RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2016

Iza; zamiast niedzielnego rosołu

24 gru

W studenckich mieszkaniach, dniem postawionym na głowie jest niedziela. To postawienie polega na tym, że studencka niedziela, przebiega inaczej, niż niedziela w domach, powiedzmy, zwyczajnych. Najpierw wstają rodzice, poranna toaleta, śniadanko. Później wstają dzieci. Jeśli nieco starsze, to odsypiają gorączkę sobotniej nocy. Młodsze, odpoczywają od szkolnych trudów. W konserwatywnych rodzinach, zalicza się niedzielny kościół, i każdy chciwie łapie ostatnie wolne chwile wolnego czasu. Gdzieniegdzie pojawia się niedzielny obiad u dziadków. To  zjawisko, nazwałbym polską niedzielą. Inaczej jest w  mieszkaniach studenckich. Największą różnicą jest to, że nikt nie powiedział, że niedziela jest jedynym dniem wolnym. Bo w wielu przypadkach, wolne może być jeszcze trzy następne dni. I to powoduje, że nikt nie przestrzega niedzielnego rytuału. Niektórzy, chwiejnym krokiem wracają, mijając idące na msze babcie. Inni budzą się i właśnie otwierają poranne piwo. Ktoś uśmiechnięty wraca, bo zawarł i skonsumował sobotnią znajomość. Scenariusze są różne.

Ja nie jestem tu wyjątkiem. Też postawiłem na głowie porządek społeczny. Leniwie się przeciągnąłem. Sobotni wieczór przeminął bez uniesień. Kino z Karoliną, później impreza z chłopakami. Kapitan Planeta chciał pokazać się z nową panną. Z Renatą, która była cudownie nieletnia i tym samym pociągająca, przynajmniej dla Kapitana. O dziwo, skończyło się kulturalnie i bez żadnej draki.

Rozglądam się po pokoju i leżę, po prostu leżę. Nie wstydzę przyznać się do tego, że jestem leniem. W ciągu godziny umyłem się i ubrałem. Kilka skibek chleba z szynką i serem wystarczyło na śniadanie. Mijam na przedpokoju Miszę, który wrócił z marketu z porcją rosołową, bukietem warzyw i kilkoma drobiazgami. Chociaż on zachowywał pozory normalności.

- Jesz obiad? – Misza, mimo opinii twardziela i lubiącego burdy zadymiarza, był dobrym człowiekiem i dobrym  kolegą.

- No, mogę się załapać.

- To pomagasz mi, nie ma kurwa, opierdalania.

- No, ok.

W sumie, nic nie mam do roboty. Siedzimy w kuchni, wszystko przygotowujemy. Rozmawiamy o wszystkim i niczym, Głównie o dziewczynach, seksie i układach towarzyskich. Tak już jest, pewne tematy nie nudzą się nigdy. Po prostu. Zanim się zorientowałem, prawie przygotowaliśmy obiad. Pozostał do zrobienia kurczak. Z tego Misza mnie zwolnił. Zawsze on przygotowywał kurczaka, według swojego tajnego przepisu i trzeba przyznać kurczak był świetny. Wiedział o tym i mimo, że zawsze pomstował, że nie będzie karmił darmozjadów, to wszyscy wiedzieliśmy, że lubił robić kurczaka. Lubił też, jak każdy kucharz, widzieć, że smakuje. W miarę, jak po mieszkaniu rozchodzi się zapach jedzenia. Zaczyna mnie ssać. Głód, ale nie głód wywołany pustką w żołądku. Głód za czymś niezidentyfikowanym. Ssanie, które tak dobrze znam, a jednocześnie nic o nim nie wiem, w pewnym sensie jestem przed nim bezbronny. Ubieram się.

-A ty gdzie? – Misza z kawałkiem skóry z kurczaka w ręku, wygląda nieco komicznie.

- Skoczę po fajki.

- U mnie leżą, bierz, jak chcesz.

Kręcę głową, na znak, że nie. Nie pyta, on wie, że lubię wychodzić. Niecałą minutę później jestem na klatce schodowej. Zbiegam po schodach. Ciepły miesiąc, ciepły, ale nie gorący. Chodzę po mieście, kupiłem papierosy i tak naprawdę nie wiem co dalej robić. Powinienem wrócić do mieszkania i zjeść obiad, ale nie robię tego. Chcę czegoś. Chyba najprościej byłoby powiedzieć: „baby mi się chce”, ale czy tak jest do końca? Telefon w kieszeni zaczyna przypominać rozżarzony węgiel. Myśli, niczym poboczne strumyki, tworzą jeden, główny nurt. Forum, Strona, nowe cipki, cycki, nowe doznania. Iza, młoda gruba dziwka. Czytałem, recenzje Szwagrów, krótka: dla amatorów rubensowskich kształtów. To coś nowego. Nigdy nie dymałem naprawdę grubej laski.

To, co się dzieje w następnych minutach, jest poza mną. Krótka rozmowa przez telefon. Adres, cena. Krótko i na temat. Działam na autopilocie, niczym przyciągany magnesem zmierzam w kierunku nowych doznań. Bo nie ma czegoś takiego jak uczucia, są tylko doznania. Jednocześnie, jakaś część, głęboko we mnie, mówi mi, że czegoś szukam.

Pukam delikatnie trzy razy. To nie żaden kod, po prostu tak zapukałem. Jedna z zasad w tym świecie głosi, że nie można za głośno wchodzić na mieszkaniówkę, bo nadmiar hałasów może zdenerwować sąsiadów, a tego byśmy nie chcieli. Otwiera mi jakaś postać, w ciemnym przedpokoju. Wchodzę. Już wiedzę, gdzie mam się udać. Pokój, drugi po lewej. Drugie piętro, w mieszkaniu naliczyłem cztery pokoje. Kolejna masówka. To by tłumaczyło, dlaczego otwarte w niedzielę. Nie każda kurewka przyjmuje w niedzielę. Jeśli jakaś diva ma odpowiednią pozycję, czyli pracuje sama na mieszkaniu, to często bywa tak, że wyznacza sobie godziny pracy i na ten przykład weekendy ma wolne. Nie trzeba tu wcale nie wiadomo jakiej pozycji w piramidzie, wystarczy robić swoje. W niedzielę i święta przyjmują dwie kategorie prostytutek. Pierwsza, to stare kurwy, które dosłownie przepierdoliły życie. Nie ma mają rodzin, mają tylko świat, w którym wszyscy się kręcimy. Kolejna kategoria, to masówki, czyli mieszkania, gdzie przyjmuje kilka dziewczyn. Takie, miejsca pracują często niemal dwadzieścia cztery godziny. Zawsze ktoś tam jest. Jak wyznała mi kiedyś pewna diva, rodzinie mówi, ze pracuje w przemyśle – kontroli jakości, dlatego czasem chodzi na noce. Cyrk.

Wchodzę do pokoju. Łóżko, jakaś wykładzina na podłodze, stare meble przy ścianie. Standard. Iza jest młodą dziewczyną, na oko dwadzieścia sześć, maks dwadzieścia osiem lat. Jest gruba. Okrągła twarz i zwalista figura, czynią z niej umiarkowany towar, albo deficytowy towar. Chwila rozmowy. Rozmowa nie bardzo nam wychodzi. Powoli się rozbieram. Diva poszła się przygotować. Powraca po kilku minutach, które wystarczyły, żebym stwardniał. Kładziemy się na łóżku. Jej cyce i brzuch rozlewają się. Nie bardzo wiem, co z tym zjawiskiem zrobić, to na razie tylko miętoszę i ugniatam wielkie cyce. Ona leży na plecach, nic nie mówi. Ja macam ją po całym ciele, niczym archeolog, doskonale zachowanego mamuta. Pyta, czy już założyć gumę. Potwierdzam, jednocześnie, w głowie rodzi mi się pytanie, jak pokonam przeszkodę w postaci jej dużego brzucha. Przypominam sobie powiedzonko: „wejść za trzecią falą”, wszystko wskazuje na to, że ja też będę musiał wejść za trzecią falą. To wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zauważa to Iza, nasze spojrzenia spotykają się. Nieoczekiwanie na jej twarze również pojawia się uśmiech. Nie jest to uśmiech przesycony rutyną, ani wymuszony. Jest pogodny i miły. Nie wiem, co o tym sądzić. Podobno grube dziewczyny mają bardziej pogodne oblicze od szczupłych koleżanek, ale ja nie do końca się z tym zgodzę. Guma idealnie przylega do mojego przyjaciela. Diva odwraca się tyłem. Wypina monstrualny zad i spiera się na łokciach. Rękami rozchylam tłuste uda. Jej cipa jest duża, sprawia wrażenie wielkiej sakwy. Kilka razy pocieram ją palcami. W końcu kieruję kutasa. Przyjemne ciepło otula mojego kija. Zaczynam posuwać, równomiernie. Olbrzymie zwały tłuszczu przede mną poddają się rytmicznym pchnięciom. Moje ruchy stopniowo stają się szybsze i bardziej sprężyste. W końcu szybkim zdecydowanym pchnięciem dobijam do końca, bo słyszę jęknięcie. Dalsze pchnięcia, nieco lżejsze, ale równie szybsze. Zwalniam. Ręce z bioder wędrują na jej plecy i pośladki. Gładzę ją, jednocześnie, powoli penetrując. Po kilku, może kilkunastu minutach czuję, że niebawem trysnę. Łapię za szerokie biodra i dobijam do końca raz, drugi, trzeci, kolejny. Słyszę lekkie sapanie i pojękiwanie. Dochodzę, jeszcze raz dobijam do końca. Wyjmuję fiuta. Idę go opłukać. Kilka słów pożegnania i już mnie nie ma. Kiedy idę wolnym krokiem, dostaję sms: „Nie masz już jedzenia, był Mareczek i Kamil” – Misza. „Ok.” – odpisuję. Wchodzę do najbliższego fastfooda, zamawiam paszę. Jest w tym pewna symbolika. Prawdziwe, domowe jedzenie zamieniłem na śmieciową papkę. Znów odzywa się ssanie. Poszukiwanie czegoś. Prawdziwej miłości, innego scenariusza na życie? Nie wiem, wiem, że burdelowo, nie jest odpowiedzią, już nie. Więc co jest?

To pytanie dręczyło mnie jakiś czas.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

W labiryncie burdelowa cz. I

19 gru

Cała niecodzienność płatnego seksu przestała istnieć. Stała się częścią codziennego życia. Jak papierosy, jak piwo, jak lektura porannej prasy. Po prostu. Burdelowo stało się częścią mnie, ja częścią burdelowa. Po każdej albo prawie każdej wizycie siadałem na Forum i pisałem. Opinie, recenzje, przestrogi. Dzieliłem  się doświadczeniem i przeżyciami. Nie byłem już anonimowym klikaczem, stałem się częścią społeczności.

Na forum pojawił się wpis. Alfowie* rzucili ruskie dziwki.

Masza

Tak ją nazwałem. Był jesienny wieczór, sam nie wiem, jaki miesiąc, jaki rok. Miałem iść na mecz. To były czasy, kiedy kibicowało się koszykarzom, siatkarkom, każdemu. Naszym. Umówiony byłem z chłopakami. Mieliśmy się spotkać pół godziny przed meczem. Piwko, może dwa i na mecz. Wiadomość o nowych obiektach przyćmiła jednak, wszystko. Miałem zamiar iść na mecz, ale przed meczem musiałem zahaczyć o jeszcze jedno miejsce. Scenariusz znany do bólu. Strona, Forum, numer komórki. Od hali sportowej dzieliło mnie nie więcej niż pięćset metrów. Moja droga na mecz wyniosła trzy kilometry. Numer telefonu, który posiadałem w kieszeni palił. Wiedziałem, że wykorzystam go, nie mogło być inaczej. W słuchawce usłyszałem adres. Nigdy tam nie byłem, coś nowego. Zabawa z lat harcerskich wciąż sprawiała radość. Poszukiwanie bloku z numerem, który usłyszałem. Nigdy mnie to nie znudziło, ani nie zmęczyło. Szarówka szybko zamieniła się w wieczór. Po ciemku, coraz trudniej dostrzec numer. Jest. Znalazłem ulicę. O cholera! Jestem o kilkanaście numerów za daleko. Zaczyna być chłodno. Kurtka, którą nosiłem od końcówki sierpnia, już nie chroni przed zimnem. Pojawia się myśl: może zrezygnować? Wziąć taksówkę, jechać do chłopaków na mecz. Nie. Zdecydowanie nie. Jeszcze tylko pięć numerów. Skoro tyle już zainwestowałem, nie można zrezygnować. Pewnie hazardzista, przy stole o suknie w kolorze ciemnej zielni myśli to samo. Skoro tyle przegrałem, tj. zainwestowałem, to trzeba grać do końca. W końcu, kto gra grubo, wygrać musi. Metr, za metrem, posuwam się do przodu. Dotarłem. Pięciopiętrowy blok wzdłuż ulicy. Szara bryła w pomarańczowych barwach ulicznych latarni. Chciałbym napisać, że wyglądało ponuro, strasznie. Nie wyglądało. Gdzieś tam, na tej ulicy, zrozumiałem, że dzień nie jest dla takich jak ja. Taka pora, taka sceneria, to coś, na co się zdecydowałem. Dobrze się tam czułem, . Wyglądało to wszystko banalnie. Banalnie, podobnie, jak szukanie odpowiedniej klatki. Dociśnięcie, palcem przycisku domofonu, odliczenie odpowiedniej kwoty, na klatce schodowej. Banał.

W drzwiach, przywitała mnie ciemnowłosa kobieta tuż po trzydziestce. Sympatyczna, z rosyjskim akcentem, który dodawał jej uroku. Kiedy zaprosiła mnie do pokoju, ujrzałem segment, bardzo podobny, jaki miała moja babcia. Nie wiem, dlaczego o tym akurat pomyślałem, jakoś tak wyszło. Dałem jej pieniądze, zdążyłem dowiedzieć się, że ma na imię Masza i zaraz wróci, tylko się odświeży. Kiedy powoli zacząłem się rozbierać, głęboko odetchnąłem. Ta chwila oczekiwania. To czekanie, w tym obcym pokoju, gdzie wszystko jest obce, na najbardziej intymny akt, jaki może zaistnieć między ludźmi. Co więcej, po tym jak wyjdę, najprawdopodobniej nigdy tu nie wrócę. Totalna obojętność, w połączeniu z czymś tak intymnym jak seks, nie może być normalna. Może nie było to normalne, ale cholernie wciągające. Jakie to jest zajebiste – pomyślałem. Po trzech minutach wróciła moja dzisiejsza szparka. Owinięta marchewkowym ręcznikiem. Podeszła, rozścieliła prześcieradło na łóżku. Posłała mi ciepły uśmiech i zdjęła ręcznik. Oboje podeszliśmy do łóżka. Bez słowa, zacząłem całować jej szyję, moje ręce błądziły po jej ciele. Gładkim, miłym, niepozbawionym zmysłowych krągłości. Pojęcie MILF nie zostało wymyślone bez kozery. Kiedy moje usta zbliżają się do jej cycków, kładzie się na łóżku. Zachowujemy się, jak para kochanków. Jej ręka przyjemnie drażni moje genitalia. Delikatnie przygryzam sutek, głaszcząc ręką jej udo. Kiedy moja ręka znalazła się w niewielkim zagajniku na jej łonie, delikatnie poruszyła się. Zagłębiam rękę w między jej wargi. Środkowy palec, kieruję w dół.

- Paluszki niet. – Słyszę. Przperaszający uśmiech i przyjemne głaskanie po klatce i brzuchu ma mi wynagrodzić – jak rozumiem – postawioną granicę. Przerywamy pieszczoty. Klękam przy jej głowie. Sztywny fiut, sam się prosi o opiekę jej ust. Masza unosi się na łokciu i zaczyna obrabiać. Spokojnie, odnoszę wrażenie, że robi to z sercem. Gładzę ją po boku. Patrzę na jej ciało. Z pewnością nie jest oszałamiającą pięknością, ale nie jest też nieatrakcyjna. Pewnie nie dałoby się przejść na ulicy, nie zwracając na nią uwagi. Ładna, tak jest ładna. Ten przymiotnik, najlepiej opisuję tę ruską druciarę. Odsuwam się, lodzik jest przyjemny, ale ja lubię cipkę, zwłaszcza wschodnią, takiej jeszcze nie próbowałem. Mówię jej, żeby rozłożyła nogi, bo chcę ją wylizać. Rozkłada nogi. Kiedy moja głowa znajduje się między jej udami, słyszę znowu: „paluszkiem niet”. Przez dobrych kilka minut wylizuję jej cipkę. W końcu proszę, żeby założyła gumę. Wchodzę spokojnie, klasycznie. Nasze ciała współpracują równomiernie. Dla kogoś z boku moglibyśmy wyglądać niczym para kochanków. Ja widzę różnicę. Widzę różnicę w jej oczach, są nieobecne. Jej usta, lekko uśmiechnięte, ale oczami jest daleko. Proszę, żeby się odwróciła. Biorę ją od tyłu, też spokojnie. Dopiero po kilku minutach przyspieszam. Dochodzę. Delikatnie wychodzę. Dostaję nawilżoną chusteczkę. Znamy oboje procedury w tym biznesie.

Kiedy jestem już na ulicy. Wszystko wygląda tak samo, ale jednak inaczej. Kolor bijący z ulicznych lamp jest bardziej żywy. Powietrze bardziej rześkie. Niczym wampir, nasyciwszy żądzę, zupełnie inaczej odbieram bodźce ze świata. Na mecz docieram spóźniony.

Ewa

Ewa, to banał. Kiedyś zdecydowałem się dorobić na budowie, w wakacje. I z nudów wykręciłem numer. Kiedy dotarłem po pracy, pod wskazany adres, w drzwiach ukazała się farbowana blondynka w okularach. Nie pamiętam nawet seksu, wiem tylko, że odwiedziłem ją kilka razy. Po prostu, nic innego nie miałem pomysłu na inne zajęcie.

Brunetka

Nie wiem jak miała na imię. Była jedną z pierwszych, jeśli tak można powiedzieć. Szczupła, ciemnowłosa. Rysy twarzy zdradzały, że jest kobietą z charakterem. Niewielkie cycki, z gatunków tych, które od zawsze są lekko oklapnięte. Lubiłem atmosferę, jaka panowała podczas spotkań. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłem, byłem pobudzony tym alternatywnym światem płatnych doznań. Kiedy otworzyła mi drzwi, zaprosiła do środka, byłem lekko zdenerwowany. Zawsze typ szczupłych kobiet, o zaciętym wyrazie twarzy budził we mnie pewną obawę. Jednak seks, wypłukał ze mnie obawy. Kiedy wyszedłem z łazienki, owinięty ręcznikiem, poprosiła, żebym usiadł i poczekał. Wtedy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego cudownego napięcia, kiedy słyszałem za ścianą strumienie wody. Właściwie, cały czas byłem napięty. Wtedy. Wróciła owinięta ręcznikiem. Jej miejscem pracy była kanapa. Była pierwszą, dziwką, która jawnie przyznawała się, że lubi palce w cipce. Była swobodna i sprawiała wrażenie szczerej. Była typem kumpeli i to było czymś, co w tym świecie spotyka się baaardzo rzadko. Kiedyś podczas naszego seansu, kiedy już doszedłem, zadzwonił telefon. Ale nie ten na stoliku, służbowy. Drugi, w torebce, prywatny. Odebrała. Jak gdyby nigdy nic, rozmawiała o prezencie dla ojca. Siedziałem blisko niej. Ręką przejechałem po udzie i zanurkowałem w jej szparce. Rozłożyła szerzej nogi. Kiedy skończyła rozmowę, dowiedziałem się, że rozmawiała z siostrą, odnośnie prezentu urodzinowego dla ojca. Jeszcze raz powtórzyliśmy miłe rypanko. Odniosłem wrażenie, że lubi moje wizyty.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Cichodajka (smak patologii cz. II)

14 gru

Szybka rozmowa, co gdzie i za ile. Odpowiedź na pytanie „gdzie?” Bezcenna. Hotel, tu i tu. Ojoj, pomyślałem. Nazwanie hotelem, obskurnego robotniczego motelu, to zdecydowanie przegięcie. Byłem tam dawno, dawno temu. Koleżanka z technikum przeprowadziła się tam, do poznanego na meczu robotnika. Jej rodzina i nauczyciele nie byli zachwyceni, ale my, młodzi gniewni, niepokorni Julkę wspieraliśmy i często tam bywaliśmy.

Najlepsze, diva zostawiła na koniec.

- Kup po drodze prezerwatywy, bo ja nie mam. – Zatkało mnie. Po raz pierwszy od kilku długich miesięcy zatkało mnie. Niewątpliwie to było coś nowego. Zdobyłem się tylko na krótkie „ok.” Przejazd po mieście zajął mi nie dłużej niż kwadrans. Po drodze, zatrzymałem się przy kiosku. Poprosiłem tanie „NewCaress”. Zawsze lubiłem moment kupna prezerwatyw. Najprawdopodobniej każdy chłopiec na tej planecie, no może z wyjątkiem Afryki, poznaje termin „prezerwatywa” różnie na „to” mówią. Guma, kalosz, condom, ubranko robotnicze, etc. etc. Pojawia się moment w życiu faceta, bardzo młodego faceta, kiedy kupuje pierwsze opakowanie i …. Nie bardzo wie, co z tym zrobić. No, ale wyobraźnia chłopców nie ma granic, toteż, zastosowanie gumiaków jest najróżniejsze. Klamki, ręce, proca na skoble, bomby wodne, a to nie wszystko. Moda, na zakładanie gumy na klamki minęła, kiedy kolegę sąsiad przyłapał na rozwijaniu bananowej prezerwatywy na swoją klamkę.

Kolejny etap, to kupowanie prezerwatyw, „bo coś może być”. Ten etap jest jeszcze bardziej komiczny, niż pierwszy. Najczęściej to „coś”, to utrata terminu ważności w portfelu pryszczatego jebaki. Będąc na akademickiej imprezie zobaczyłem gumkę w wytartym opakowaniu i usłyszałem o podpitego kolesia: „od liceum”. Nigdy się nie dowiedziałem, czy to był sentyment, czy po prostu nigdy nie bzykał. Ja nie miałem tych problemów. Dlatego lubiłem ten moment zakupu condomów. To o czymś świadczyło. O drodze sukcesu, jaką przebyłem. Od inteligentnego dziwaka w szkole średniej, do prawdziwego okurwieńca, kilka lat później. Miałem dziewczynę, popychałem na boku inną, a oprócz tego bzykałem kurwy. Byłem, doprawdy, degeneratem. I wiecie co? Napawało mnie to dumą.

No, ale wszystko ma swoje granice. Nawet ja nie kupowałem prezerwatyw kurwie. Coś nieprawdopodobnego.

Zaparkowałem pod obskurnym peerelowskim obiektem. Motel robotniczy, stojący na równi z blokiem socjalnym. Ponownie dzwonię. Słyszę numer pokoju, czwarte piętro. Wnętrze motelu jest przygnębiające. Zielonoszare ściany, wręcz muszą przypominać lokatorom, że chyba, gdzieś przegrali. Czapkę zimową naciągam na głowę, głęboko. Rozglądam się dyskretnie. Żółta firanka częściowo zasłania śpiącego recepcjonistę. Mijam go szybko i wchodzę na klatkę schodową. Brudna klatka, stalowy kolor barierek i odrapane ściany. Wszystko sprawia, że mimo iż idę do góry odnoszę wrażenie, jakbym schodził w dół, gdzieś w przytłaczającą otchłań. Na szczęście włączył się autopilot i mknę przed siebie. Dotarłem na właściwe piętro. Patrzę na granatowe numery, które ktoś niestaranie, szablonowo namalował na drzwiach. Pierwszy od numer, jest dosyć odległy od docelowego. Powoli przemierzam korytarz, w stronę zakurzeni szyby czołowego okna. Stary rower, wózek dziecięcy, duże kawałki tapety, ubrudzone buty. Nieciekawa sceneria. Doszedłem do numeru, za którym miałem ujrzeć kolejną odsłonę burdelowa. Nie zdążyłem zapukać po raz drugi, kiedy zdarzenia same się potoczyły. Najpierw ujadanie psa. Nie szczekanie, ale ujadanie. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy motelu wyskoczą, jak oparzeni ze swoich pokoi. Przez głowę, lotem błyskawicy przemknęła mi myśl: „zwiewaj”. Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi i instynktownie wszedłem do środka. Mały pokoik z aneksem kuchennym . Tanie, jednoosobowe łóżko na pierwszym planie, jakieś akademickie meble. Obraz nędzy i rozpaczy. Spojrzałem w lewo. W aneksie stał pies, przywiązany do zlewu. Żadna bestia, typ małego ciapka. Z tym, że zwykły ciapek, raczej radośnie obszczekuje gości, a ten bydlak szczekał wściekle. Pierwsze, co usłyszałem, po słowie „cześć”, było uspokajanie psa. Taka atrakcja, zupełnie mnie zaskoczyła. Jednak to też było burdelowo, tyle, że nieco inne.

- Nie bój się. Jest przywiązany. – Skinąłem głową, na znak, że wierzę, widzę i rozumiem. Szybko dobiliśmy targu. Ile dostanie, za udostępnienie swojej szpary. Co ciekawe, mimo, iż stałem w pokoju kilka minut, pies, nie przestawał szczekać. Dramat. Kiedy przywykłem do szczekania, bliżej przyjrzałem się divie. Niska szatynka, wiek między trzydzieści pięć, a czterdzieści. Raczej mało atrakcyjna. O ile znam się na takim typie, to z jej twarzy wyczytałem rutynę i zobojętnienie. Bardzo podobne do mojego.

- Masz prezerwatywy? – Zapytała.

- Mam. – Odpowiedziałem, wyciągając czerwony kartonik z kieszeni. Wyciągnęła rękę.

- Dobrze, że mamy te prezerwatyw ki. – Powiedziała z namysłem. Ja już się nie odezwałem. Rozpiąłem kurtkę, ściągnąłem wełniany sweter i zacząłem rozpinać pasek. T-shirt zostawiłem. Ściągnąłem spodnie i slipy. Diva, ubrana w sztruksowe spodnie i bluzkę, miała nieco mniej do ściągnięcia. Otworzyła opakowanie i urwała listek z gumką. Kiedy była naga, położyła się na jednoosobowym łóżku. Zrobiłem krok w jej stronę. Była niska, z lekką nadwagą. Miała pokaźne, charakterystyczne, dla wieku i budowy ciała cycki. Podszedłem do łóżka i złapałem ją za pierś. Palcem zrobiłem kilka okrążeń wokół sutka. Zrobiłem to z przyzwyczajenia. Nie potrzebowałem dodatkowych impulsów, bo mój sprzęt sterczał w gotowości od kilku minut. Chwilę ugniatałem jej cycki, mechanicznie, mnie też dopadła rutyna. Powoli przesuwałem wzrokiem po jej ciele. Cycki, na plus, nieco za duży brzuch, z rozstępami, troszkę zwaliste uda. Przy tym wzroście, była po prostu normalna. Zatrzymałem się na jej kroczu. Cipka obrośnięta burymi włoskami, które dziwnie przypomniały mi o Oli z akademika. Podobne, pomyślałem. Ręka niskiej dziwki zaczęła coś na kształt pieszczot. Pogłaskała mnie po jajach, jej palce kilkukrotnie przesunęła się wzdłuż mojego instrumentu. Ewidentnie, to spotkanie można było zdefiniować jednym słowem: „rutyna”. Niczym zakup bułek w osiedlowym sklepie o poranku.

Podała mi sreberko z prezerwatywą, pytając, czy założę. Pokiwałem głową. Szybko, sprawnie i płynnie założyłem gumę. Klęknąłem przed jej lekko rozchylonymi nogami. Złapałem je pod kolanami i przycisnąłem do cycków. Dynamicznie wszedłem. Lekkie stęknięcie i rozpocząłem posuwanie, niczym tłok w silniku. Kilka, może kilkanaście głębszych, raczej łagodnych pchnięć. Łapię ją za uda i przyciągam do siebie. Moje pchnięcia stają się sprężyste, mocniejsze. Kilka minut jednostajnych pchnięć i ostatnie trzy razy dobijam mocniej. Dochodzę. Szybko sprawnie. Bez komplikacji. Ściągam ubranko robotnicze z penisa. Słyszę, że kosz jest niedaleko drzwi, żebym wyrzucił. Z chwilą, kiedy wyrzucam kalosza, pies na nowo dostaje szału. Ubieram się czym prędzej. Gospodyni stara się go uciszyć, ale nic z tego. Jeszcze raz omiatam spojrzeniem pokój. Nie jestem do końca pewien, czy tak miał wyglądać mój świat. Zakurzony, ciasny pokój z podrzędną prostytutką. To chyba zły omen. Wychodzę. Lekkim krokiem schodzę po schodowej klatce. No tak, więc rozdziewiczyłem rodzinne strony. Taak. W końcu moja ciemniejsza strona, nawet tu mnie znalazła.

Siadam wieczorem przed komputerem. Piszę na Forum. Tej divy nie ma w ogłoszeniach. To cichodajka, jej numer funkcjonuje w pewnych kręgach. Zabawne, jak awansowałem w strukturach, nie jestem tylko userem, jestem kimś, kto ma coś do powiedzenia. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym, który zaliczył turnus letni, terapii dla uzależnionych od alkoholu. Poznał tam koleżkę. Pół roku później koleżka wprowadził go na miejscówę, gdzie spożyli alkohol. Na prawdziwą melinę, rodem z ciężkiego prylu. Czy zemną było tak samo? Już wtedy powinienem przewidzieć, że ja również niebezpiecznie zbliżam się do krawędzi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Smak patologii cz. I

13 gru

Mijały tygodnie, miesiące w burdelowie. Dzień za dniem, dziwka za dziwką. Bardzo powoli, wszystko stawało się takie samo. Nic mnie nie szokowało, nic nie przynosiło nowych impulsów.

Ja powoli płynąłem tym, co by nie powiedzieć, mętnym nurtem. Zobojętniałem. Nawet przestałem dać o siebie. Burdelowo pochłaniało sporo pieniędzy. Z sentymentem wspominałem pierwsze lata studiów, kiedy co sezon wymieniałem, a przynajmniej uzupełniałem garderobę. Dziś, przejrzałem się w lustrze. T-shirt sprzed dwóch sezonów. Nieco sprany, troszkę rozciągnięty. Koszula, jeszcze ładna, ale z ubiegłego sezonu. Kurtka też średnia. Zobojętniałem.

Kiedy Kapitan Planeta spytał, czy jedziemy brygadą na weekend, odparłem, że nie mam pieniędzy.

- No jak to, chłopaku? Przecież mamy kaskę z firmy. – Tak, mieliśmy pieniądze z małej handlowej firemki, która masowo przerzucała studentów ekonomii i finansów. Jak kazała tradycja, my też dumnie rozpoczęliśmy karierę buchalterów.

- Przejebałem, dosłownie. – Spokojnie odpowiedziałem.

- No tak, imprezy. – Kapitan pokiwał głową.

- Imprezy. – Odpowiedziałem.

Jakie to dziwne. Jedno słowo, a jak różnie je rozumiemy. Biedny Kapitan. Nie zrozumiał, nie był świadomy, że dosłownie przejebałem te pieniądze. Wymieniłem je, za jebanie. Dla niego impreza to wódka, może trawa, trochę muzyki, kluby, dziewczyny. Dla mnie też, z tym, że mój słownik znacznie poszerzył znaczenie imprezy. Dla mnie imprezy, to też kilkudniowe ciągi, w czasie których eksplorowałem moją krainę. Już wtedy zauważyłem, że zaczynam żyć swoim matriksem. Już nawet nie udawałem przed sobą. Kiedyś, na początku, doszukiwałem się pewnej burdelowej filozofii, chciałem wytyczyć pewien szlak. Później uznałem, że nie ma tu filozofii, ale za to są nowe doznania. Szukałem, cipki idealnej. Teraz nawet tego nie poszukiwałem. Ile odcieni w końcu może mieć seks. W końcu, to tylko seks. Po prostu brnąłem, bo żaden inny scenariusz na życie nie przychodził mi do głowy.

Przerwa świąteczna. Pora ruszyć do domu. To, co lubiłem w świątecznych przerwach, to fakt, że nabiorę dystansu. Te kilka dni świąteczne albo wręcz świętej atmosfery pozwalały nabrać dystansu. Choć na chwile mogłem uciec od skurwionej rzeczywistości, którą sam sobie utkałem. Nigdy w domu nie otwierałem wrót burdelowa. Rodzinne strony były święte. Nie szukałem, nie zadawałem pytań i nie chciałem drążyć tematu burdelowa. Bywało, że po powrocie z takiej przerwy kilka długich dni zaspakajałem wywołany głód, ale w domu pozostawałem czysty. Tak miało być również teraz. Tylko nie oszacowałem kilku czynników. Nie wziąłem pod uwagę kilku zmiennych w tym równaniu. Świat, wokół nas, jest widziany naszymi oczami. To my czynimy go pięknym lub szkaradnym. Niezwykłość domowego miru i świąteczna atmosfera, to też pewien wytwór naszych zmysłów. Kiedy oddalimy się od dziecinnych obłoków, cholernie trudno je odnaleźć. Święta minęły, ot tak, po prostu. Ze zgrozą, a może ze zdziwieniem zauważyłem, że to coś, czego oczekiwałem po prostu się nie pojawiło. Dorosłem. A może oślepłem na pewne sygnały. Skończyło się. Przerwa między świętami, a sylwestrowym szaleństwem, to dla studenta dziwne miejsce w czasoprzestrzeni. Mijają święta i większość ludzi zapierdala do pracy. Być może niewielu szczęśliwców może sobie pozwolić na długie wolne, ale większość po prostu zapierdala. Do szczęśliwców, zaliczają się ci z ciała pedagogicznego, na każdym szczeblu edukacji. Najprawdopodobniej każda uczelnia w tym kraju nie pracuje, przynajmniej, jeśli chodzi o wykłady w przerwie między świątecznej. I tu pojawia się pole obserwacji dla studentów, którzy wracają do domów na święta. Same święta, to takie słodkie czary mary. Po świętach, zaczyna się zwyczajny czas. I tu, spostrzegawczy student widzi, co się zmieniło w domowej rzeczywistości podczas jego nieobecności.

Ze mną, problem był taki, że już drugi dzień przygniótł mnie nudą. Myśl, o tym, żeby sprawdzić burdelowo w rodzinnych stronach, przyszła z nudów. Nie, nie było nic na Stronie, ale jest jeszcze Forum, są Szwagrowie. I oni przyszli z pomocą. Kliknięcie, góra dwa i już mam numer. Jest diva, podobna cienizna, ale co mnie to obchodzi. Nuda rozpłynęła się niczym mgła w górach.

Spotkanie z kuzynem skończyłem szybciej. Musiałem wziąć głęboki oddech. Spokojnie, robiłem to tyle razy. Wybieram zdobyty numer. Sygnał, drugi, trzeci. „Słucham” – głos typowej rutyniarskiej kurwy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii