RSS
 

Jak to się wszystko zaczęło cz. 2

20 lip

Następny poranek niczym się nie wyróżniał. Szaro za oknem, zimno, zwyczajna jak na tę porę roku atmosfera. Po przebudzeniu usiadłem na łóżku i spojrzałem w stronę swojej sterczące fujary. Żadna poważna myśl nie przyszła mi do głowy. Przeciwnie. Wydarzenia ostatniego wieczoru wydawały się być zupełnie zwyczajne. Tak po prostu miało być. Arabowie mawiają „mektub”, tak zapisano. Czy faktycznie? Wszystko we wszechświecie ułożyło się tak, że osiemnastolatek poszedł do burdelu. W skali wszechświata, to zapewne nic nie znaczący fakt. Dla mnie samego to wydarzenie z pewnością istotne, ale nie mające znamion czegoś nadzwyczajnego. Przypuszczam, że miniony wieczór w największej skali zostałby odebrany w najbliższym otoczeniu. Tak już jest, często to nasze otoczenie w dwójnasób odbiera wydarzenia, które nas dotyczą.

W szkole porozmawiałem o tym z najlepszym, na owe czasy kumplem. Słuchał z zaciekawieniem. W jego oczach dostrzegalne niedowierzanie i chyba zazdrość.

- Nie czujesz się silniejszy, wyższy, mocniejszy? – Dopytywał z nutką ironii.

- Chyba nie. – Tak na prawdę nie wiem, co czułem.

Reszta pieniędzy, ukryta w szufladzie biurka, czekała na dalsze wydatki. Jak przystało na niebieską, który nie śmierdział groszem, pomysłów, jak wydać te pieniądze miałem aż nadto. Przyszło mi do głowy, że wystarczyłoby na jeszcze jedną wizytę w magicznym miejscu. Szybko ją odrzuciłem. To miał być jednorazowy epizod, żeby sprawdzić, co tam jest.

Nigdy niepostawiłem sobie pytania, jak to się stało, że kilka dni później znowu znalazłem sie przy automatach. Mektub. Po szkole uda!em się na małe zakupy. Stąd był już tylko jeden, krok do małomiasteczkowa jaskini hazardu. Znowu stałem w niebieskich smugach papierosowego dymu. Przede mną stała kolorowa maszyna, wydająca wesołe dźwięki, która co chwilę połykała złote, lekko zabrudzone żetony. Grałem ponad godzinę. Wsunąłem żeton i stuknąłem palcem w duży, kwadratowy przycisk. Przed moimi oczami zawirowały symbole owoców. Ich konfiguracja, po zatrzymaniu spowodowała, że maszyna wydała z siebie charakterystyczny dźwięk naliczania punktów. Znowu wygrałem. Mniej, połowę ostatniej wygranej, ale zawsze coś.

- Znowu zanajmniejszą stawkę. Jesteś chłopcze głupi jak but. – Obejrzałem się, za mną stał ten sam wąsaty Janusz, co ostatnio. No nie. Zignorowalem go. Odebrałem swoją wygraną i wyszedłem. Naładowany radosnym, energetycznym kopem, wracałem do domu.

Jeśli chodzi o automaty, to dwie wygrane pod rząd sprawiły, że zacząłem myśleć o sobie, jak o zawodowym graczu. Każdy chce mieć szmalec. A jeszcze bardziej, łatwy Szmal. Nie ma w tym nic złego. Rok wcześniej próbowałem szczęścia w zakładach bukmacherskich, bezskutecznie. Nie byłem fanem sportu, to zakłady mnie mało interesowały. Tu jednak było inaczej. Kolorowe, brzęczące maszyny były ubogą, ale zawsze namiastką prawdziwych kasyn.To wciagało. Kolejnym razem znowu wygrałem, już dużo mniej, ale wygrałem. Kolejne wizyty, to już były przegrane. Za małe kwoty, ale przegrane. Ostatecznie rachunek wyszedł na zero. Po pewnym czasie frajda z maszyn po prostu minęła. Jakoś nie miałem dużej słabości do hazardu. Powoli zamierzałem w stronę innej słabości, której szpony były o wiele bardziej rozległe i co ważne, o wiele bardziej zdradliwe. Ta nowa kraina, niczym rozłożone nogi, rozpalonej pieszczotami kobiety, zachęcała do wejścia, obiecując nieskończoność doznań.

Kolejna zagadka tego dnia. Jakim cudem, wieczorem znalazłem się na podwórzu podmiejskiej posesji?

Kiedy pokonywałem kilka metrów od zaparkowanego samochodu, do betlnowego stopnia przy wejściowych drzwiach. Czułem energię, czułem adrenalinę. Czułem te wszystkie uczucia, które czułem tu za pierwszym razem. Tylko mieszanka strachu i ciekawości gdzieś uleciała. Coś we mnie powodowało, że czułem się tu, jak u siebie. Przycisk dzwonka przy drzwiach nacisnąłem bez wahania, za to z radosnym oczekiwaniem tego, co czeka mnie za drzwiami. Otworzyła ta sama kobieta, co kilka dni temu. Właściwie wszystko odbywało się, jak za pierwszym razem. Zamówiłem colę i usiadłem przy stoliku. Przy barze siedziały trzy divy. Kraglejsza blondi, moja ostatnia, szczuplutka jasna szatynka w charakterystycznych okularach, których szkła zdawały się być fioletowe i wysoką, postawna brunetka o stanowczym spojrzeniu. Nie wiem skąd wziąłem tę zasadę, ale po prostu pojawiła się w mojej świadomości. Każda cipka tylko raz. Tym sposobem skupilem się na brunetce i szatynce. Z blondi było dobrze i przyjemnie, ale …to już było. Poczułem lekkie zakłopotanie, bo pomyślałem, że jeśli mnie zapamiętała i podejdzie do mnie, to głupio będzie nie wziąć jej na górę. Nie chciałem jej urazić. Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Przyszli kolejni goście. Blondi i brunetka, zabrały się z nimi. Niespodziewanie łysy homo sterydus, który siedział przy barze, podniósł się z barkowego stołka i skierował się w moją stronę. W głowie pojawiło się kilka nieprzyjemnych myśli. Przestałem się czuć jak u siebie, poczułem coś przypominającego zdenerwowanie.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Burdelowo

 

Tags:

Dodaj komentarz