RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2016

Wrzesień z blond kurewką

28 wrz

Piękna polska złota jesień. Podoba mi się ten wrzesień. Ciepły, słoneczny, nastrajający romantycznie. Idę przez park. Rozmyślam. Kolejny życiowy zakręt. Gdzie, tak naprawdę jestem. Ciągle w grze, czy może już przegrałem i należałoby powiedzieć: jeszcze płynę, ale kra nade mną powolutku zamarza. Pamiętam inną końcówkę września. Dawno temu. Może nie tyle „dawno”, co jakiś czas temu. Kilka lat do tyłu, chociaż nie potrafię określić dokładnie daty. Któryś z kolejnych semestrów na studiach. Wrześniowy czas na poprawki. Pamiętam, że jadąc na poprawki, nie sprawdziłem prognozy pogody i dwa tygodnie chodziłem w garniturze, bo nic cieplejszego nie miałem.

Szybko się spakowałem. Podręczny bagaż, notatki, kilka koszulek, bielizna. Niewiele tego było. Zabrałem ze sobą coś jeszcze. Spory zapas niewykorzystanego nasienia i głód. O tak, głód. Po blisko trzymiesięcznej przerwie, tęskniłem za burdelowem, za tym brudnym światem, który tak intensywnie oddziaływał na każdy mój zmysł.

Powoli dopalałem papierosa na dworcu autobusowym. Resztki letniego słońca przyjemnie mnie dopieszczały. Obserwowałem ludzi. Wczesnojesienna pora, to bardzo ciekawy czas, na obserwację ubioru. Ci zapobiegliwi, dumnie kroczą w jesiennym odzieniu, ci odważniejsi, nie wypuszczają wspomnień letnich upałów, również dumnie krocząc w letnich koszulkach. I jednym i drugim jesienna pogoda płata figle. Gdy słońce schowa się za jesiennymi chmurami, a wiatr poruszy leżące liście, letniacy chuchają, dmuchają i zaczynają się krzywić, ku uciesze tych ubranych. Kiedy znów słońce jeszcze nie da za wygraną i przebije się kilkoma promykami, ci cieplej ubrani zaczynają sapać i krzywić się z dyskomfortu, jaki powoduje przepocone ubranie.

Przed oczami mam prawdziwą mozaikę ubrań. Jesionki, lekkie kurteczki, bluzy, koszulki i wszystko inne. Zastanawiam się nad tym, co bardziej się zmieniło w ciągu ostatnich lat: ja, czy moje rodzinne  miasto? Niewątpliwie zmiany zaszły. Zmiany w mieście, w większości na kredyt. A zmiany we mnie?  Moja zmiana, też jest formą pożyczki, którą trzeba spłacić? Moje rozmyślania przerywa wolno sunący, biały autobus. Nie ma wielu ludzi. To dobrze. Kupuję bilet i zajmuję miejsce lekko za połową pojazdu. Siadam wygodnie. Wiem, co teraz będzie. Przez kilka minut będę obserwował trasę, a mniej więcej za pół godziny usnę. Przez sen będę próbował znaleźć najwygodniejszą pozę, jaką można znaleźć w przestrzeni między siedzeniami autobusu. Nie mylę się. Nie mija czterdzieści minut, a ja zanurzam się w półśnie.

Mija mniej więcej trzy czwarte drogi. Budzę się. Przecieram oczy i rozglądam się po wnętrzu autobusu. Ludzie jest więcej, ale i tak zostało dużo wolnego miejsca. Patrzę za okno. Nie wiem, czy to brudna szyba, czy pogoda zaczyna się psuć. Po kilku chwilach, na szybie dostrzegam maleńką, niemal mikroskopijną kroplę wody. Druga, trzecia, czwarta, piata i tyle, więcej się nie pojawiło. Zerkam na notatki. Zawsze obiecuję sobie, że czas w podróży wykorzystam, jeśli nie twórczo, to chociaż pożytecznie. Nigdy mi nie wychodzi.

Mój oddech staje się bardziej ciężki. Wiem, czego to objaw. Tak, jakby mój organizm wyczuwał, że z każdym kilometrem zbliżam się do krainy fantazji u uniesień, o jakich zwykły śmiertelnik może pomarzyć. To głupota, burdelowo, jest jak wszechświat, nie ma końca. To, czego skosztowałem, najprawdopodobniej znalazłbym w innych miastach. Jednak mój mózg tak skojarzył to miasto z seksem, z dziwkami i z całym wachlarzem „tych” emocji, że nawet dziś, kiedy to piszę, miasto kojarzy mi się z „jednym”. Oddaję się przyjemnym wspomnieniom minionego roku. To dziwne. Nie wspominam balang, poderwanych dziewczyn, czy znajomych. Wspominam świat, który jest zakamuflowany, świata, którego nie widać. Wspomnienia stają się coraz bardziej plastyczne. Ucisk w kroczu dowodzi, że moje wspomnienia odżywają. Ostatni przystanek. Za trzydzieści minut wysiądę na docelowej stacji. Moje myśli, niczym grot strzały zmierzają w jednym kierunku. Jeszcze nie dotarło to do mnie w pełni, ale moje myśli, niczym wypuszczona strzała, zmierzają w jednym kierunku. Nie można tego zatrzymać. Za myślami podążą czyny. Na szybach autobusy ląduje coraz więcej kropel. Są coraz większe. Ochłodziło się, jednak to jesień. Ostatnie minuty podróży napełniają mnie mrowiącym oczekiwaniem. Niczym dzieciak, przed rozpakowaniem bożonarodzeniowego prezentu, nie mogę się doczekać tego, co będzie, gdy dotrę na miejsce.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii