzielny wieczór. Znudzony buszowałem po Internecie w poszukiwaniu śladów burdelowa. Czasy niemal prehistoryczne, nie było Strony, nie było Szwagrów, nie miał kto podpowiedzieć. Jedynymi wejściami do burdelowa były oficjalne agencje i burdele. W sieci strony zrzeszające amatorów lodów, w ramach deseru, dopiero raczkowały. W końcu natrafiłem. Niewyraźna fotka i numer telefonu. Zadzwoniłem i okazało się, że jak najbardziej, przyjmuje w mieszkanku prywatnym, nazwy ulicy nie potrafiłem zlokalizować. Po zakończonej rozmowie, sprawdziłem, gdzie jest ta, nieznana mi ulica. Drugi koniec miasta. Ubrałem się i wyszedłem w mrok jesiennego wieczoru. Przemierzałem ulice i skwery. Wsiadłem w końcu do tramwaju i pomknąłem w stronę miasta, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Wykorzystując swój wrodzony urok, spytałem kobieciny w tramwaju, jak dotrzeć pod wskazany adres. Okazało się, że to dalej, niż myślałem. Po wysiadce z tramwaju, czekało mnie jeszcze około pięciu przystanków autobusem, co gorsza w dzielnicy, o której straszyli, że łatwo po mordzie oberwać. Jechałem autobusem i coraz bardziej ogarniał mnie niepokój. Nie ma co, sam pchałem się w gips. Ale nie zawróciłem, byłem na szlaku i wiedziałem, że nie mogę z niego zawrócić. Trudno, co będzie, to będzie. Przystanek, na którym musiałem  wysiąść, nie wydawał się bardzo zniszczony. Spodziewałem się scenerii prawdziwych slumsów, jednak nie. Spokojnie rozejrzałem się po tabliczkach na blokach. Jest! Nazwa ulicy pasuje, pozostało odnaleźć numer. Chodząc po osiedlu, cały czas konspiracyjnie oglądałem się za siebie, czy przypadkiem, jakaś grupa nie zauważyła obcego. Znalazłem  numer bloku, poszukałem klatki z odpowiednim numerem. Moja ekscytacja sięgała czubka głowy, kiedy stałem przed drzwiami. Dotknąłem przycisku nieopodal drzwi. Drzwi otworzyły się, płonąłem z ciekawości, kto to będzie. Otworzył facet z ciemnymi wąsami. Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, ani co zrobić.

- Tak? – Mina faceta nie miała groźnego wyrazu, bardziej był zaciekawiony.

- Dobry wieczór, jest Magda? – Tylko to mi przyszło do głowy.

- Nie, to pomyłka, nie jest pan pierwszy. Ktoś niedokładnie podaje adres.

Poszedłem ja po zmyciu. Z racji tego, że jechałem do tak nieciekawej dzielnicy, nie brałem telefonu. Tylko kasa, ukryta daleko i głęboko. Klnąc na czym świat stoi, poszedłem na przystanek. Przyjechałem z powrotem na mieszkanie. Zadzwoniłem pod numer, gdzie miało być dymarko, z pytaniem o adres.

- Kotek, 23/24, to numer bloku, numer mieszkania, to …

Aha, wszystko stało się jasne. Szkoda, że tak późno, spojrzałem na zegarek. Nie, nie ma sensu, za późno. Posiedziałem chwilę w kuchni. Tak blisko – pomyślałem. Szkoda. Jeszcze raz spojrzałem za okno. Nie, nie ma kroków wstecz. Tak. Od samego początku, jakaś magiczna siła pchała mnie naprzód. Ja po prostu musiałem tam jechać. Chyba już wtedy należałem do tej krainy.

Jeszcze raz ta sama droga. Tym razem od razu pod właściwy adres. Otwarła szczupła kobieta pod czterdziestkę. Kurtuazyjnie zaprosiła mnie do środka.

- No, troszkę się najeździłeś. Chodź.

Poszedłem, za divą, do niewielkiego pokoju. Zostawiłem kurtkę, i skierowałem się w stronę łazienki, strumienie wody spływały po mnie, a ja przeglądałem się w lustrze. Podobało mi się moje odbicie. Podobałem się sobie, będąc w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wracając do pokoju, natknąłem się na długowłosą blondynkę, oboje zmierzyliśmy się od stóp do głów i każde z nas poszło do swojego pokoju. Ładna była, nigdy jej nie namierzyłem później, szkoda. W pokoju czekało na mnie rozścielone łóżko. Diva była szczupła, miała krótkie włosy, niewielkie, lekko sterczące cycki. Kiedy zaczęliśmy dotykać swoich ciał, było w tym coś zmysłowego. Była profesjonalistką albo wpadłem jej w oko. Moje dłonie, miętosiły jej cycki, jej smukłe dłonie, niemal aksamitnie sunęły po moim ciele. Poczułem odprężenie. Seks był dynamiczny i jednocześnie kojący. Wykonując sprężyste ruchy patrzyłem na jej twarz, nic nie mogłem z niej wyczytać. Założyłem jej nogi na swoje ramiona i rozpocząłem szarże. Niby pojękiwała, ale coś było to sztuczne. Przerobiliśmy kilka pozycji, pomyślałem, że jeszcze nie posmakowałem jej cipki. Rozłożyła nogi, a ja zacząłem spektakl z jej wargami. Po paru minutach wygięła cię w łuk. Zerknąłem na jej twarz, zamknięte o czy i twarz nieobecna, jakby gdzieś, oddech ciężki i szybki. Znalazłem szlak do jej rozkoszy, trwało to długie chwile. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi, wiedziałem, że oznacza to koniec zabawy.

- W porządku. – Usłyszałem głos mojej towarzyszki, a jej uda rozszerzyły się jeszcze bardziej. Uznałem to za zachętę do kontynuacji. Nie wiem, ile obrabiałem jej pizdę. Końcówka była taka, ze stęknęła i jeszcze bardziej wygięła się w łuk. Chwile leżeliśmy. Zdjęła condom, i zaczęła ssać. A ssać potrafiła, jej twarz wyglądała jak w pornolu. Ściągnięte policzki, odznaczające się kości policzkowe i skupienie na twarzy. Pomogła ręką i wyplułem owoc przyjemności na jej cycuszki. Kiedy wracałem, po raz czwarty trasą czułem się świetnie, i nie był to tylko wynik orgazmu, który był fantastyczny, ale był to wynik czegoś więcej, byłem zadowolony z siebie.

***

Spotkałem ją kilka tygodni później, po pierwszej i jedynej randce z Sylą. Byłem tak podekscytowany, że musiałem ukoić nerwy. Scenariusz był ten sam, ale nieco inny. Zacząłem od minety, a skończyłem w jej ustach. Rozbawił mnie sposób, w jaki wypluła zawartość w chusteczkę higieniczną.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kolejna odsłona początku cz. 5

08 wrz

Jednocześnie, tak, jakby wszystko to odbywało się poza mną. Wróciła blondynka, owinięta w jasny ręcznik.

- Zaraz zrobię odpowiednią atmosferę.

Podszedłem do niej i zacząłem głaskać po udach, powoli wsuwając rękę pod ręcznik. Skóra jej ud podziałała jak reklamowane teraz wszędzie środki na potencję, stanął natychmiast.

- Ej, ej, jeszcze nie. Siadaj sobie.  – Jej głos, nadal miękki i przyjazny, jednak pojawił się w nim nutka apodyktyczności. Wyłączyła światło i pstryknęła przełącznik przy łóżku. Zapaliły się niebieskie światła przy łóżku i nad stolikiem, który stał pod ścianą. Faktycznie klimat był, niczym na planie Playboy Club. Blondi przykucnęła przy odtwarzaczu z małymi kolumienkami, który leżał na podłodze. Kiedy znajdowała się w tej pozycji, ręcznik podwinął się, ukazując większość jej uda. Patrzyłem jak zahipnotyzowany, ponownie podszedłem i zacząłem gładzić jej udo. Byłem złakniony jej ciała.

- Wiesz, jak wymienić tu baterie? To masz, wymień. -  Nie czekała na moją odpowiedź, tylko wręczyła mi dwa paluszki. Ewidentnie, wiedziała, jak zająć moje ręce. Przemknęło mi przez głowę, że być może dałem się oskubać, bo dałem już kasę, a akcji żadnej nie było. Jeśli tak miało być rzeczywiście, to faktycznie byłaby to jedna z bardziej kosztownych lekcji. Wymieniłem baterie. Nie bardzo wiedziałem co dalej, dlatego ograniczyłem się do krótkiego „już”.

- Ok., dzięki, to usiądź sobie.

Posłusznie usiadłem na łóżku. Blondynka podeszła do odtwarzacza i wcisnęła ”play”. Z dwóch kolumienek zaczęły rozbrzmiewać jakieś przeróbki dancowe. Ściągnęła ręcznik i rzuciła go na fotel. Była w samej bieliźnie. Nie jakieś przesadnie skąpej, ani wyzywającej, ale gustownej, zalotnej. Odwróciła się do ściany, stanęła w lekkim rozkroku opierając się o ścianę. Kiedy popatrzyłem na jej pośladki, miedzy którymi znikał sznurek stringów, zapadłem w trans. Tymczasem moja gospodyni w rytm muzyki przykucnęła, rozkosznie wypinając tyłek. Patrzyłem jak urzeczony. Jej wijące się ruchy, spowodowały, że praktycznie krew z całego układu znalazła się w jednym miejscu. Odwróciła się, jej dłonie zaczęły błądzić po jej ciele, co w połączeniu z jej ruchami jeszcze bardziej mnie nakręcało. Jej spojrzenie stało się inne, nieco bardziej wulgarne, ale też nienaturalne. Tak, jakby założyła maskę. Nie przestając się dotykać, zdjęła stanik. Dobrze mieć rację. Jej cycki były anatomicznym kunsztem. Nie za duże, nie za bardzo sterczące, w sam raz. Ekstra. Powoli podeszła do mnie i zaczęła tańczyć niecały centymetr od moich kolan. Widząc moje zbliżające się ręce, delikatnie dała mi po łapach. Obróciła się tyłem. Widząc jej wirującą dupcię, nie mogłem się powstrzymać i zanurkowałem miedzy jej pośladkami, czułem na nosie materiał jej majtek. Odwróciła się i pogroziła palcem.

- Jeszcze nie.

Jej plas trwał jeszcze kilka chwil, nie wiem ile konkretnie. Nie zauważyłem też, kiedy zsunął mi się ręcznik, którym byłem owinięty. Uzmysłowiła mi to diva, która co jakiś czas, niby niechcący  trącała sterczący korzeń.

- Wstań. – Zaciekawiony, co będzie dalej, podniosłem się z łóżka. Zamieniliśmy się miejscami. Teraz ja stałem, a ona siedziała. Sięgnęła pod poduszkę, jej ręka powróciła z małym kwadratowym sreberkiem. Niespiesznie, rozerwała opakowanie i wyciągnęła prezerwatywę. Spokojnie nakładała na mój nabrzmiały organ. Fiut powoli zniknął w jej ustach, jej głowa wykonywała minimalne ruchy, ale usta sprawiły, że musiałem stawić czoło (no może niekoniecznie czoło) nowej fali doznań. Przestała.

- Chcesz mnie zerżnąć, czy… – T.. – chciałem odpowiedzieć – czy chcesz się ze mną kochać – dokończyła pytanie.

- Kochać – odpowiedziałem. – Zalotnie podniosła brwi – zerżnąć – poprawiłem się. Zaśmiała się. Zorientowałem się, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, nie w tym miejscu, nie w tym czasie. Podsunęła się na brzeg łóżka, uniosła nogi i ściągnęła majtki. Chciałem rzucić się na jej cipkę, chciałem ją pożreć. – My my – pokręciła przecząco głową. Uniosła nogi i wyprostowała je, tak, że tworzyły literę V. Wszedłem w nią. Moje ruchy, początkowo chaotyczne, z czasem stały się miarowe niczym krok janczarów. Było po prostu nieziemsko. Oddech blondynki stawał się głębszy, głośniejszy. Kiedy na chwilę się zatrzymałem, wysoka dziewoja, sprawnie wysunęła mojego fiuta z siebie i odwróciła się na brzuch. Teraz od pasa w górę leżała na łóżku, a jej nagi swobodnie opadały na podłogę. Wszedłem w nią od tyłu. Teraz zacząłem spokojnie, miarowo, ale każda minuta, naszego stosunku, pchała mnie w stronę chaosu. Moje ruchy coraz szybsze, coraz bardziej chaotyczne, pełne ekspresji, pasji. Oddech blondyny zamienił się w pojękiwanie. Przez moment, nasz akt tak nas pochłonął, że odeszło w zapomnienie, gdzie jesteśmy, że każde z nas ma swoją rolę, dziwki i klienta. Liczyło się tylko, co było w chwili obecnej – ładunek doznań, który nieuchronnie musiał wybuchnąć. Nasze wyprostowane ręce złączyły się, uścisnąłem jej dłoń, oddała uścisk. Fala ekstazy nadciągała, nic nie mogło jej powstrzymać. Doszliśmy razem w akompaniamencie naszych urwanych krzyków. Poczułem jej skurcze na swoim kutasie. Kiedy wstrząsnął nami ostatni dreszcz. Przywarliśmy do siebie. Pocałowałem ją w miejsce, gdzie szyja przechodzi w ramiona. Powoli uniosłem się i z niej wyszedłem. Spojrzałem na mojego najwierniejszego przyjaciela i nie wiedziałem co powiedzieć. Z mojego fiuta zwisał strzęp lateksu. Condom pękł. Diva odwróciła się i zobaczyłem przerażenie na jej twarzy. Usiadła okrakiem i zobaczyłem resztki mojego nasienia wypływającego z jej pochwy.

- O Jezu, o nie. – Jej głos zaczął się łamać. Zaczęła pochlipywać.

- Jak to się stało? – Mój głos, może się nie łamał, ale też byłem spanikowany. Pierwszy raz w życiu pękła mi prezerwatywa i to jeszcze w takiej sytuacji. Owładnęły mną tysiące czarnych scenariuszy. Nie wiedziałem co zrobić. Chciałem stąd jak najszybciej uciec.

- Fuck, lałeś we nie i nie czułeś? – Wyrzut w głosie dziwki, dolał oliwy do ognia.

- I co teraz? Czy za to jest jakaś dopłata? – Nie wiem czemu, ale pomyślałem o scenie z „Poranku kojota” Inie zmroziło. Szybko się ubrałem i zacząłem nerwowo chodzić po pokoju, zerknąłem na okno, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie jest wysoko, w razie czego – pomyślałem.

- Co? Nie. Ale..Boże. Nie jesteś na nic chory?

- Nie.

Na chwile zapadło milczenie. Oboje dokończyliśmy ubieranie.

- Czy z powodu tego wypadku będziesz miała jakieś nieprzyjemności? – Nie wiedziałem co powiedzieć, było mi jej szkoda, siebie mi było szkoda. Nieciekawa sytuacja.

- Nie, mamy okresowe badania, jeśli którejś wyjdzie coś nie tak, to musi odejść. Jeśli pojawiłaby się ciąża, dostajesz adres lekarza i tyle. Na pewno nic nie masz?

- Na pewno.

Okazało się, że to jej pierwszy tydzień w pracy. To tłumaczyło dlaczego jej zachowanie sprawiało wrażenie nakładania maski. Wymiana kilku zdań, otworzyło między nami pewne wrota, zaczęliśmy rozmowę. Jedyną w swoim rodzaju. Coś więcej niż rozmowa przyjacielska, coś więcej niż wizyta u terapeuty, czy spowiedź. Ktoś, kiedyś powiedział, że to u dziwki mają miejsce najbardziej szczere i terapeutyczne rozmowy, to prawda. Opowiedziała mi o sobie, jak trafiła tu za pośrednictwem koleżanki, że jej się jak na razie podoba, że rzuciła policealną szkołę farmaceutyczną. Ja opowiedziałem jej o tym, że zaczynam studia, że jestem zakochany w koleżance z liceum i w związku z tym jestem nieco bezradny. Dziwne, ale była pierwszą i jedyną osobą, której przyznałem się do mojej bezradności uczuciowej, przyznałem się do tego, że tak w głębi serca boję się, tego, że zostanę odtrącany. Jej diagnoza była wygłoszona ciepłym przyjacielskim głosem, ale nie brzmiała dla mnie pocieszająco. Udzieliła mi wtedy lekcji, prawdziwej i przydatnej, choć wtedy ją zanegowałem.

- Jeśli dziewczyna nic do ciebie nie czuje, to nie będziecie razem i nic na to nie poradzisz. Musisz się z tym pogodzić. – Jej spojrzenie było koleżeńskie, nie było w niej nic z profesjonalnej kochanki. Powiedziała to tak po prostu, ot koleżeńska rada.

Przyznałem się jej, że tak naprawdę nie wiem, co tutaj robię, dlaczego, akurat ja mam bzika na punkcie burdelowa, dlaczego to wszystko tak wygląda. Dla mojej rozmówczyni sytuacja była prosta, moje zafascynowanie burdelowem, było moją pokrętną drogą na znalezienie miłości.

- Zaczynasz studia, wiem, że jesteś zakochany w tej dziewczynie z liceum, ale zobaczysz, poznasz dziewczynę, w której się zakochasz równie mocno i wtedy nie będziesz chciał odwiedzać agencji.

Nie wiem ile rozmawialiśmy, dziesięć, może piętnaście minut. Stukanie do drzwi było sygnałem, że już czas.

Oboje wstaliśmy, coś się zmieniło. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Zbliżyła się do mnie pocałowała mnie w policzek.

- Było mi z tobą dobrze. Pa

- Cześć

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, musiałem ochłonąć. Do mieszkania miałem spory kawałek, ale nie brałem taksówki. Nie przerażała mnie już nieciekawa okolica. To był jeden z tych momentów w życiu, gdzie czujesz, że nic nie może się stać. Jakbyś był w magicznej mydlanej bańce, która chroni. Dodtarłem do mieszkania sporo po północy.

- Dopierdolą ci na mieście i tak rozpoczniesz studiowanie. – Misza okazał mi swoją troskę.

Za jakieś dwa tygodnie spotkałem chłopaków.

- I jak byłeś? – To pytanie było pierwsze.

- Byłem – odparłem tak po prostu

- Taa, byłeś – drwiąca mina Lukiego nie zrobiła na mnie wrażenia. – Wziął numer, żeby przyszanować, jakie ma kontakty w mieście.

Nic nie odpowiedziałem, uśmiechnąłem się tylko. Wiedziałem, że jesteśmy z różnych planet i nic tego nie zmieni.

Co do licealnej miłości, miała rację:

link

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo