RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

Czterdziestka z ul Zana cz. IV

24 mar

Diva odbiera, mówię, że jestem. Słyszę numer bloku i mieszkania. Nie jest to blok obok którego stroję. Dwa numery dalej. Ok, to już nie daleko. Moje ciało pulsuje. W pobliżu bloku widzę sklep spożywczy. Układ ulic jest dziwny, za blokiem, który mijam, widzę kamienice, ale nazwa ulicy jest już inna. To budzi sygnał w głowie: może zawrócić? Nie teraz! Za późno. Tłamszę myśl, która jeszcze ledwo co zdołała zakiełkować. W głowie pojawia się obraz cycków. Jeszcze chwila i hipnotyzujące cycki staną się realne. Przechodzę przez ulicę i dostrzegam numer bloku. Miałbym teraz zwrócić? Nigdy! Gorąco na zewnątrz zdaje się przenikać mnie na wskroś. Czuję skwar w całym ciele, zwłaszcza wewnątrz. Pierwsza klatka, to ta. Już za chwilę, za krótką chwilę. Stoję pod klatką. Nie wiem dlaczego, ale odwracam się. Blok stoi przy osiedlowej parafii. Widzę duży, okazały kościół. Jak to jest, że jest naprawdę duży, a zauważyłem go dopiero teraz. Drzwi świątyni wydają się zapraszać. Pojawia się myśl: – masz wybór, możesz zawrócić. To nie ta droga. Skąd pojawiła się ta myśl? Gorączka trawi moje ciało. Zadaję sobie pytanie: co ja tu robię, dlaczego nie zawrócę? Naciskam odpowiedni numer na panelu domofonu. Wróciła zimna kalkulacja. Instynkt każe mi iść do przodu. Wkrada się mechanizm psychologiczny: tyle zainwestowałeś w tę wyprawę i co masz odejść z kwitkiem? Odpowiada szczęk otwieranych drzwi. Przyjemny chłód klatki schodowej i odór, który kocha każdy wychowany na blokowisku. Chłód przynosi ukojenie. Wracam na utarte myślowe trakty. Mrok klatki schodowej działa jak soczewka na moje zmysły, skupia je w jednym punkcie – seks z divą ze Strony. Żądza spowija moje ciało. Pukam trzy razy. Drzwi otwierają się. Wchodzę. W przedpokoju wita mnie prostytutka. Przyglądam się jej. Trudno określić urodę. Ani ładna, ani brzydka. Jest słownikową definicją „czterdziechy”. Nie będę wykładał damsko-męskiego abecadła – zorientowani wiedzą co to „czterdziecha” albo mature (to dla zwolenników porano). Ubrana w zwiewną koszulkę nocną. Co ważne dobraną gustownie. Patrzymy na siebie. Na naszych twarzach pojawiają się uśmiechy. Zostaje zaproszony do pokoju. Dobijamy targu. Standardowe pytanie o prysznic. Wchodzę do łazienki. PRL, ale da się wytrzymać. Szybko opłukuję swoje ciało i wychodzę owinięty ręcznikiem, z ubraniem w ręku. Wchodzę do pokoju, moja diva ścieli łóżko. To też niepisana zasada w burdelowym królestwie. Zmiana pościeli po każdym kliencie. W niektórych przypadkach łóżko jest ścielone przy kliencie, żeby dowieść, że dziwkarskie BHP w tym lokalu jest przestrzegane. Oczywiście słodką tajemnicą każdej divy jest ile razy to samo prześcieradło rozkłada przy każdym kliencie. To, na które patrzę jest niebieskie, nosi znamiona wielokrotnego prania i sprawia wrażenie niedawno prasowanego. Kto wie, może faktycznie jest świeże. Czterdziestka kończy ścielić łóżko. Można śmiało stwierdzić, że nieźle się trzyma. Zwiewna koszulka czyni ją naprawdę seksowną. Trochę za dużo waży, ale w jej wieku jakoś te nadprogramowe kilogramy pasują. Kiedy założyła ostatni róg prześcieradła odwraca się do mnie.

- Usiądź sobie, ja idę się odświeżyć – mówiąc to patrzy z uśmiechem.

Wychodzi. Kładę ubranie na pufie stojącej przy łóżku. Ściągam ręcznik, rzucam go na drugą pufę. Siadam na łóżku. Jest bardzo ciepło, nagość, to najlepsza forma. Słyszę wodę w łazieńce. Wyobrażam sobie, jak strumienie chłodnej wody spływają po ciele rasowej czterdziestki. Rutyna wkracza na scenę: atmosfera erotyzmu, tak dobrze znana, wypełnia pokój. Woda w łazience przestaje lecieć. Mój oddech jakoś dziwnie staje się cięższy. Krew spływa powoli do mojego fiuta. Mija może minuta, w otwartych drzwiach pojawia się dziwka. Jest naga. Duże cycki przypominają o sobie. Lekko masywne uda i biodra, do tego troszkę za duży brzuch. Typowa, rasowa czterdziestka. Przystrzyżone łono powoduje zupełną erekcję. W takich sytuacjach, w przygniatającej większości przypadków usłyszysz dwa teksty: „połóż się” albo „jak chcesz”. Tu jest inaczej. To profesjonalistka. Podchodzi i mówi: – Wstań. Posłusznie staję ze sterczącym kutafonem. Diva siada przede mną na łóżku, tak, że stoję bezpośrednio przed nią. Dłońmi delikatnie przejeżdża po moich udach. Ona zna się na tym fachu.

- Lubię takich młodych – stwierdza z uśmiechem – od razu stoi. W tym momencie bierze mojego Wacka do ust. Wnętrze jej ust działa na wpół kojąco, na wpół transowo. Podejrzewam, że to samo odczuwają narkomani.

- Mmmmmm, mruczy z takim przekonaniem, że dochodzę do wniosku, że mój kutas naprawdę jej smakuje. Kolejne porcje przyjemności dostarczane przez jej usta potęgują podniecenie. Przypominam sobie o jej cycach, w końcu to one mnie zwabiły. Sięgam po nie. Dojrzałe, duże, ze sterczącymi sutkami. Są idealne. Ciało też idealnie dojrzałe. Jeszcze nie obwisłe, jeszcze nie pomarszczone. Jej skóra nie ma już tej sprężystości, co u dziewczyn po dwudziestce, ale to właśnie brak tej sprężystości powoduje, że jej ciało jest miękkie, delikatne, przyjazne. Kiedy jej ręka zaczyna obracać moje jaja, przez chwilę myślę, że dojdę w jej ustach. Biorę oddech, napinam okolicę lędźwi. Delikatnie się odsuwam. Profesjonalistka wie, co to oznacza.

- To co, zakładamy gumę? – moje ciche „tak” wystarcza. Prezerwatywa w czerwonym kolorze pokrywa mojego druha. – Ale masz go fajnego – czterdziecha z uśmiechem komplementuje chuja. Nie wiem co odpowiedzieć, uśmiecham się tylko.

- To jak chcesz, klasycznie? – Pyta, przesuwając się w głąb łóżka.

- Może być klasycznie. – Odpowiadam wchodząc na łóżko.  Klęczę przed nią, widok, który mam przed sobą utrzymuję moją lance naprężoną. Dwa duże cycki, idealnie się rozkładają, kobiece biodra, delikatna, miękka skóra – kwintesencja kobiecości. Rozchyla uda, odkrywając źródło mocy. Jej cipka wydaje się zapraszać. Przystrzyżona kępka włosów, rozchylone wargi, to wszystko jest takie kobiece. Muszę w niej być! Chwytam jej nogi pod kolanami i uginam w kierunku tułowia. Cipka staje się jeszcze bardziej wyeksponowana. Poprawiam gumiaka i wchodzę. Zdecydowanie, mocno, do końca. Słyszę jej głośne stęknięcie. Delikatnie wygina się w łuk.

- Dobiłeś od razu do samego końca.

Łapie za uda i raz za razem mocno dobijam. Posuwam na całego. Jej falujące cycki powodują, że chcę ją wygrzmocić tak, jakby nie było jutra. Zresztą, nie ma jutra, jest tylko teraz. Jest tylko magiczna cipka, którą eksploruję. Posuwam coraz szybciej. Jej oddech staję się bardziej ciężki, chrapliwy. Jest dobrą aktorką albo faktycznie poczuła bluesa i się jej spodobało. Do chrapliwego oddech dochodzi ciche pojękiwanie. Sama szerzej rozchyla nogi i wygina się jeszcze bardziej, sprawiając, że wchodzę maksymalnie głęboko i mocno.

- Do końca. – słyszę, między jej pojękiwaniem. Zauważam, że mój oddech też stał się głośniejszy. Orgazm nadchodzi bez majestatycznego przeżycia. Po prostu dobre mocne rżnięcie doprowadziło mnie do zenitu. Kiedy czuję, że trysnę, dobijam naprawdę mocno. Trzy fale, trzy ostatnie pchnięcia. Ciśnienie zaczyna opadać. Serce jeszcze bije mocno, ale napięcie spadło. Wychodzę z jej cipki. Delikatnie. Guma napełniona moim nasieniem. Delikatnie ściągam. Patrzę na divę – leży z błogim uśmiechem. – Bez jaj, nie mówcie, że doszła – myślę sobie. Z reguły do seksu z dziwkami podchodzę bardzo handlowo. Zapłaciłem, wiec interesuj mnie przede wszystkim mój orgazm. Dziś jest inaczej. Dobrze mi z tym, że jej jest dobrze. Podaje mi ręcznik papierowy. Wycieram fiuta i zawijam gumę. Wrzucam do malutkiego kubła przy łóżku. Diva wciąż leży  rozchylonymi nogami.

- Mogę jeszcze zostać, czy kończy się czas? – Pytam, bo według relacji Szwagrów czas w takich mieszkaniach różnie jest liczony i trzeba od razu wiedzieć co i jak. Szwagrowie wielokrotnie opowiadali, jak nie doszli do finału, bo czas się skończył. Szczytem bezczelności, było, kiedy w trakcie rypania, Szwagier dowiedział się, że pisząc „godzina” w ogłoszeniu, kurwa miała na myśli „godzinę lekcyjną” czyli 45 min.

- Pewnie, siedź. Nikt nas nie goni. – Słyszę w odpowiedzi.

Leżymy nadzy. Rozmawiamy o upale, o wypadach na kąpieliska i różnych mniej istotnych sprawach. Gładzę ją po wewnętrznej stronie uda. Jest naprawdę przyjemna w dotyku. Dziwne zjawisko. Zapłaciłem za seks, czysty seks, a teraz dziwka jest mi jakoś bliska. Może nawet bliższa, niż nie jedna z tak zwanych normalnych dziewczyn, z którymi byłem. Jestem pewien, że nie ma uczuć na tym świecie, są tylko doznania. Co więc czuję teraz? Rozmawiamy jeszcze kilka minut. Ubieram się.

- Cześć.

- Cześć. – Wychodzę.

Kiedy wyszedłem z klatki znów patrzę na kościół. – Tym razem upadłeś, spróbujemy następnym razem – ten sam głos, który mówił, że mam wybór, mogę zawrócić. Do kogo należy? Czy to część mojego mózgu, nieskażona łaknieniem wciąż nowych doznań. A może Anioł Stróż, przypomniał o sobie.

Wchodzę do spożywczej sieciówki, którą mijałem. Zimny, wiśniowy napój gasi moje pragnienie. Wracam do mieszkania.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czterdziestka z ul. Zana cz. III

06 mar

Rytuał z burdelami ukrytymi pomiędzy blokowiskami jest prosty i przypomina harcerskie zabawy. Słyszysz w telefonie nazwę ulicy, jeśli znasz ulicę przechodzisz dalej: słyszysz numer bloku. Divy raczej więcej nie podają przy pierwszej rozmowie – po prostu dzwoni wielu napaleńców, uczniaków i innych dziwolągów, którym (tak sadzę) potrzeba do orgazmu usłyszeć głos. Ci zaawansowani – Szwagrowie przechodzą wyżej. I tę grę lubię. Lubię usłyszeć nazwę ulicy, jeśli nie znam, proszę o małą wskazówkę. Nigdy nie pytam o dokładną lokalizację. Niesamowitą frajdę sprawia mi szukanie tej ulicy. Później, seks, to rodzaj nagrody za wytropienie ulicy. Dzięki tej grze, topografia nawet dużego miasta przestaje być straszna. Kiedy znajduję ulicę, pozostaje pytanie, który to blok, która klatka, które mieszkanie. Naprawdę, czuję się wtedy, jak na wyprawie po skarb.

Podobnie jest teraz. Słyszę: przyjmuję na Zana – nic mi to nie mówi, ale to jeszcze bardziej mnie kręci. Ulica blisko centrum. Wiem, że nawet nie muszę kluczyć. Jestem w centrum, wystarczy ruszyć przed siebie. Iść – nie iść? Ostatnie drgania w żołądku. Umysł przeskakuje na inny tor, na razie częściowo. – Spacer po jedzeniu dobrze mi zrobi – tłumaczę sobie – i ruszam. – Tylko kawałek, dwieście, trzysta metrów – Pan Racjonalizator uspokaja. Później zawrócę i usunę numer z telefonu. Tak sobie to wszystko tłumaczę, chociaż znam siebie, i znam przyszłość, przynajmniej tę najbliższą. Idę przed siebie, powoli. Jestem ociężały po żarciu i otępiały przez walkę w mojej mózgownicy. Kiedy przeszedłem zakładane trzysta metrów, nigdzie nie widzę nazwy ulicy. Według założeń powinienem zawrócić i usunąć numer, który pali. Nie będzie tak. Stoję w miejscu i czekam na myśl, która niebawem nadejdzie, wiem, że nadejdzie, zawsze nadchodzi. Nie mija sekunda i oczekiwana myśl nadchodzi – skoro tyle przeszedłeś, to jeszcze kilka kroków nie zrobi różnicy. W końcu i tak tam pójdziesz. Mózg potęguje przekaz włączając zdjęcie idealnego cycyka ze Strony, a może to nie mózg, może to kutas zhakował układ centralny? Nieistotne – idę naprzód. Mijam kilka ulic i zatrzymuję się. Teraz się rozejrzę, jeśli nie będzie ul. Zana, zawracam. Powoli rozglądam się. Jest! Po drugiej stronie skrzyżowania: trawnik i blok. Nie widzę nazwy ulicy, ale czuję, to tutaj. Przechodzę na drugą stronę. Tak. Znalazłem. W tym momencie mój umysł przechodzi na zupełnie inny tor. Niemal poczułem to fizycznie. Dopiero teraz dostrzegam ukrop z nieba. Żar, który wylewa się na mnie potęguję doznania. Wiem, że znalazłem się na jednokierunkowej drodze. Nie ma powrotu. Wszystko układa się w jedną całość. Upał, moje pożądanie, zieleń trawnika. Tak jest, bo tak miało być. Idę chodnikiem przecinającym trawnik obok bloku. Drżącą ręką wyjmuje telefon. Przecież jest już na umówionej ulicy. Dziwkarska etykieta musi być spełniona.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czterdziestka z ulicy Zana cz II

03 mar

Na zewnątrz jest ciepło, parno. To jednak nie przeszkadza. Lubię spacerować bez celu po mieście. Nie tylko latem, ale przez cały rok. Kiedy już wyjdę, zawsze jakiś cel się znajdzie. Mijam ludzi skąpanych w słońcu. Sporadyczne podmuchy wiatru dodają energii. Pewnie teraz powinien nastąpić opis miasta zanurzonego w letniej porze, jednak tak nie będzie. Prawda jest zupełnie inna. Nie dostrzegam ludzi, miasta, czegokolwiek. Idę bezwiednie, po prostu przemieszczam się względem obiektów wokół mnie. Myśli zamieniły się w huśtawkę: iść – nie iść. Świadomość numeru zapisanego w telefonie parzy, niczym wrzątek. Na samym dnie świadomości potrafię zdobyć się na szczerość. Wiem, po co wyszedłem. Wiem, jak się ten spacer skończy. Ale to mały zakamarek mózgu, oficjalny umysł mówi coś innego: jest piękna pogoda, nie warto kisić się w murach. Dlatego wyszedłem. Idę i „delektuję się” pogodą i miejską scenerią. Znam siebie, wiem, że ulegnę. Zadzwonię. Jedynym wyjściem jest poszukanie zajęcia dla umysłu, a raczej dla zmysłów. Poszukując awaryjnego scenariusza, docieram do centrum. Los daje mi odpowiedź. Duże logo sieci ze śmieciowym żarciem, wręcz zaprasza. To powinno przynieść ulgę skołatanym zmysłom. Śmieciowe żarcie zamiast śmieciowego seksu.

Lubię porównanie seksu do jedzenia. Właściwie nic tak nie opisuje seksu, jak kulinarna metafora. Jedno z lepszych porównań, to porównanie do bigosu (nie mojego autorstwa). Usłyszałem je od księdza. Seks bez uczuć, seks sportowy, seks anonimowy, to bigos w dworcowej jadłodajni. O przepraszam! W lokalu typu „Snack Bar”. Seks małżeński, po ślubie, uprawiany nieużywanymi dotąd narządami to też bigos, ale bigos podany podczas Wigilii. Podany na świątecznym stole, w świątecznej atmosferze, spożywany w sposób godny. Niby bigos, to bigos, a różnica fiu fiu. Kiedy po raz pierwszy to usłyszałem miałem ochotę ryknąć – Księże! Bigos świąteczny wyjątkowy jest dlatego, że podawany jest raz do roku, gdyby wcinać go ca drugi dzień, byłby powszedni niczym dworcowa bryja. Wyjątkowość, to pochodna niedostępności. Tak myślałem wtedy, z czasem częściowo się zgodziłem, ba nawet rozwinąłem seksualno-gastronomiczne rozważania. Cały seks, to lustrzane odbicie gastronomii. Dochodzimy w życiu do momentu, kiedy każdy potrafi coś upitrasić. Co, kto upitrasi, to już sprawa indywidualnych predyspozycji. Jedni kombinują na miarę Top Chefa, innym wystarczą ziemniaki ze skwarkami. Uśredniając – przeciętny obiad jest w zasięgu każdego, a przynajmniej większości. No dobrze – ktoś powie – skoro każdy ma czym/kim zapchać kichy, to w czym problem? Ano w tym, że każdemu, po różnym okresie czasu znudzi się żreć ciągle to samo. I tu na scenę wchodzi gastronomia za pieniądze, wedle upodobań i wedle zasobów portfela.

Wchodzę do lokalu. Patrzę na oferty. Zestawy zdają się patrzeć z neonów zachęcająco. Nigdy nie biorę zestawów, zawsze tworzę własne kombinacje. Jest drożej, ale mam to co chcę. Zamawiam, płacę, odbieram. Siadam pod ścianą, nie lubię siedzieć na środku. Tępe spojrzenia w porównaniu z ruszającą się żuchwą odbierają apetyt. Pochłanianie białko i węglowodany poprawiają mi nastrój. A może nie tyle poprawiają nastrój, bo ten mam dobry, ale zapełniają pewną pustkę. Kiedy popijam sok pomarańczowy pustka wewnątrz mnie zdaje się być zapchana. Nie ma co jedzenie, to rokosz. Kąpiel, masaż, dobra lektura, jedzenie, to wszystko jest rozkoszne, ale rację miał Al Pacino: na pierwszym miejscu jest cipka. Przechylam tackę nad koszem. Wychodzę. Starszy gość stanowiący logo sieci zdaje się zapraszać ponownie. Wychodzę na zewnątrz. Jest południe. Słońce zdaje się świecić na mnie ciut mocniej, niż na innych. Posiłek mnie rozleniwił. Pojadłem, teraz bym poruchał albo przynajmniej lodzik – tak zawsze mawiał Kapitan Planeta na studenckich grillach. Nie wiem, dlaczego akurat teraz o tym pomyślałem. Może kawałki kurczaka, frytki i buła z kurczakiem popite sokiem napchały mnie równie skutecznie, jak kilogramy smażonej kiełbasy i ocean piwa dawno temu. A może po moim mózgu krąży obraz divy z nieziemskimi cycami i stara się przebić do świadomości. Może. Dotknąć te cycki, posmakować je, objąć ustami pieścić językiem. To wszystko zaczyna być dostępne. Czuję na rękach tłuszcz, pozostałość o kurczaku. Ostrożnie wyjmuję chusteczki z kieszeni i starannie wycieram ręce. Chowając paczkę chusteczek, nie mogę nie dotknąć telefonu w kieszeni. Czuję ucisk w dołku. Znajome uczucie. Lada chwila przestanę myśleć. Zacznie się trans, który doprowadzi mnie do celu.

Wyjmuję telefon – przecież nikt nie powiedział, ze muszę pierzyć tę dziwkę, tylko zadzwonię, Pan Racjonalizator w mózgu wydaje się mieć rację. Miałem świadomość już rano, że tak to się skończy. Wyjmuję komórkę, i wciskam zielona słuchawkę. Podnoszę telefon do ucha. Dwa sygnały, słyszę głos. Niemal przeszywa mnie dreszcz. Rozmowa trwa krótko: co? Za ile? Gdzie przyjmuje? Kończę stałym tekstem: jak będę w okolicy, to się odezwę. Telefon ląduje w kieszeni. Zamykam oczy. Resztki zdrowego rozsądku mówią, żeby wracać na mieszkanie. Mam robotę do zrobienia. Ale to są resztki, niewielki promil mojego „ja”. Cały „ja” chcę rozpocząć rytuał.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii