RSS
 

Archiwum - Październik, 2016

O uczuciach ciąg dalszy

25 paź

 - A może to nie tak. Może źle na to patrzycie. Albo traktujecie kobietę jak szmatę albo pałacie romantyczną miłością. A to nie tak.  – Głos zabrał Adam. – Kto go tu w ogóle zaprosił? – Przemknęło mi przez głowę. Lubiłem Adama. Mimo, że pochodziliśmy z dwóch różnych światów, to szanowałem go za intelekt i twardy charakter. Byłem zdziwiony jego obecnością, bo po prostu nie pasował do tej zgrai i raczej nie bywał na takich posiedzeniach. Takich, czyli pijackich, gdzie z oparów piwa i wódki wyłaniał się nasz prymitywizm.

- Miłość, to nie jest magiczne „coś”, to ciężka robota. Nie ma sytuacji, gdzie ktoś jest ci pisany przez los, przeznaczenie, czy cokolwiek innego. – Zaczynał. Odkąd poznałem Adama, zawsze podziwiałem u niego ewangelizacyjny zapał. Kiedy rozpoczynał swoje przemówienia, było w tym coś z dobrego kazania. Nie chodziło o tani chwyt retoryczny. To nie była chęć zabłyśnięcia kąśliwą uwagą, czy błyskotliwym tekstem. To była przemowa, wygłaszana z przekonaniem, z wiarą mówiącego, że oto, objawia prawdę. Nie było tu agresji, nutki szaleństwa, był przekaz. Szczery przekaz. Tak. Niewątpliwie Adam nadawał się na kaznodzieję.

- Poznajesz dziewczynę. Poznajecie się nawzajem, spotykacie się, chodzicie ze sobą, znajomość przeradza się w związek. I to wspólne wzloty i upadki umacniają wieź, tworzą miłość. Cementują na dobre i na złe.

- Ale, to takie gadanie, albo się zakochujesz albo nie. – Kapitan Planeta, lubiący lekkie dragi, romantyk próbował przeforsować swoją filozofię towarzyską.

- Zakochać możesz się zawsze. – Adam był jednak nieugięty. Zmiażdżył oponenta, zanim  tamten zdążył wystawić na retoryczny ring pierwsze argumenty. – To normalne, że ktoś się nam podoba, że kogoś pożądamy, że kogoś lubimy lub wręcz jesteśmy kimś zauroczeni, czy w kimś zakochani. Ale to nie jest miłość. Namiętność odchodzi, ale osoba zostaje. I co wtedy? Rozwód? Rozstanie? Tylko dojrzałe uczucie pozwoli dostrzec w drugiej połowie piękno ponadczasowe.

- A tam, pierdolisz. – To była licha obrona Miszy, przed płomiennym wystąpieniem. Znałem go zbyt długo. Wiedziałem, że taki tekst był oznaką intelektualnej bezradności i chęcią ukrycia tego, że nie ma kontrargumentów.

Wkrótce otwarte zostały kolejne piwa. Niedawna dyskusja został zepchnięta na boczny tor. Pojawiły się nowe tematy. Opary alkoholu zaczęły gęstnieć.

Wielokrotnie wracałem do tej rozmowy. Sam chciałem rozwiązać zagadkę albo raczej sklasyfikować, to, co nazywamy relacjami z kobietami. Co to jest miłość? Co to jest namiętność? Czy niezobowiązujący seks, zawsze niczym nie zobowiązuje?

Pytań było dużo. Rozwiązaniem było doświadczenie i wnioski. Z ochotą oddałem się towarzyskim manewrom, żeby pewnego dnia usiąść z lampką wina i stwierdzić: „Świat uczuć i doznań, nie ma przede mną tajemnic.” Czy to był młodzieńczy idiotyzm, czy stawałem się prorokiem własnej religii?

W przeciwieństwie do moich znajomych, ja miałem, niczym mickiewiczowski mędrzec, swoje szkiełko i oko. Burdelowo było szkiełkiem i okiem. Dzięki temu, że penetrowałem ten świat, stałem się chłodniejszy emocjonalnie, to pozwalało mi, niczym naukowcowi w laboratorium, zabrać się do swoich pokręconych badań.

Moje plany zakładały eksploracje i celebrację, tego cudownego świata, świata kobiet, emocji i doznań. Miałem też nadzieję przeprowadzić choć jedną deflorację, czego niestety nie dokonałem…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Wrzesień z blond kurewką cz. 2

22 paź

Wysiadam na dworcu. Na szczęście deszcz nieco zelżał. Ubieram, przezornie zabraną letnią kurtkę adidasa. Muszę załatwić zakwaterowanie w akademiku, na czas zaliczeń. Wiem, że to pilne, dopóki jest administracja, mogę to zrobić. Najchętniej jednak razem z podręczną torbą ruszyłbym na poszukiwania. Po kilku przystankach tramwajowych, docieram do akademika. Sprawy pokoju załatwiam szybko i bez problemu. Kierowniczka informuje mnie, z kim mieszkam. Nie słucham jej. Biorę klucz i idę do swojego pokoju. Zostawiam torbę i wychodzę. To dziwne. Wychodzę na zakupy, kupić coś do jedzenia. Tak przynajmniej sobie mówię. Mimo, iż wiem, że najprawdopodobniej w ogóle nie pójdę do sklepu. W tym momencie mój umysł przypomina soczewkę i skupiony jest na jednym celu.

Na ulicy dopada mnie chłodny, jesienny wiatr. Sprawdzam informacje z burdelowa. Kilkumiesięczna przerwa na pewno przyniosła nowe obiekty. Jest. Dwie ulice od akademików, przyjmuje, młoda z dużymi cyckami. Jeden telefon. Jestem w trybie „on”. Zaczyna padać. Mokre plamy na mojej kurtce są coraz większe. Przyspieszam kroku. Kolejny telefon. Domofon. Stęchły zapach klatki schodowej. Scenariusz sprawdza się co do joty. Pukam do drzwi. Zgodnie z zasadami, drzwi uchylają się, a ja wchodzę do przedpokoju. Wyłożony białymi płytkami. Nowa miejscówa, zaraz po remoncie. Ładnie. Wita mnie lekko pulchna dziewczyna z dużym biustem. Ma beżowe włosy i miłe, raczej łagodne spojrzenie. Ubrana bardzo podobnie, do dziewczyn z akademika. Dresy i bluzeczka. Nigdy nie przestanie mnie to intrygować. Zwykłe dziewczyny, nie zabójczo atrakcyjne, ale zwykłe, pełne mankamentów, są dziwkami. To coś niezwykłego. Przechodzimy do pokoju. Jestem nieco zmarznięty, dlatego, gdy tylko kończymy kwestie finansowe, biorę ręcznik i idę pod prysznic. Strumień gorącej wody powoduje, że zaczynam się czuć dobrze.

Już wtedy powinno zaniepokoić mnie to, że potrafię odnaleźć przytulne ciepło w burdelu. Może zakamuflowanym, ale burdelu. Niewielu dwudziestoparolatków jest tak wykolejonych.

Wycieram się ręcznikiem i wychodzę. Moja lanca już sterczy. Czas na deser. Żeby było ciekawiej, nie pamiętam szczegółów. Zaczęło się od loda, skończyłem od tyłu. To, co utkwiło mi w pamięci, to miła atmosfera. Jak już ściągnąłem gumiaka i ponownie zawitałem pod prysznicem, spokojnie porozmawialiśmy. Była w mieście od dwóch miesięcy, trafiła na wyremontowane mieszkanie, mimo krótkiej kariery zawodowej, już miała stałych klientów. W większości facetów po pięćdziesiątce. Nie miałem powodów jej nie wierzyć. Była miła i spełniała kanony piękna sprzed trzydziestu lat. To musiało działać. Hmmm. Zastanawiające jest to, że genralana zasada brzmi: nie wdawać się w zbyt szczere rozmowy z dziwką. Tutaj każdy kłamie. Jednak, kiedy złapie się pewną nić porozumienia, to można z nimi porozmawiać, chociażby na tematy zawodowe. Oczywiście pisząc zawodowe, mam na myśli ich zawód. Dowiedziałem się, że na wakacjach nieco odświeżono burdelowo i jest kilka nowych dziewczyn.

Kiedy wyszedłem z bloku rozpadało się na dobre. Być może to tylko jesienna plucha, a może to świat płakał nad moim żałosnym losem. Trudno stwierdzić. Szedłem w deszczu. Przypomniałem sobie, jak dawno temu, też wracałem z podobnej akcji w deszczu. Pamiętałem swoje rozdarcie uczuciowe, ten cichy głos, że postępuję niewłaściwie. Dziś nic mnie nie ruszało. Kurtka, całkiem przemoczona przylgnęła do ciała. To niemiłe uczucie, dopiero, popchnęło mnie do przyspieszenia kroku. W kilkanaście minut dotarłem do akademika. Na trzecie piętro wszedłem po schodach. W pokoju, byli już moi współlokatorzy. Informatycy. No cóż, studenckie wrześnie rządzą się swoimi prawami. Nie należy wybrzydzać na współlokatorów, bo zawsze można trafić gorzej. Chwila rozmowy, wymiana informacji: kto i z czego poległ. Pierwsze co, poszedłem pod prysznic. Długi, gorący prysznic zmył ze mnie zziębienie i burdelowo. Wróciłem do pokoju i zacząłem się rozpakowywać. Po rozpakowaniu, najzwyczajniej w świecie, nie miałem co robić. Wszystko było szare i matowe. Nuda. Żeby, choć na chwilę poczuć ten dreszcz, który czułem dwie godziny wcześniej. Po tak długim czasie, jakim były trzy miesiące, bez burdelowa, bez tego cudownego, zakazanego owocu, bez tej słodkiej trucizny. Zdecydowanie, jedna wizyta nie mogła zapełnić głodu.

Niczym robot, wyszedłem z akademika i idąc po ulicach miasta, które po deszczu, zdawało się oddychać, szukałem kolejnych doznań. Kolejny numer telefonu też był nowy, podobno było warto. Gdy zdzwoniłem, okazało się, że adres, to ulica, na której jestem, kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplozję w moim organizmie można było nazwać motylami w brzuchu, hajem, podenerwowaniem, napięciem seksualnym. Nie ma słowa, które mogłoby określić, co się wtedy czuję. Idąc, niemal lewituję nad ziemią, tak, jakby coś, jakaś siła pchała mnie w ten sam świat. Czas znika, pozostaje tylko przestrzeń. Jestem. Dzwonię. Słyszę numer, pod który mam zadzwonić. Podchodzę do klatki, i czeka mnie zdziwienie, nie ma tego numeru. Numery mieszkań kończą się na trzydzieści numerów, przed moim docelowym. Czyli musi być kolejna klatka. Ale jej nie ma. Obchodzę blok do wokół, nie ma. Dzwonię jeszcze raz pod numer. Pytam o klatkę, zniecierpliwiony głos tłumaczy mi gdzie jest klatka. – Czekaj, kurwo, zaraz cię zerżnę. – Emocja na kształt gniewu przechodzi mi przez głowę. Podchodzę do bloku. Patrzę i nie wierzę. Ze ściany oblepionej plakatami wychodzi facet. Okazało się, że drzwi od klatki były tak oblepione reklamami, że wtopiły się w tło. Podchodzę, domofon, również zakamuflowany, niczym żołnierz sił specjalnych. Dzwonię, dźwięk otwieranych drzwi. Chyba, już zawsze, ten dźwięk będzie mi się kojarzył z brudną stroną życia. Winda sunie powoli w  górę. Odór brudnej klatki wierci w brzuchu. Pukam do obitych sklejką drzwi.

Schemat jest zawsze ten sam. Otwarte drzwi, ciemny przedpokój i wejście pokoju. Moją uwagę przykuła diva. Młoda, nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szczupła blondynka, o wyrazie twarzy klubowej suki. Dawno nie widziałem takiej suczy w burdelowie. Wchodzę do pokoju i czekam. Pokój niczym nie różni się od wielu innych pomieszczeń na mieszkaniówce. Kiedy czekam, powoli się rozbieram. Wchodzi blondynka, owinięta ręcznikiem. Twarz, spojrzenie, coś w niej mnie irytuje. Chcę jak najszybciej w nią wejść, chcę ją zdominować. Rozbieram się, ona zdejmuje ręcznik i rozściela prześcieradło. Sposób, w jaki zdjęła ręcznik zdradza rutynę i to, że jest świadoma swojego ciała, że ma świadomość swojej władzy nad facetami. Ona była kurwą na długo przed tym, od kiedy zaczęła brać za to kasę. W jej oczach jestem klientem. Po prostu klientem. Dotarło do mnie, że drażni mnie właśnie ta obojętność. Chcę w nią wejść, chcę żeby poczuła mnie w sobie, to z pewnością zmusi ją to zrzucenia tej obojętności. Delikatnie i starannie kończy ścielić prześcieradło. Mówi, żebym się położył. Kiedy się kładę, zaczyna mechanicznie obrabiać fiuta. Pyta, czy sam francuz wystarczy, czy chcę seksu. Chcę seksu, ale najpierw muszę spróbować jej cipki. Tak, jest atrakcyjna, kształtne cycki, zgrabna dupcia i niezła figura, jej cipka będzie ukoronowaniem urody. Mówię jej, żeby się położyła. Kładzie się plecach i rozkłada nogi. Tak, jak myślałem, jej cipka, jest niemal perfekcyjna. Symetryczna, po prostu piękna. Zawsze hołdowałem zasadzie, że najważniejsza jest cipka. Nie jest to mój pomysł na życie. Usłyszałem to na filmie, kwestia Ala Pacino. Kiedy tylko ją usłyszałem, wiedziałem, że to będzie ważne zdanie w moim życiu. Mimo, że cipka blond-kurewki wygląda mega atrakcyjnie, to kilka mechanicznych ruchów językiem w zupełności mi wystarcza. Chcę być w tej idealnej cipce. Unoszę się na kolana. Blondynka zakłada gumę na sterczącego fiuta. Kładzie się. Wchodzę w nią. Kilka minut posuwam ją klasycznie. Na chwilę wychodzę z niej. Odwraca się i kończę od tyłu. Podaje mi chusteczki. Kiedy ubrałem, padło pytanie: – Ładną mam cipkę? – Patrzę na nią. Jej mina jest zupełnie inna, niż pół godziny temu. Na jej twarzy błąka się nieśmiały uśmiech. Jej spojrzenie przybrało wyraz sympatii. – Jest śliczna, ale przecież wiesz o tym. – Odpowiadam z uśmiechem, niewymuszonym, może nawet szczerym. – Wiem – odpowiada z u śmiechem – ale chcę, żeby była najpiękniejsza. Dobrze, że przynajmniej ona ma jasno określone cele. Kilka minut rozmawiamy. Wychodzę, wracam do akademika. Deszcz, przypomina mi się, jak dawno temu, w podobnej aurze wracałem, po podobnej wizycie. Hehe, byłem wtedy debiutantem. Pamiętam rozdarcie i uczucie zaprzedania duszy. Dziś wracam wypłukany z wszelkich uczuć. Zobojętniałem. Wiem, że wszedłem na pewną drogę, czy kiedykolwiek zawrócę, czy  niej zejdę. Nie wiem. Nie wiem nawet, czy chcę.

Spędziłem wtedy trzy tygodnie w akademiku. To były tygodnie, które pamiętam do dziś. Blondynka zniknęła. Kilka lat później, jako weteran burdelowa, dowiedziałem się miała problem z piciem. To powodowało jej niedyspozycję. Jej Al się wkurzył i wlał jej na siłę pół litra czystej. Oczywiście w celu terapii. Podobno nie pomogło. Słuch o niej zaginął.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii