RSS
 

Pora i sposób na podryw?

17 lis

Przychodzi baba do lekarza:

- W jakich porach pan przyjmuje?

- W sztruksach. – Odpowiada lekarz.

Tytułem wstępu, stary suchar.

Idąc przed miasto, kilka dni temu, kąsany lodowatą mżawką, patrzyłem przed siebie, starając się uchwycić co ładniejszą kobietę. Niestety. Pogoda nie tylko mnie przygarbiła. Skuleni, przygarbieni ludzie co prędzej zmykali do swoich docelowych miejsc. Dotarłem do przystanku. Po kilku minutach wsiadłem do tramwaju. Rozejrzałem się. Niewiele się zmieniło w postawie ludzi. Każdy zziębnięty, jedni stojąc, inni, siedząc, każdy wydawał się skulony. Jedna tylko kobietka siedziała, jakby poza zasięgiem siedziała, dumna, wpatrzona, gdzieś przed siebie, a jej rudo-brązowe włosy, spływały po ciele luźno, niczym woda, spływająca górskim potokiem.

Wieczorem, usiadłem i zastanowiłem się, czy natura nam sprzyja, niekiedy w podchodach miłosnych, czy w typowo, industrialnym świecie, gdzie technika wypędza wszelkie odruchy naturalności aura na zewnątrz nie odgrywa większej roli. Podobno miesiące maj – sierpień, to sezon randkowy. Pogoda, odkryte ciała i tak, jakby większa motywacja (wypływająca z obszaru poniżej brzucha, a powyżej kolan), do poznawania nowych osobników. Natomiast czas jesienno – zimowy, to czas snu i stagnacji.

Z historycznego punktu widzenia, to się nie sprawdza. Polskie ziemiaństwo, właśnie w zimie opuszczało swe majątki i zjeżdżało do miast, na karnawały. A tam się działo…

Czytałem też, jakiś czas temu, wywiad z odsiadującym karę oszustem matrymonialnym, który, z rozbrajającą szczerością przyznał, że prowadził coś, na kształt kalendarza pracy. Lato to sezon wszelakiej maści kurortów i miejscowości nadmorskich. Koncentrował się tylko na tych obiektach, w Polsce lub za granicą. Jesień spędzał w miastach. Galerie (nie handlowe), restauracje, bankiety. Zima, to sezon typowo górski, Stoki, hotele w pobliżu gór etc. Prawie cały rok pracował. Jak wyznał, tylko wiosna, była nieco lżejszym zawodowo okresem w roku.

A może to mit? Czy dziś pory roku kogoś obchodzą, skoro mamy:

Profesjonalizm i tradycja

 Biuro matrymonialne, to pewien archaizm.  Kilkanaście lat temu, przed nastaniem ery Internetu tego typu instytucje były nieco bardziej rozpowszechnione. Właściwie obok kącików towarzyskich w czasopismach, był to jedyny sposób  na zawarcie znajomości drogą niekonwencjonalną. Biura matrymonialne były, ale czy są nadal? Z biegiem czasu, rozwój portali randkowych w znacznym stopniu wyeliminował tradycyjne biura. Dziś nie ma śladu po takich instytucjach. Nie znaczy to jednak, że tego typu działalność zniknęła na dobre. Pozostały te największe. Kiedyś mieliśmy filie w każdym regionie kraju. Dziś z przyczyn ekonomicznych ograniczyliśmy siedziby do dwóch miast: Ustki i Warszawy – mówi pan Henryk, przedstawiciel jednego z biur matrymonialnych o ogólnopolskim zasięgu. – Działalność prowadzimy w całym kraju, tu ułatwieniem jest Internet, który jest pierwszym kontaktem − kontynuuje.  Wchodząc na stronę internetową biura widzimy możliwość wybrania płci, przedziału wiekowego oraz regionu. To nie wszystkie, resztę ofert oraz pełne profile osób z regionu można dostać po zalogowaniu się i co ważniejsze po wniesieniu opłaty członkowskiej. Ta może być różna: od 350 PLN do 200 euro, zależy, jaki wariant wybierzemy. W zamian mamy dostęp do bazy danych z kraju i zza granicy. – Po wniesieniu opłaty i uzupełnieniu swoich danych, klient określa kogo szuka, chodzi o wiek, region albo promień w jakim chce szukać, ewentualnie jakieś inne preferencje. My wtedy pomagamy szukać i wysyłamy dokumentacje z profilami osób, które mogą pana lub panią zainteresować. Przesyłka dostarczona jest emailem lub listem poleconym. Na kopercie nic nie wskazuje, że to korespondencja pochodząca z biura matrymonialnego. Gwarantujemy pełną anonimowośćmówi pan Henryk. Na pytanie o cenę opłaty członkowskiej przedstawiciel biura odpowiada: − Z definicji nasze biuro jest skierowane do osób poważnych. Kwota jest wysoka, to prawda, ale to pozwala nam oddzielić ludzi poważnych, którzy naprawdę kogoś szukają, od nieodpowiedzialnych ludzi szukających tylko przygody. Tacy częściej zakładają profile na różnych portalach internetowych. Ponadto zawsze staramy się weryfikować osoby, które się do nas zgłaszają, jeśli zdarzają się oszuści, bo tacy też się zdarzają, to natychmiast eliminujemy ich z bazy danych.  Pytam, o jakich oszustów konkretnie chodzi. – Przede wszystkim pilnujemy, żeby w profilu takiej osoby była prawda, jeśli dochodzą do nas sygnały, że coś się nie zgadza z informacjami, które są wpisane, prosimy o natychmiastowe wyjaśnienie. Zdarzało się, że ktoś pisał, że jest wolony, a w rzeczywistości miał żonę, albo miała męża. Z czymś takim walczymy. Wszystko zależy, jaki kaliber ma kłamstwo, jeśli pani odejmie sobie 3 kilogramy podając wagę, a pan doda sobie 3 centymetry w rubryce wzrost, to można wybaczyć – tłumaczy profesjonalny swat. Wydawać by się mogło, że czaty i portale randkowe są konkurencją dla tego typu działalności. Jednak okazuje się, że nie do końca tak jest.

Na rynku jesteśmy od ponad dziesięciu lat. Możemy pochwalić się sukcesami w tej materii. Są pary, dziś małżeństwa, które poznały się dzięki nam. Nie jestem przekonany, czy powstałe w Internecie portale zagrażają nam. Chyba swoją działalność kierujemy do innej grupy osób. Oni stawiają na ilość założonych kont, my na jakość. Oczywiście nie gwarantujemy nikomu małżeństwa, czy związku, bo jak podkreślam, my tylko pomagamy szukać. Co z tą znajomością zrobią nasi klienci, to już ich sprawa – wyjaśnia p. Henryk. Jak twierdzi mój rozmówca większość ludzi jest zadowolona, bo prędzej, czy później znajduje sobie kogoś przez biuro. Ciekawostką jest fakt, że na tego typu krok nie decydują się wyłącznie ludzie starsi. Najliczniejszą grupą jest grupa 30 – 40 lat. – Zdecydowanie więcej młodszych jest pań.  Panowie decydują się na naszą pomoc po trzydziestce, najczęściej przed czterdziestką. Natomiast panie wcześniej myślą o tych sprawach. Najmłodsze w naszej bazie mają dwadzieścia cztery lata. Pracują, albo są na ostatnim roku studiów. Z reguły jest tak, że nie znalazły nikogo przez okres studiów ani w swoim środowisku zawodowym, to na wszelki wypadek zgłaszają się do nas. To oczywiście nie przesądza sprawy, z reguły tacy młodzi ludzi po kilku miesiącach rezygnują z naszych usług, bo znaleźli sobie kogoś.

Wirtualny @mor

 Następcami biur matrymonialnych stały się czaty oraz portale społecznościowe i randkowe. Największy boom  dawno minął i niektórych portali już nie ma, a pokoje czatów świecą pustakami, ale można jeszcze kogoś poznać w wirtualnym świecie. Wchodzę na czat regionalny. Około siedemdziesięciu  osób. Rozpoczynam korespondencję.

Malinka okazuje się być maturzystką, której rodzice każą siedzieć i się uczyć, przez co ograniczają wyjścia. Jej zemsta jest słodka, zamiast się uczyć klika na czacie. Marta06 pracuje w jednym z urzędów, czat to forma relaksu, nie traktuje go poważnie. Po kilku minutach, to do mnie piszą obcy: Mark24 pyta, czy jestem bi, czy homo? Nie nawiązuję korespondencji. Ładna/Słodka za doładowanie konta w telefonie komórkowym oferuje pokaz na skypie. Zaznacza, że widać wszystko i mogę wydawać polecenia. Czat jednak nie był dobrym pomysłem, zamykam okno czym prędzej.

  Zakładam profil na jednym z najstarszych portali randkowych.  Kiedy wpisuję cechy poszukiwanej przeze mnie osoby (wiek, miasto) wyskakuje mi kilkadziesiąt profili. Przeglądam poszczególne strony. Członków tej społeczności można podzielić na trzy grupy:

-ludzi stanu wolnego, klikających z nudów i w formie zabawy, ale nie wykluczających poznania kogoś

-ludzi wolnych, ale starających za wszelką cenę zmienić istniejący stan, chociażby za pomocą sieci.

Ostania grupa składa się z ludzi „z przeszłością” i „po przejściach” dla których Internet ma być źródłem drugiej towarzyskiej lub miłosnej szansy. Wiedziony ciekawością nawiązuję kontakt.

Pierwszą osobą jest Angel, trzydziestopięcioletnia właścicielka sympatycznego uśmiechu. Rozwiedziona. Jak zaznacza w profilu, nie szuka przygód, a w ludziach szuka inteligencji, odwagi i szczerości. Jak pisze, portalu nie traktuje w stu procentach na poważnie, ale liczy, że może kogoś znajdzie.

Inaczej swoją obecność na portalu widzi Nadzieja. Ma dwadzieścia jeden lat, pasjonuje się fotografią, jak sama mówi nie jest do końca przekonana, co do tej formy znajomości. Portal traktuje bardziej jako społecznościowy niż randkowy i nie jest na nim szczególnie aktywna. Poznała kilku wirtualnych znajomych, ale znajomość ogranicza do portalu, jak twierdzi, nie widzi powodu zawierania bliższej znajomości.

Dla Ani Internet to sposób na znalezienie wymarzonego faceta, wymarzonego, czyli wysokiego i takiego, który co dzień będzie kochał mocniej i mocniej, z którym będzie „nadawać na tych samych falach”. Grażyna48 to rozwódka, po rozpadzie małżeństwa postanowiła iść z duchem czasu i w sieci poszukać kolejnej uczuciowej przystani. Jak twierdzi, mało jest miejsc, gdzie ludzie w jej wieku mogliby wyjść pobawić się i poznać. Poza tym portal, to duża oszczędność czasu. Kilka korespondencji i wiadomo, czy dalsza znajomość ma sens, czy nie. Niestety portal zawiódł jej oczekiwania. Jak sama mówi początkowo wyglądało to zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o facetów, to uważa, że nie ma w sieci facetów szukających normalnych relacji: − Większość szuka tu seksu, bo nie stać ich na prostytutki – pisze.

 Wszelka działalność mająca na celu kojarzenie par zawsze będzie budzić różne emocje. Dla jednych to wyraz nieporadności w pewnej płaszczyźnie życia, dla drugich coś normalnego – znak czasów. Po części jedni i drudzy mają rację. Ludzie zakładają konta na takich portalach, bo jest deficyt fajnych facetów, a taki portal zawsze daje nadzieję – mówi Agata, studentka  na pierwszym roku. Nie do końca zgadza się z nią Przemek, student ostatniego roku: − Kiedyś się bawiłem w takie wirtualne randki, ale dałem spokój, jednak najlepiej jest wyjść do ludzi. W necie, nigdy nie wiadomo, z kim się klika.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Kaja i jej koleżanka cz. 2

14 lis

Kiedy znaleźliśmy się w pokoju, ciekawość jej ciała przeobraziła się w niewyobrażalne napalenie. Jej zgrabna figura w połączeniu z wulgarną opalenizną i makijażem, była po prostu jednym, erotycznym wabikiem. Zacząłem łapczywie obmacywać jej ciało. Tak jak przypuszczałem, była wydepilowana. Jej cipka, nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale gdy złapałem w dłonie jej zgrabny tyłeczek, dotarłem niemal do granicy. Poczułem, że zaraz dojdę. Odsunąłem się. Kaja, nie próżnowała. Jej zgrabne dłonie w sekundzie uzbroiły mojego druha w gumę. Subtelnie położyła się na łóżku i rozchyliła nogi. Gdy zacząłem się w niej poruszać. Popatrzyłem na jej twarz, cycki, niewielkie i mocno opalone, płaski brzuch. Uświadomiłem sobie, że posuwam pewien rodzaj Barbie, może nie ten najbardziej na topie, ale jednak. Nie mam pojęcia, co było punktem zapalnym, ogólna sytuacja, jej uroda, paranormalne właściwości jej krocza. Poczułem nadchodzącą falę. Błagam nie – pomyślałem. Chciałem delektować się jej ciałem, posuwać we wszystkich możliwych konfiguracjach. Nie zdążyłem. Orgazm ogarnął każdą molekułę mojego ciała. Całość trwała może dwie minuty. Nie dowierzałem. Patrzyłem na nią i niedowierzałem, że to już. Delikatnie zsunęła prezerwatywę i zawinęła w płatek jednorazowego ręcznika. Podała mi następne trzy listki. Niedowierzanie było tak duże, że nawet nie zostawiło miejsca na zakłopotanie. Wybąkałem tylko: jesteś niesamowita.

- To miłe, dzięki. – Jej twarz nie zradzała większych emocji, na ułamek sekundy, dosłownie ułamek kąciki jej ust minimalnie drgnęły. Nie był to grymas szyderstwa, choć może też. Przede wszystkim była to mina, jaką robi starszy brat, który po raz setny pokazuje młodszemu trik, a młodszy wciąż nie wie, o co, tak naprawdę chodzi. Dopiero na klatce schodowej zrozumiałem. To był jej stały numer. Cały ten scenariusz, z bielizną, szybkim założeniem kalosza. I rozłożeniem nóg. Doskonale wiedziała, jak działa na facetów i jak to wykorzystać. Rozkładała szybko nogi i jeszcze szybciej je z powrotem składała. Dałem się wyruchać, jak jakiś gimbol. Wprost, nie do uwierzenia.

Poszedłem do chińskiej knajpki, zamówiłem ich firmowego kurczaka i przeżuwając kęs, za kęsem, rozmyślałem o tej cwanej divie. Wiedziałem, że muszę tam wrócić. Nie nasyciłem się jej cipką. To, co było godzinę temu, to była zaledwie uwertura. Koncert miał nadejść. Rozejrzałem się po nieco obskurnej knajpce. Nie wiem co mnie w niej tak bardzo urzekło, że z reguły chińszczyznę tam właśnie jadałem. Może to, że była praktycznie przy osiedlu, na którym mieszkałem? Odniosłem talerz i odszedłem w siną dal.

Kilka dni później znów odwiedziłem to mieszkanie. Tym razem wziąłem nieco pulchniejszą divę, ze szczerym uśmiechem. Miły był z niej przytulas. Sam seks zatarł się już w mojej pamięci, więc nie było fajerwerków, ale było przyjemnie. Kiedy było już po i ubierałem spodnie, spojrzałem na nią, leżącą na łóżku. Jak na dziwkę, wyglądała, nieprofesjonalnie. Zastanowiłem się, co się stało, że jest dziwką. Wyglądała na zwyczajną dziewczynę, powinna mieć zwyczajnego chłopaka i uprawiać z nim zwyczajny seks. Nie zadałem takiego pytania, takich pytań się nie zadaje, po prostu. (…)

Moja ręka porusza się coraz szybciej, biała substancja opuszcza moje ciało. I ląduje na muszli klozetowej, płytkach i spłuczce. Rwę kawałek papieru toaletowego i sprzątam po sobie. Wskakuję pod prysznic. Dwadzieścia minut później jestem ubrany. Kapitan wciąż śpi. Zamykam go w mieszkaniu i wychodzę. Wykonuję telefon, wszystko idzie zgodnie z moim planem. Prysznic pozwolił mi nieco dojść do siebie, ale wciąż czuję wczorajsze promile. Głowa, nieco bardziej ciężka, niż zazwyczaj, ale wiem, że lepszego momentu nie będzie.

Kaja otwiera w koszulce i majteczkach. Widocznie niedawno wstała. Pyta, czy chcę skorzystać z prysznica, kręcę głową. Przechodzimy do pokoju. Rozbieram się. Kaja ściąga koszulkę i majteczki. Naga kładzie się na łóżku. Widok jej nagiego ciała ożywił moje przyrodzenie. Dotyk jej piersi, wyprostował mój korzeń, ale do wystrzału było daleko. Zacząłem palcem pocierać jej wargi sromowe. Rozsunęła uda i nie pozostała dłużna, jej dłoń zaczęła mnie dodatkowo pobudzać. Delikatnym ruchem bioder wyeksponowałem kutasa bardziej. Jej ręka przyspieszyła. Teraz moje kąciki ust lekko drgnęły. Zatopiłem palec w jej rozkosznej jamce, która była cieplutka i rozkosznie miękka.

- Chcesz francuza? – Oho, nasza partia seks szachów nabiera rozpędu. – Pomyślałem.

- Jasne.

Jej głowa zaczęła rytmicznie pracować. Z satysfakcją patrzyłem na fiuta znikającego w jej buzi. Lubię te klocki, ale zdecydowanie nie jest to forma aktywności seksualnej, która miałaby doprowadzić mnie do orgazmu. Ale Kaja tego nie wiedziała. Gładziłem jej ciało zatrzymując się na zgrabnej półkuli pośladka. Faktycznie miała niezłe ciało. Dawałem jej dwa, do trzech lat w takiej formie, później przejdzie do okręgówki. Po kilku minutach dała za wygraną.

- Zakładamy? – Pokiwałem głową.

- Jeszcze nie. Połóż się, chcę cię posmakować. – Położyła się na plecach i rozsunęła lekko ugięte nogi. Położyłem się miedzy nimi i z niekłamaną rozkoszą patrzyłem na jej płaski brzuch, delikatnie wypukły wzgórek, jej szczupłe uda, wszystko skupiało się w jej wydepilowanej norce. Mój język rozpoczął taniec z jej wargami, po chwili lizania jej szparki, zanurkowałem językiem w jej wnętrzu. Jej cipka pachniała różanym żelem pod prysznic. Takiego używała Paulina. Nasyciłem swe zmysły. Diva założyła condom. Powoli, centymetr po centymetrze wjeżdżałem w nią. Nie spieszyłem się, wiedziałem, że tę godzinkę wykorzystam sumiennie. Powoli pracowałem w jej cipce. Spojrzałem na jej twarz, profesjonalistka, bez zbędnych emocji. Napawałem się jej ciałem, powoli, ale zdecydowanie pierdoliłem ją i patrzyłem z zachwytem na ten żywy pomnik sztuczności. Co z tego, że pod tą powłoką najprawdopodobniej kryje się pusta istota, którą ukształtowały rubryki z serii: „mój pierwszy raz”. Mojego chuja, to nie obchodzi. W pewnych kwestiach, my faceci, jesteś wręcz banalni.

Zgiąłem jej nogi w kolanach i złączyłem. Sam znajdując się na kolanach sparłem jej złączone stopy o swoją klatkę piersiową. Zabawa nabierała tempa. Teraz moje ruchy były szybsze, ręce położyłem na jej udach, zaczęła oddychać nieco głośniej. Jej zmieniony oddech spowodował, że z nową mocą naparłem na jej cipkę. Rozłożyła nogi, a ja mocno w nią wjechałem. Klasycznie, z boku, na jeźdźca, od tyłu. Co chwile zmieniałem pozycje, chcąc być w niej na każdą głębokości i pod każdym możliwym kątem. Kiedy klęknęła z wypiętą dupcią, złapałem za biodra i mocno pchałem, dobijając brzuchem do jej pośladków, czułem, jak moje jądra odbijają się od jej cipki. Wreszcie poczułem zmęczenie. Kiedy ponownie ją odwróciłem i natarłem między jej rozłożone nogi, poczułem, że niedługo nadejdzie kres tej zabawy. Trzymając w dłoniach jej rozłożone uda, pogalopowałem szaleńczym tempem. W końcu, moje działo wystrzeliło po raz drugi dzisiejszego dnia. Na moment, zawirowało mi wszystko przed oczami. Ale jazda. Popatrzyłem na twarz opalonej dziwki, oddychała szybciej, też nieco dostała w kość. No to remis – pomyślałem.

Chłodne przedpołudnie niemal mnie rozbroiło. Procenty dnia wczorajszego i dzisiejszy orgazm, sprawiły, że szedłem lekko zataczają się. Seks na kacu, to jednak swego rodzaju narkotyk. Wróciłem na mieszkanie. Kapitan dopiero się budził. Nic mu nie mówiłem. Nie sądzę, żebym zrobił na nim wrażenie. W końcu wszyscy żyliśmy wtedy w krainie absurdu.

Kaja była jeszcze, tak jak przewidywałem, kilka lat w branży, później zniknęła. Nie pamiętam, czy byłem jeszcze kiedykolwiek u niej, może. Kto  by to wszystko spamiętał. Z relacji Szwagrów dowiedziałem się, że lata mocnej opalenizny odbiły się na jej urodzie. Co ciekawe, ceny zostawiła te, z lat świetności. Dlatego z czasem zaczęły przeważać opinie, nie warto za taką kwotę korzystać. Ot, prawa rynku.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Kaja i jej koleżanka

08 lis

Powoli podnoszę się z łóżka. Uczucie ciężkości w głowie, nakazuje ponowne położenie się na wygniecionym wyrku. Wiem, że to nic nie da. Siłą woli trzeba wstać. Patrzę na swój pokój. Butelki, kartony po sokach o smaku jabłko-brzoskwinia. Było grubo. Na tekturowym talerzyku leżą nieco już przywiędłe ogórki konserwowe z pobliskiego dyskontu. Siadam przy stole. Palcem dociskam żółte okruszki po chipsach, które zostały na arcorocowym talerzu. Podnoszę palec do ust. Słony, chemiczny smak chipsa ożywia moje zmysły. Przełykam ślinę. Boli. Jednak nie pomogło. Wczoraj, siadając do pierwszej flaszki z Kapitanem, miałem nadzieję, że przepłukanie gardła czystą, pomoże. Jednak nie pomogło. No właśnie, co z Kapitanem? Idę do pokoju Miszy. Na łóżku Miszy leży rozścielony koc, na nim leży Kapitan, przykryty beżową narzutą. Usłyszał mnie i odwrócił się, patrzy na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

- Nie dam rady się podnieść, niezła banioszka była.

- Leż chłopaku, leż. – Wierzę, że zaniemógł, niech leży. Wracam do siebie. Patrzę w okno. Słońca gdzieś zniknęło, tylko chmury i kołysane zimnym wiatrem gałęzie, które o tej porze roku bardziej przypominają kikuty. Znów omiatam wzrokiem stół, pożoga wojenna. Co robić? Jestem zbyt słaby, żeby cokolwiek podziałać twórczego. Często, po takich właśnie imprezach, miewam coś w rodzaju wyrzutu. No przecież przez to, że wczoraj zachlałem, dziś zmarnuję więcej niż połowę dnia. Nigdy więcej. A z drugiej strony, czym niby mam wypełnić ten dzień? Zawsze w takich sytuacjach staje mi przed oczami Kubex. Jego współlokatorzy twierdzą, że można dzięki niemu regulować zegarki. O trzeciej zamykają klub. Trzecia trzydzieści Kubex jest na mieszkaniu. Być może ten fakt nie zostałby odnotowany przez jego współlokatorów, ale obecność tego zwyrola obwieszcza puszczany niemal na cały regulator Benny Bennassi. Spać idzie o czwartej, a o ósmej już jest na zajęciach. Facet jest nie do zdarcia.

    Dłonią przeczesuję włosy. Jeszcze raz rozglądam się po pokoju. Czuję lekki ucisk w podbrzuszu. Reakcje biochemiczne w moim organizmie przekształcają się w impuls, który moja świadomość przechwytuje, niczym sygnał od obcych. Już wiem, co zrobię. Idę do toalety, opuszczam gatki i biorę do ręki fiuta. Zaczynam powoli poruszać ręką. Kutas, jakby na to czekał, staje na baczność. Muszę się zbrandzlować…

(dwa tygodnie wcześniej)

Strona dostarczyła nowych ogłoszeń. Z zainteresowaniem śledziłem nowinki i opinie Szwagrów. Szczupła dziewczyna, fotka umiejętnie zrobiona, prezentowała zarys szczupłej figury. Co ciekawe, tylko zarys figury na ciemnym tle. Postanowiłem odwiedzić ją. Kiedyś, przy okazji. Według relacji Szwagrów, przyjmuje niedaleko mojego wydziału. W trakcie przerwy zadzwoniłem. Istotnie, diva o pseudonimie Kaja, przyjmowała niedaleko.

    Po zajęciach, niezdarnie próbowałem walczyć z ziemnym wiatrem. Zawsze tak jest. Co roku. Nie potrafię dobrać odzieży do pogody. Moja kurtka jest albo za cienka albo za gruba. Teraz była za cienka. W dodatku, nie miałem czapki, walczyłem jak mogłem. Pochylony, z głową do przodu parłem na przód, starałem się przebić głową niewidzialne, wietrzne ściany. Moja ręka powędrowała do kieszenie, musiałem sięgnąć po chusteczkę, bo zacząłem coraz częściej i głośniej pociągać nosem. Kiedy zwolniłem kroku, żeby móc skorzystać w końcu z chusteczki, dostrzegłem dziewczynę idącą w moją stronę. Również zwolniła i wyciągnęła chusteczkę. Okazało się, że w smarkaniu jesteśmy w stu procentach kompatybilni. Zauważyliśmy to oboje, nasze spojrzenia spotkały się. W naszych oczach zagościły iskierki uśmiechu. Trwało to może trzy sekundy. Minęliśmy się, każde z nas poszło w swoją stronę. Udało mi się dotrzeć do tunelu. Korzystając z chwilowej ciszy i braku przenikającego wiatru, ponownie zadzwoniłem do divy. Mogłem bez problemu przyjść. Blok, gdzie miała swoją pracownię był trzysta metrów dalej. Postawiłem kołnierz kurtki, choć i tak wiedziałem, że nie ma szans, aby ochronił mnie przed zimnem, wyszedłem z tunelu i poszedłem dalej. Przeciąłem plac zabaw i wszedłem między bloki. Szedłem wzdłuż bezbarwnego teraz żywopłotu i za chwilę zobaczyłem numer na bloku. Metaliczny brzęczek domofonu, odliczenie kasy, jeszcze na klatce i szybka wspinaczka na drugie piętro.

    W ciemnym przedpokoju, który oświetlony był tylko światłem docierającym z okien dwóch pokoi, bo bokach, przywitały mnie dwie młode divy. Pierwsza, z delikatnym nadmiarem kilogramów, w żółtej bluzeczce i dresach, chyba granatowych, była ładna. Ciemne włosy, sympatyczny uśmiech, taki szczery. Druga, była divą ze zdjęcia, poznałem po figurze. Kaja. Szczupła, wiotka, o brązowych oczach, stała tylko w bieliźnie. Fioletowy stanik, i różowe figi. To dziwne połączenie tworzyło pewien wabik. W Kai nie widziałem niczego szczerego, jej uśmiech był sztuczny, podobnie, jak całą ona. Twarz, pod makijażem, skóra, szczelnie pokryta opalenizną, zapewne z solarium, które minąłem po drodze tutaj. Trudno określić, rodzaj jej atrakcyjności. Z pewnością, daleko jej było do czarującej, zmysłowej, czy uroczej. Emanowała wulgarnością. Była tym typem dziwki, której obraz, najczęściej pojawia się w zbiorowej wyobraźni, gdy słyszymy słowo „dziwka”, „prostytutka”. Żeby było ciekawiej, to istotnie działało. Przynajmniej na mnie.

CDN

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Cycatka cz. II

30 paź

Tak rozpoczęła się moja przygoda z Cycatką. Nie minął tydzień, gdy urozmaiceniem popołudnia były odwiedziny mieszkania w olbrzymim bloku. Tym razem dochodziłem trzymając ją za biodra i mocno dobijając. Fale rozkoszy potęgował fakt, że jej ruchy sprawiały wrażenie złaknionych, nie wiedziałem, czy to ja dobijam, do dna jej pochwy, czy to ona z premedytacją nabija się na mój sztywny pal. Kto tu kogo dyma? Jestem zdania, że facet lubi porządzić w łóżku, ale nie ma co ukrywać, są kobiety, które rżną facetów, którzy, o ironio, nie mają świadomości, że są rżnięci.

Mijały tygodnie, później miesiące. Każda wizyta przynosiła coś nowego. Z przodu, z tyłu, z boku, między cyckami, z mega długim francuskim wstępem. Najczęściej nasze spotkania miały charakter wymiany barterowej. Towar, za towar. Jej orgazm, mój orgazm. Jakoś, pieniądze zeszły na dalszy plan. Oczywiście były, ale odniosłem wrażenie, że nie były najważniejsze. Podczas którejś z wizyt powiedziała, że dla mnie jest tylko jedna stawka, najniższa, tak zwany „kwadransik”, bez względu na to, ile u niej zostałem. Być może ponosi mnie pycha, ale chyba jej było po prostu dobrze, symboliczna kwota była potrzebna, po to, żebyśmy oboje pamiętali, co leży u podstaw naszej relacji.

Jesienny poranek nie napawał optymizmem. Patrzyłem na stalowo-granatowe niebo i z obrzydzeniem myślałem o dniu rozpoczynającym się od dwóch godzin wykładów. Osad, w kształcie okręgu pozostał na wysokości trzech czwartych sporego białego kubka z grafiką przedstawiającą piracki statek. Dopiłem resztę kawy. Niespieszenie ubrałem kurtkę i buty. Pierwszym uczuciem po wyjściu z klatki było niemiłe zimno na twarzy. Najchętniej uciekłbym z powrotem do łóżka. Odnoszę zwycięstwo nad swoim charakterem. Zaciskam zęby idę w stronę przystanku. Kolejny podmuch wiatru, przynosi myśl. Ledwie zakiełkowała, a już rozrosła się w całym mózgu, niczym chwasty na nieuprawianym polu. Patrzę przed siebie, niecałe sto metrów dzieli mnie od przystanku. Moja ręka wędruje do kieszeni, wyczuwam obudowę telefonu. Jest zbyt wietrznie, żeby rozmawiać. Idę pod dużą tablicę z ogłoszeniami. Jest nieco spokojniej. Zamieniam kilka zdań przez telefon. Już wiem. Nie idę w stronę przystanku. Skręcam i idę chodnikiem, którego płyty przypominają falę na morzu. Znam drogę na pamięć. Przycisk domofonu i brzęk, który zwiastuje orgazm w najbliższej przyszłości. Otwiera mi drzwi, jest w zielonej koszulce, która sięga niemal do połowy jej oliwkowych ud. Czuję ucisk w podbrzuszu. Dopiero wstała. W teorii, mieszkania, gdzie przyjmowani są klienci, to tylko miejsce pracy. Kiedy jednak przebrnie się przez ten obszar klient – dziwka, nawiąże się jakąkolwiek nić relacji, okazuje się, że nie jedna mieszkaniówka, to nie tylko miejsce pracy, ale też mieszkanie. Wiedziałem, że Cycatka też tu mieszka.

- Brzydka pogoda, prawda?

-Bardzo, nie chce się wychodzić – zaczynam się rozbierać.

- Mam zapasy w lodówce, siłą mnie nie wyciągną, cały dzień przeleżałabym pod kołdrą. W sumie to mnie obudziłeś tym telefonem, nie spodziewałam się takiej pobudki – uśmiecha się i podchodzi do łóżka.

- Sorka, ale jakoś tak pomyślałem o tobie skoro świt. Zostałem tylko w majtkach, które przypominają namiot. Smukłe dłonie mojej egzotycznej piękności chwytają zielony materiał i unoszą go do góry. Patrzę na nagie oliwkowe ciało, odbiera mi rozum. Łapię ją za pośladki i przyciągam do siebie.

- Ciii, masz zimne ręce, brrr.

Oboje naturalnie przemieszczamy się w stronę łóżka, osuwamy się na jeszcze ciepłą pościel. Diva leży na plecach, leżę na niej, między jej nogami, z głową na jej brzuchu. Nasze ręce są splecione, mocno. Chucham na jej brzuch i ogrzewam o skórę swoje policzki. Jej skóra jest miękka, nie mogę o niej powiedzieć, że jest nieskazitelna, bo w pewnym sensie nosi ślady użytkowania, ale jest w tym coś dziwnego, zupełnie, jakby kurestwo czyniło ją bardziej szlachetną. Zaczynam delikatnie całować jej brzuch, spokojnie, kilka cmoknięć, czy też muśnięć ustami i powoli przemieszczam się w stronę krocza. Znam jej cipkę na pamięć. Każdy odcień, każdą fałdę skóry. Zaczynam obsypywać ją pocałunkami. Wargi, łono, wewnętrzną stronę ud, pachwiny. Moje ręce, już ogrzane, przemieszczają się na średniej wielkości cycuszki. Delikatnie ugniatam, przez króciutką chwilę, później poje palce kreślą okręgi wokół brodawek. Jednocześnie pocałunki koncentrują się na wargach. Biorę w usta jej wargi, nie ślinię, nie ssie, po prostu biorę je do ust. Jednocześnie jedna ręka przesuwa się na jej brzuch. Zaczynam muskać cipkę językiem. Nie ma czasu i przestrzeni poza jej ciałem. Moim całym uniwersum jest obrabianie jej oralnie. Nie ma nic poza tym. Po kilku minutach, jej uda rozsuwają się szerzej. Stara się wyeksponować jak najlepiej swoją magiczną szparkę. Szybko spoglądam na jej twarz. Znam jej reakcje. Unosi głowę, przymyka oczy oddycha przez nos, jej oddech staję się inny. Delikatnie falujące nozdrza potwierdzają moje przypuszczenia, idę dobrym szlakiem. Po kolejnych kilku minutach, jej oddech przechodzi w świst, rozkłada jeszcze szerzej nogi, unosi biodra. Po piętnasty, może dwudziestu minutach, jej biodra, kilka razy unoszą się do góry, przywieram ustami do jej motylka. Skręca głowę w prawo i wydaj słodki pomruk. Wiem co teraz nastąpi. Zacznie zbliżać do siebie nogi, to znak, że „już”. Pozwalam jej złożyć nogi, delikatnie unosząc się na łokciu. Kładę się na jej brzuchu, kojące ciepło i miękkość rozleniwia. Obejmuję jej biodra. Leżymy. Mija kilka minut. Cucatka podnosi się.

- Połóż się. – Wiem co teraz nastąpi. – Wezmę ci Wacusia do buzi. – Kładę się na plecach, pała sterczy. Teraz to kręcone włosy w uroczym nieładzie znajdują się miedzy moimi nogami. Patrzę na jej twarz, wydaje się być naprawdę zaangażowana w swój oralny występ. Lubię to, ja jednak się nie spuszczam. Daję sobie kilka dobrych chwil, zanim Cycatka zakłada prezerwatywę. Kiedy już przeźroczysty materiał przystroił mój organ, wchodzę w nią, unoszę jej jedną nogę i posuwam klasycznie, jeszcze dwa razy zmienimy pozycję, zanim ogarnie mnie mała śmierć i wypluję z siebie nektar. Po wszystkim, prysznic, zamieniamy ze sobą kilka zdań. Kiedy ubieram się, chodzę po pokoju. Gdzieś w środku do głosu zaczyna dochodzić sumienie. Myślę o rodzicach, gdzieś daleko, wypruwają sobie flaki, żebym mógł tu żyć w godnych warunkach, a ja zamiast na uczelnię idę do kurwy i zostawiam u niej pieniądze. Źle się z tym czuję. Na szczęście jakaś część mnie zgniata te myśli i wyrzuca do mentalnego kubła na śmieci. Jakaś magiczna ręka kreśli na mojej korze mózgowej zdanie: „pierdol poczucie winy”.  Wychodzę, na uczelnię docieram w południe.

Czytam, stukam w klawiaturę komputera, idę zrobić sobie herbatę z cytryną. Jest wieczór. Co prawda, nie ma jeszcze dziewiątej, ale za oknem panuje niemal mrok. To jeden z tych wieczorów, kiedy trudno znaleźć sobie miejsce. Sam nie wiem, czego mi się chce. Nie mam ochoty na film, książka mnie nie zainteresowała, na piwo ze znajomymi też nie mam ochoty wychodzić. Brak pomysłu na cokolwiek. Ubieram się i wychodzę. Bez względu na pogodę i temperaturę, zawsze lubiłem spacerować. Nie wiem jeszcze gdzie pójdę, najważniejsze, żeby się ruszyć. Wieczór jest cieplejszy niż przypuszczałem, to dobrze, bo chcę spacerować co najmniej godzinkę. Idę bez celu, krok za krokiem, metr za metrem(..) Sam nie wiem jak to się stało, że patrzę na jej egzotyczną buzię i powoli rozpinam spodnie. Zupełnie, jakby jakaś dobra wróżka dotknęła mnie różdżką i przeniosła do tego pokoju. Pokój jest oświetlony jedynie nocną lampką. To drugi pokój, okazuje się, że mieszkanie ma kuchnię, łazienkę i dwa pokoje. W tym jeszcze nie byłem. Jest mniejszy, panuje w nim porządek. Podobno w tym większym siedzi koleżanka, która przyjechała w odwiedziny. Patrzę zaskoczony.

-Ona wie – pada szybkie wyjaśnienie. Oboje jesteśmy nadzy. Kładę się na kanapie i zagarniam ją ręką w taki sposób, że stoi przy mojej głowie. Jakby czytała w moich myślach. Dosiada mnie niczym konia, ale odwrotnie. Jej cipka znajduje się bezpośrednio nad moją twarzą. Opiera się rękami o moje nogi i jej usta zaczynają. Rękami chwytam za pośladki i łapczywie pożeram jej cipkę. Liżę, połykam, jem jej cipkę. Palcami, językiem, badam każdy centymetr jej różowego nieba. Penetruje jak najgłębiej językiem jej zakamarki. Diva nie pozostaje dłużna atakuje mojego kutasa na różne sposoby. Rozchylam jej cipkę placami wylizuję i znów zanurzam język. Blisko godzinę trwaliśmy w tej pozycji. W końcu jej ciałem wstrząsnął dreszcz, a z mojego fiuta pociekł nektar. Przywarliśmy do siebie, do chwili, aż nasze ciała się uspokoiły. To nas w pewien sposób zbliżyło.

Cycatka zawsze była pod ręką, ale kraina burdelowo była zbyt duża, żeby koncentrować się tylko na jednej divie. Przez ponad rok zdążyłem nieźle poznać ten cudownie zakazany świat. Zawsze do niej wracałem. Powoli mój kompas przestał wskazywać właściwy kierunek, niczym okręt płynąłem wprost na skały, ale jeszcze na statku trwał bal i nikt nie patrzył, co się kryje za horyzontem.

Od wczoraj mam kłopoty żołądkowe. Częste wizyty w toalecie doprowadzają do szału. Medykamenty z pobliskiej apteki, złowrogo patrzą na mnie z półki w kuchni. Niby już coś wziąłem, powinno pomóc, ale jakoś nie pomaga. Pomyślałem, że jest tylko jedno lekarstwo. Lekarstwo na wszystko. Nie minęło pół godziny. Już byłem w Cycatce. Sprężyście dymając, ugniatałem jej cycka, gdy – jak zasram jej pościel w trakcie seksu, więcej się nie pojawię – przerażająca myśl zaatakowała znienacka. Szczęśliwie dobiłem do końca, bez żadnych obrzydliwych ekscesów. Wracając na mieszkanie, spojrzałem na zegarek, blisko półtorej godziny bez wizyty w WC. Pomogło – powiedziałem sam do siebie, czując w ustach smak egzotycznej cipki. Ostatecznie nie dowiedziałem się, co pomogło, cipka Cycatki, czy substancje z apteki. To był właśnie taki czas. Moja fascynacja burdelowem sięgnęła zenitu. To już nie była mroczna kraina, którą przemierzałem potajemnie. To stało się moją życiową filozofią, odpowiedzią i lekarstwem na wszystko. Zawód miłosny, niepowodzenie na uczelni, kłótnia ze znajomymi, nie ma sprawy, burdelowo było panaceum na wszystko. Nawet na sraczkę.

Przeprowadzamy się z Aleksem. No chłopaku, teraz będziemy mieli do siebie bliziutko. Informacja zakończona była najbardziej charakterystycznym śmiechem jaki znałem. Śmiechem Kapitana Planety. Kapitan Planeta albo po prostu Kapitan, to osoba, która oprócz Miszy była mi zdecydowanie najbliższa z brygady. Podobnie jak ja z Miszą, trzymali się razem z Aleksem od pierwszego roku. Poznaliśmy się na dużej, pijackiej bibie. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. To był jeden klimat. Niezliczone ilości alkoholu, niezliczone godziny, które upływały na ćpaniu, podrywaniu i rozmowach. Piękny czas, nie wszystko było tak, jak trzeba, ale ten czas, był piękny. Aleks z Kapitanem byli dwa lata dłużej w studenckim światku, zdążyli przerzucić akademik z trzy mieszkania. Teraz mieli mieszkać na sąsiednim osiedlu. Kiedy Kapitan do mnie zadzwonił, mieli oglądać mieszkanie, jeśli wszystko dobrze by poszło, pozostawała kwestia parapetówki. Nikt sobie nie zaprzątał głowy, tym, że przyjęcie typu parapetówka, to przyjęcie po nabyciu mieszkania. Najważniejsza była okazja. Kapitan ponownie zadzwonił wieczorem. Wynajęli mieszkanie. Pozostało ustalić termin pijaństwa określonego, jako parapetówka. Przyszły tydzień. Ok.

Za tydzień, ruszyliśmy z Miszą do chłopaków. Oprócz nas mieli być wszyscy. Kiedy Kapitan podał adres, coś mnie tknęło, ale zignorowałem to. Weszliśmy na sąsiednie osiedle. Przed nam stał monumentalny mrówkowiec, na nim numer. No oczywiście! Jak mogłem zapomnieć, przecież to tego numeru szukałem kiedyś, jak po omacku. To przecież tu urzędowała Cycatka. Zatrzymałem się. Musiałem to wszystko poukładać w głowie.

- Idziesz, czy będziesz się gapił na ten blok? – Misza jednak nie dał mi pomedytować nad tym, co los chce mi powiedzieć. – Jeszcze nic nie pił, a już zawieszony jak condom na czujce pożarowej (jak ktoś potrzebuje wyjaśnienia piszcie w komentarzach). – Misza nie ustępował. Chłopaki mieszkali dwie klatki dalejj. Uff, trochę byłoby krepujące spotkać exotic dziewoję na klatce, poza tym, z jej urodą nie możliwe, żeby jej chłopaki nie zauważyli. Puk, puk, drzwi otwierają się uśmiechnięta twarz Kapitana zwiastuje, że ten wieczór będzie udany.

- Siemaneczko, co tam! Wchodźcie.

Weszliśmy na dosyć ciasny przedpokój, przybicie piątki z każdym, ehh i czas zacząć. Po godzinie dotarli wszyscy. Drineczki, muzyka, towarzystwo, zabawa nabrała rumieńców. Dziesiątki tematów, salwy śmiechu i atmosfera, która wręcz była przesycona dobrą energią. Jedynym miejscem, gdzie można było nabrać oddechu, był mikrobalkon, gdzie wychodziło się na papierosa, dlatego nabranie powietrza było czysto metaforyczne. Akurat paliliśmy z Kapitanem, obaj mocno podchmieleni, w doskonałych nastrojach. Spojrzałem dwie klatki w bok. Z ósmego pietra, od chłopaków, łatwo widziałem wejście do klatki, gdzieś tam, wśród tych wszystkich okien było okno na drugim piętrze. A może.. – pewna myśl – Nie, nie – przywołałem się do porządku. – A może jednak? – To było silniejsze ode mnie.

- Słuchaj, muszę wyjść na chwilę.

- Gdzie? Po co?, Co jest? Nigdzie nie wychodzisz! – Kapitan patrzył zdezorientowany.

- Muszę kupić fajki.

- No przecież mnie częstowałeś, masz prawie całą paczkę.

- No muszę się przejść, bo trochę mnie zmuliło.

- No wiem, że banioszka niezła jest, ale chłopaku, nie uciekaj jeszcze.

- Nie uciekam, wrócę.

Zacząłem kierować się do drzwi. Nie chciałem, żeby Kapitan podniósł temat przy wszystkich, bo to wywołałoby za duże zainteresowanie.

- Chłopaku, jak nie wrócisz, to się nie odzywam. – Kapitan nie ustępował. Już na klatce, przeskakiwałem po dwa, trzy stopnie. Nakręcony mieszanką popędu i alkoholu, pędziłem przed siebie. W dosyć szybkim czasie zbiegłem na parter. Wyszedłem z klatki i udałem się w przeciwnym kierunku. Jeśli ktoś patrzył na mnie z okna, nie chciałem, żeby wiedział, gdzie idę. Okrążyłem blok dookoła i wszedłem do właściwej klatki. Nie dzwoniłem, nie umawiałem się. Wszedłem prosto na drugie piętro i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Zadzwoniłem i znów zapukałem. Wiedziałem, że prędzej, czy później otworzy. Po drugim dzwonku, usłyszałem kroki z drugiej strony drzwi, zrobiłem błagalną minę do wizjera. Szczęk zamka, w uchylonych drzwiach, pojawiła się ona.

- Cześć, późno jest, ja już nie przyjmuję dziś.

- No wiem, ale tylko na kwadransik. – Moja mina przybrała wyraz błagalny, na wpół z ironicznym. Drzwi otworzyły się na dobre. Wszedłem z poczuciem ulgi.

- Wyjątek, nie rób tak więcej.

Szybko poszliśmy do łóżka, nie było fajerwerków, kilka, może kilkadziesiąt ruchów tam i z powrotem. Spuściłem się w lateksowy zbiorniczek, na końcu gumiaka. Ubrałem się szybko, cmoknałem divę w policzek o wyszedłem. Alkohol, w połączeniu z eksplozją doznań zawierającą się w orgazmie wprawił mnie stan lekkiego oszołomienia. Wyszedłem przed klatkę i bardzo spokojnie ruszyłem do chłopaków na balangę. Chłód nocnego powietrza potęgował megahaj. Kiedy dotarłem do mieszkania Kapitana i Aleksa, wszyscy byli już w szampańskiej ekstazie, niektórzy nawet zdążyli puścić pawia. Nie wiem, czy fluidy ukształtowały się wokół mnie, niczym kolejna warstwa aury, a może Kapitan strzelał, ale usłyszałem:

- Ruchałeś chłopaku, widzę; (dawka śmiechu)

- Ehh, (mój uśmiech)

W tym momencie w drzwiach kuchni zobaczyliśmy Judytę. Stała i patrzyła na mnie z niedowierzaniem i odrobiną oburzenia.

- Wyszedłeś z imprezy i poszedłeś ruchać?! Jesteś wykolejony!

Spojrzeliśmy po sobie we trójkę. Chwila milczenia i głośny śmiech Kapitana zdominował nasz mały świat. Kolejne kolejki. Ktoś wyciągnął skręta. Kiedy dotarł do mnie, dwie dosyć spore chmury zaczęły krążyć po moim organizmie. Kolejne godziny zmęczyły ludzi, każdy gdzieś przysiadł i dogorywał. Ja siedziałem z Aleksem przy komputerze. Aleks pokazał mi najnowsze znalezisko. Piosenkę Ace of Base, „Beautiful Life„, teledysk do piosenki zrobiony był z czarnobiałej kroniki filmowej przedstawiającej III Rzeszę. Absurdalne i niesamowicie wkręcające. Siedzieliśmy przed komputerem jak urzeczeni. Słuchając tekstu piosenki i patrząc na filmik, poczułem, że coś w mojej głowie puściło, nastąpiło coś nieodwracalnego. Tak, jakby jakaś siła we Wszechświecie chciała mi powiedzieć, że przeszedłem na ciemną stronę mocy. Jeśli moje dotychczasowe „dokonania” można było uznać, za chwilowe wyskoki w krainę cieni, to teraz zrozumiałem, że powędrowałem za daleko w krainę ciemności i raczej nie będzie powrotu. Czy wystraszyło mnie to? Raczej nie. Pomyślałem, że będzie, co ma być i sięgnąłem po butelkę piwa.

Z Cycatką miałem kontakt mniej więcej dwa i pół roku. Pewnego dnia po prostu zniknęła. Jakby nigdy nie istniała.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Jeszcze o atrakcyjności

26 paź

Porozmawiajmy jeszcze o atrakcyjności.                                                                                             akt

Z męskiego punktu widzenia laska może być ligowa albo ch..wa. To taki podstawowy podział. Jest on bardzo ubogi i nie oddaje całej istoty sprawy. Po pierwsze, od czasów starożytnych wiadomo, że o gustach się nie dyskutuje, piękno jest w oku patrzącego i każda potwora znajdzie swego amatora. To prawda. Do tego trzeba jeszcze dodać, że człowiek to składowa wielu, naprawdę wielu części. Chociażby ciało. Ileż to razy słyszałem albo sam wygłaszałem opinię: „tak ogólnie, to nieciekawa, ale cycki, coś pięknego..”. W miejsce cycków, można wstawić (pierwotnie miałem napisać włożyć, ale zabrzmiałoby to lubieżnie) dowolną część ciała. Najczęściej tyłek albo nogi. To oczywiście taki, najbardziej prymitywny ogląd. Z wiekiem zwraca się uwagę na więcej szczegółów. Dłonie, stopy, łydki ramiona, plecy, twarz, figura. Zwróćmy uwagę na samą głowę i twarz; rysy twarzy, usta, policzki, oczy, włosy. Tak, z czasem, kiedy wyrośnie się ze „Słonecznego patrolu” kobiece ciało staje się czymś niemal mistycznym. Można je nie tylko podziwiać, ale wręcz kontemplować. Niestety, a może na szczęście, koneserów kobiecego ciała jest stosunkowo niewielu.

Po zachłyśnięciu się ciałem przychodzi czas na wnętrze. Uosobienie, charakter, czy chociażby sposób podejścia do spraw tak prozaicznych, jak codzienne życie , to kolejne pole do obserwacji. Co ciekawe, kiedy omami nas ciało, nawet najbardziej nieznośne cechy charakteru nabierają w przedziwny sposób pewnego uroku. Oczywiście nigdy albo prawie nigdy nie jest tak, że uroda jest w stanie całkowicie przykryć charakter, ale z pewnością pomaga stać się z wiedźmy uroczą złośnicą.

A co z gwiazdami?

Osobną kategorią są najprzeróżniejsze gwiazdy i gwiazdki. Myślę, że niejedna niewiasta i niejeden kawaler poczuł się nieciekawie, gdy jego, jeśli nie druga połówka, to chociaż bliska osoba zapiszczała albo westchnęła przed plakatem lub telewizorem. Pamiętam, jak siedziałem na łóżku z dwiema koleżankami, oglądaliśmy telewizyjny show. Gwoździem programu miał być moment, jak Paweł Małaszyński pokaże pośladki. Dziewczyny dosłownie zapiszczały, niemal dostały spazmów. Moja mina musiała być nieciekawa, bo jedna z nich pomasowała mnie po udzie i powiedziała: też jesteś niezły. Nie pomogło to za wiele. Co do gwiazd i gwiazdeczek, przeczytałem kiedyś artykuł, który być może nie był profesjonalnym badaniem socjologicznym, ale jak dla mnie miał sens. Licznymi westchnieniami do znanych ludzi kierują dwa mechanizmy, pierwszy to matematyka. Założeniem artykułu było to, że każdy z nas podoba się jednej osobie na dziesięć. Po prostu. Na dziesięć osób płci przeciwnej, jednej wpadniemy w oko. No, to teraz trzeba się zastanowić, ile osób w życiu codziennym mijamy. Przede wszystkim szkoła/praca, dom i okolice, ewentualnie, dla aktywnych jakieś koła zainteresowań. Powiedzmy, że około stu osób spotykamy. Czyli idąc tym tropem, dla dziesięciu będziemy atrakcyjni. Teraz powiedzmy, że kobieta/dziewczyna oprócz pracy, czy szkoły, śpiewa w chórze. Chodzi na próby, jeździ na występy i łącznie obejrzało ją pięć tysięcy facetów. Dla pięciuset będzie atrakcyjna. Jeśli przełożymy to na wieloaminowe produkcje i widzów liczonych w setkach tysięcy lub w milionach, to łatwo zobaczyć, dla ilu ludzi dany aktor, czy aktorka będzie atrakcyjna. Dowodem na to, co opisałem są gwiazdeczki internetowe, którym różne fb, insta itp. umożliwiły zaistnienie.

Po ciemnej stronie

Wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale jest też ciemna strona mocy. Gdybyśmy mogli powiedzieć ładny/ładna, brzydka/brzydki. Ewentualnie miły/niemiły, byłoby prościej. Ale tak nie jest. Po raz pierwszy spotkałem się z tym określeniem na studiach. Wtedy nie za bardzo zrozumiałem o co w nim chodzi. Z czasem dotarło do mnie, że chodzi w nim coś znacznie więcej. To określenie, to: „odrażająca z wyglądu i charakteru”. Ma ono naprawdę pewną głębię w sobie. Generalnie sama atrakcyjność jest swego rodzajem dialogiem wewnętrznym. Coś jest „na plus” w kimś,  coś nie jest. To i to nam się podoba, a coś nie. Ale poza tym wszystkim, jest gdzieś pewna granica. Granica, jak ją nazywam biologiczna. Jeśli ta granica nie jest przekroczona, to żadna relacja nie może wejść w jakiekolwiek stadium. No way. Właśnie w takich przypadkach ktoś dla nas albo my dla kogoś będziemy odpychający wizualnie i mentalnie. Nic się na to nie poradzi tak po prostu jest.

Jako ciekawostkę mogę podać, że kiedy zrezygnowałem z pracy w korpo, na rzecz państwówki, to z przerażeniem spostrzegłem, że wokół mnie większość kobiet, jest odpychających z wyglądu i charakteru. Dlatego, jeśli czyta to jakiś młodzian szukający pracy i dziewczyny, powiem jedno: idź chłopie do sektora prywatnego, tam jest finansowy lukier i dobre dupy. W sektorze państwowym zostały ochłapy.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Cycatka

24 paź

Miała nick „cycatka”, nigdy nie spytałem skąd pomysł na taki właśnie, pseudonim, powiedzmy, artystyczny. W końcu jej piersi, nie wyróżniały się niczym. Raczej średniej wielkości, lekko obwisłe, może po porodzie albo po prostu ugniecione przez tysiące rąk. Jej cycki, nie były czymś wyjątkowym, ale ona sama była na swój sposób inna niż reszta. Oliwkowa cera, naturalnie kręcone włosy, które zawsze lekko w nieładzie dawały do zrozumienia, że ich właścicielka jest na tyle pewna swej urody, że nie musi pindrzyć się przed lustrem godzinami. I oczy, oczy w kolorze mlecznej czekolady Wedla, dopełniały zjawiska. Jeśli dodać jej średniej wielkości cycuszki i odrobinkę za szerokie biodra, to ujrzymy kobietę o nad wyraz egzotycznej urodzie. Była jedną z pierwszych div, które odwiedziłem po odkryciu świata Strony i Forum, byłą jedną z pierwszych, którą odwiedziłem, nie jako debiutant, ale jako Szwagier. Gdy w pamiętny wieczór przejrzałem Stronę, wiedziałem, że nie będzie to długo trwało, gdy wejdę w ten świat. I nie trwało. Dwa dni później spacerowałem po mieście, kiedy nieudolne zakupy zaczęły mnie nużyć, sięgnąłem telefon i wybrałem w pamięci numer. Było to dla mnie tak oczywiste, jak czynność oddychania. Skoro odkryłem tę krainę, nie mogłem odejść obojętny, to się nie mogło tak skończyć. Idąc spokojnie po szarej, chodnikowej kostce słuchałem kolejnych sygnałów.

- Halo? – odezwał się w końcu kobiecy głos.

Szybko rozejrzałem się wokół, czy nikt nie idzie zbyt blisko mnie i grzecznie powiedziałem, w jakiej sprawie dzwonię. Odpowiedziała, gdzie przyjmuje, ile liczy sobie za spotkanie i czego mogę oczekiwać za te pieniądze. Nawet się ucieszyłem, bo okazało się, że mieszka, czy też pracuje niedaleko ulicy, gdzie my z Miszą wynajmowaliśmy mieszkanie. Los sprzyja gotowości umysłu. Idąc do mieszkania, zawitam na ulicę, którą podała mi diva. Byłem zadowolony. Zawróciłem o sto osiemdziesiąt stopni i radosnym korkiem rozpocząłem marsz w kierunku nowych doznań. Mijani ludzie zdawali się być mniejszymi niż byli, moje pole widzenia ograniczyło się tylko jednego celu, ulicy z divą. Chodnik przybrał kształt aerodynamicznego tunelu, na jego końcu już widziałem otwierający się świat. Z centrum do siebie szedłem około pół godziny. Gdy już znalazłem się w pobliżu ulicy zadzwoniłem. Wszystko w porządku, mogłem ją odwiedzić. Podała numer bloku. W końcu znalazłem się na mojej wymarzonej ulicy. Uważnie szukałem podanego numeru. Jeden blok, kolejny, dotarłem do skrzyżowania. Kolejny blok, sklep. Popatrzyłem na numer który widniał na przerdzewiałej, odrapanej tabliczce. Za daleko zaszedłem. Wróciłem się, ostatni blok przed skrzyżowaniem, to numer z kolei za mały. Uważnie rozejrzałem się po osiedlu, no przecież musi gdzieś być – pomyślałem. Jeszcze raz przeszedłem przez przejście, obszedłem sklep dookoła, nic z tego, za sklepem, mała uliczyna, to już inna uliczka. Poszedłem wzdłuż głównej alei cały czas prosto, numery rosły, rosły, a po „moim” bloku nie było śladu. Zawróciłem. Po raz kolejny wyciągnąłem telefon. Usłyszałem, że to bardzo duży blok, w pobliżu skrzyżowania, na pewno znajdę. Nigdzie, jakby wyparował albo zapadł się pod ziemię. Niewinne odwiedziny u kurewki zaczęły przypominać jakąś szaloną wyprawę po złote runo. Do pewnego stopnia sprawiało mi to frajdę, takie szukanie adresu, zupełnie jak harcerz albo tajny agent (wiem, że pisałem o tym wcześniej, ale naprawdę, sprawiało mi to nieziemską frajdę). Kilkanaście metrów dalej stały blaszane budki, jakieś zieleniaki, pomyślałem, ze tam mi ktoś podpowie. Siwa kobieta o żywym uosobieniu, była przekonana, że to po przeciwnej stronie ulicy, jaj łagodny mąż nie był pewien.

- A co tam jest? – Zapytała kobieta.

 - Nic, koleżanka tam mieszka. – odparłem szybko. Zakamuflowany burdel, idę poruchać – miałem ochotę odpowiedzieć.

- To niech koleżanka wyjdzie po kawalera. – Kobietę nie opuszczał dobry nastrój.

- No niestety, leniwa jest. – Odpowiedziałem z uśmiechem i poszedłem z powrotem na przejście dla pieszych. W ciągu godziny przeszedłem to przejście tyle razy, że ludzie stojący na przystanku obok, zaczęli na mnie zerkać, jak na jakiegoś czubka. Chyba za piątym połączeniem Cycatka naprowadziła mnie na właściwy trop. Za sklepem przy skrzyżowaniu był tunel, trzeba było nim przejść i dopiero wtedy zrozumiałem, basen, biurowiec i sklep sprytnie ukryły mrówkowiec, którego do godziny szukałem. Szara płyta, połączona w monstrualnie długi budynek mieszkalny, typowo socjalistyczny twór. Twory takie można było spotkać wszędzie, w każdym mieście. Pierwsza klatka, patrząc na plakat reklamujący szkołę tańca, po raz kolejny podniosłem słuchawkę do ucha. Wcisnąłem przycisk domofonu, drugie piętro, drzwi obite boazerią, która swój kolor przegrała w starciu z czasem. Pukam, dźwięk, jaki słyszę każe mi przypuszczać, że deseczki na drzwiach nieco wyschły, przez co wytworzyła się pewna przestrzeń między nimi, a właściwymi drzwiami. Otworzyły się drzwi, w ciemnym przedpokoju zobaczyłem kobiecą sylwetkę, która zaprosiła mnie do środka. Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym stało łóżko, a okna choć miały firanki uzbrojone były w żaluzje. Rozebraliśmy się i zaczęliśmy figle w łóżku. Nie pamiętam tego pierwszego seksu z Cycatką, ale tak właśnie poznałem Cycatkę.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Wstydliwa aborcja, przemyślenia po „Botoksie”

22 paź

Ostatni film Patryka Vegi, „Botoks”, jeśli ktoś nie wie, jeszcze przed premierą rozgrzewał kinomanów. Mnie za bardzo nie rozgrzewał, ale idąc za namową znajomych udałem się do kina. Zapowiedź obejrzana w internecie, również umówmy się, zachęciła.

Co do samego seansu. Typowy film Vegi. Ja osobiście twórczość Vegi traktuję na zasadzie Vega przed „Pitbullem” i Vega po „Pitbullu”,  mam na myśli serial. Kiedy w owczym pędzie pobiegłem na tak zwaną drugą część „Pitbulla”, dwa dni myślałem, co ja w tym kinie zobaczyłem. Liczyłem, na film kryminalny w klimacie serialu, a odniosłem wrażenie, że oglądam jakiś film Tarantino. Nic nie mam do Tarantino, ale jeden według mnie, jeden wystarczy. Patryk Vega, dwoma częściami w/w filmu przyzwyczaił mnie do nowej odsłony swej twórczości, dlatego na „Botoks” szedłem zaszczepiony. To, co ujrzałem w kinie, podobało mi się. Trudno określić gatunek filmu, ja nazwałbym go obyczajowym dreszczowcem. Nie ma w nim pościgów, spektakularnych scen kaskaderskich, ale jest pokazane życie dnia codziennego, może nieco w krzywym zwierciadle, a może właśnie nie? Być może, chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, wmawiamy sobie, że Vega nieco odleciał w swoim filmie. No bo, nie możliwe, żeby aż tak się pewne rzeczy miały. Według mnie, film daje do myślenia.

Nie chcę psuć seansu, tym którzy nie oglądali filmu, a mają taki zamiar, dlatego nie wchodząc w fabułę zbyt głęboko,jedno mnie tylko uderzyło. Jednym z poruszanych tematów w filmie jest aborcja. Nie da się tego nie zauważyć. Kiedy po filmie śledziłem z zainteresowaniem recenzje (niezbyt pochlebne), to odniosłem wrażenie, że akurat ten temat jest, jakby wstydliwie pomijany. Dlaczego?

Temat aborcji, od lat dziewięćdziesiątych, jest w naszym kraju tematem, który w odpowiednich momentach niosą na sztandarach politycy od prawa do lewa i z powrotem. Jest to o tyle wdzięczny temat, że nie można poświęconej mu debaty zakończyć. I dlatego, jak nie przychodzi pomysł na polityczne zaistnienie, to łapiemy się aborcji i bęc, znów na wszystkich kanałach. Temat trudny, niejednoznaczny i mający wiele odcieni. Myślę, że bardziej nadaje się na dyskusję społeczną, niż debatę polityczną. W końcu, to z dylematem „za” albo „przeciw” zostaje człowiek. Ja osobiście uważam, że aborcja powinna być w pełni legalna, bo ostatecznie, to kobieta zdecyduje, co zrobić. Spotykałem się z kobietami, które nawet, przy pełnej legalizacji i zachęcającej kampanii społecznej nie zdecydowałyby się na taki krok. Nie zrobiłyby czegoś takiego, bo po prostu tak czuły, czuły, że tak nie można. Znam również takie kobiety, które nawet, gdyby żyły w państwie totalnym, gdzie taki zabieg byłby karany więzieniem i tak znalazłby sposób. Dlatego, jak dla mnie, nie można naprawiać czyjegoś sumienia. Oczywiście poboczną sprawą jest to, czy to sprawa „”tylko kobiety”, bo być może warto aby taka kobieta wcześniej porozmawiała z drugą osobą odpowiedzialną za ten stan rzeczy (jeśli ktoś nie zrozumiał, mam na myśli faceta). Jak pisałem wcześniej, aborcja to temat rzeka, otwiera inne tematy, jak na przykład co zrobić z pigułkami „po”. Może dla polityków to fajna sprawa, bo gwarantuje wieczny medialny kocioł, ale dla przeciętnego człowieka, to znacznie głębszy temat, dotyka całego życia, światopoglądu, w końcu dotyka sumienia. Napisałem wcześniej, że moim zdaniem z aborcją nie powinno być problemu, bo tak sądzę, ale równie dobrze wiem, że mogę się mylić. Nie byłem w takiej sytuacji, nie musiałem się z tym mierzyć. Jestem po trzydziestce i wiem, że zaprzepaściłem szanse na bycie młodym ojcem. Być może, gdybym został postawiony przed faktem, że mogę zostać ojcem, spojrzałbym na pewne sprawy zupełnie inaczej. Nie wiem.  W przeszłości kilka razy sponsorowałem Pos…(bez lokowania produktu), raz musiałem dosyć intensywnie przekonywać dziewczynę, która przeczytała, że tego typu środki to tornado dla hormonów. Czy żałuję tego? Nigdy się nie zastanawiałem.

Szkoda, że film Vegi został tak zamieniony, mimo, że ludzie gnali do kin, niczym wakacyjne pielgrzymi do Częstochowy, uważam, że własnie wulgarne ukazanie pewnych tematów i zjawisk da do myślenia.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Ostatnia odsłona początku cz. 2

12 paź

Iwa, to nie jest taka zwyczajna kobieta, a może właśnie to kobieta, która w stu procentach jest świadoma swego kobiecego arsenału. Kiedy spojrzeć na Iwę, można ujrzeć farbowaną blondynkę z kilogramowym makijażem. Szerokie biodra czynią z niej „dupiastą blondynę z ekonomii”, tak jest nazywana na wydziale. To jest tylko powierzchnia, pod nią czai się prawdziwa lisica. Iwcia, jak sama opowiadała, ma dobry kontakt ze swoją babcią i, jak przypuszczam, to właśnie babcia wpłynęła na ukształtowanie Iwy. Jeśli przyjrzymy się zachowaniu tej dupiastej blondyny, to niczym panienka z dobrego domu przeniesionego z dwudziestolecia. Zawsze nieco nieśmiała, zawsze nieco spłoszona, swoją postawą ujęła część profesorstwa. Za tym nieśmiałym dziewczęciem kryła się zdeterminowana kobieta sukcesu, która miała jasno określone cele, a wszystko napotkane po drodze albo pomagało w osiągnięciu celu, albo było zbędne. Oczywiście, nie samym kobiecym arsenałem Iwcia dążyła do celu, kobiecy arsenał, to coś, co pomagało, ale Iwa była przede wszystkim pracowita. Zawsze ją za to szanowałem, bo ja sam nie potrafiłem wykrzesać z siebie nawet promila tej pracowitości. Podobnie było w tej chwili. Wszyscy nie potrafili ukryć swojego wisielczego nastroju, dodatkową godziną wykładu. Twarz Iwy wyraża takie samo uwielbienie, jak na każdych zajęciach. Perfekcyjna aktoreczka.

         Zaczynają się wykłady. Głos profesor Danuty rozbrzmiewa w sali. Siedzimy i słuchamy. Patrzę na okno, za nim, gałązka z kilkoma listkami figluje z wiatrem. Patrzę na zegarek, minęło trzy minuty. Dosłownie trzy minuty, a myślałem, że chociaż kwadrans. Czas, to oszukańczy skurczybyk. Staram się słuchać pani profesor. Może to w jakiś sposób wpłynie na postrzeganie czasu. Niestety meandry nauk ekonomicznych same z siebie zbyt ciekawe nie są, a psorka do wziętych retorów nie należy. Sam nie wiem, kiedy odpłynąłem. Popatrzyłem na Iwcię, Iwcia na mnie. Pojawiła się myśl, wspomnienia. Zupełnie jakby mój mózg, w trosce, abym nie zanudził się totalnie, podsunął mi barwne wspomnienia tego, co było, tego, co doświadczyłem, doznałem. Odpłynąłem. Zamiast notować, co wartościowsze słowa psorki, zacząłem pisać listę. Gdy skończyłem, spojrzałem – nieźle, ale mogłoby być lepiej. Errol Flyyn, siedząc kiedyś w restauracji z przyjacielem, spoglądając na przechodzące kobiety, zapłakał. Zapytany o powód płaczu miał odpowiedzieć: „nigdy nie będę miał mich wszystkich”. Tak, moja lista, mogła napawać dumą, mogła być powodem wstydu, mogła być powodem zazdrości lub współczucia, mogła przywołać wspomnienia powodujące erekcję, w końcu, mogło jej w ogóle nie być. A przede wszystkim mogła być znacznie dłuższa. Gra nigdy się nie kończy, zawsze chce się więcej.

         Po wykładzie, który jakimś cudem, z trzema przerwami na kawę, minął, odprowadziłem Iwę na przystanek. Na rynku pojawiał się nowa sieć komórkowa, która swoją ofertą znokautowała konkurencję. Iwa była bardzo zainteresowana i do odjazdu jej autobusu rozmawialiśmy o ofertach, technice i ekonomii. Nowa sieć nie miała jeszcze rozwiniętych salonów dlatego Iwa, zamiast na tramwaj, czekała na autobus. Nasza rozmowa przeplatana z flirtem i podszczypywaniem, była przyjemnym spędzeniem czasu. Spojrzałem na Iwe. Gdybyśmy się kiedyś pobrali, to nasze dzieci usłyszałby sztampową bajkę, jak to mamusia i tatuś poznali się na uczelni. Tak było rzeczywiście, poznaliśmy się na schodach, Iwa szukała sali, ja grupy. Na pierwsze spotkanie dotarliśmy razem. I tak nasza znajomość się rozwijała. Iwa w końcu wsiadła do autobusu.

         Ruszyłem przed siebie. W głowie miałem dwa bieguny myśli: może tak, może nie. Sam nie wiedziałem, co zrobić. Znalazłem jakiś spleśniały numer, pewnie nieaktualny – pomyślałem. Zdzwoniłem. Jednak numer był aktualny. Głos, który mógłby należeć do którejkolwiek kobiety na świecie poinformował mnie, co i za ile. Dowiedziałem się wszystkiego, wsiadłem do tramwaju, skasowałem bilet i gapiąc się na mijane drzewa, sunąłem do przodu. Dotarłem na docelowy przystanek, zacząłem rozglądać się za nazwą ulicy, którą usłyszałem w telefonie. Tak, dla sportu, przecież nie jest powiedziane, że muszę szukać akurat tego bloku. Jeszcze nie wiedziałem co zrobić. Wszedłem w osiedle i wtedy sobie przypomniałem, to właśnie tu, rok temu, wulgarna kurwa sponiewierała mojego druha i odstraszyła mnie na rok. No dobrze, to z pewnością tu, ale nie jest powiedziane, że to ten sam adres, przez rok dużo mogło się zmienić – pocieszałem sam siebie. Kiedy wchodziłem do klatki, byłem pewien, to ten sam adres. Trudno, teraz już nie ma odwrotu, jeśli zobaczę tę samą rurę, to zrezygnuję, przez rok na ekonomii coś w końcu wiedziałem o prawach konsumenta.

Otworzyła kobieta, która mogła być w moim wieku. Może kilka lat starsza, trudno określić. Młoda, szczupła, o nieokreślonej urodzie, raczej ładna. Zaprosiła mnie do pokoju. Wręczyłem jej pieniądze. Chwilę popatrzyłem na nią i poszedłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, łóżko było zaścielone prześcieradłem, diva poszła się opłukać. Kiedy wróciła po kilku minutach, owinięta bordowym ręcznikiem, przyjrzałem się jej bardziej. Ciemna blondynka o przeciętnej twarzy, szczupła, zgrabna o niewielkich piersiach. Oboje położyliśmy się na łóżku, moje dłonie zaczęły wędrówkę po jej ciele, w sposób prosty, samczy, prymitywny. Piersi, brzuch, uda, ręka sięgnęła miedzy uda. Przesunąłem dłonią po jej wzgórku. Wygolone łono zdawało się obiecywać mającą niedługo nadejść rozkosz. Diva, początkowo bierna, zaczeła gładzić mnie po udzie. Rytmicznie, z mechaniczną systematycznością. Kiedy na moment przerwałem jej dotykanie. Podniosła się, usiadła na kolanach, w okolicach mojego krocza i pochyliła się. Położyłem się na plecach i patrzyłem w sufit. Jej usta objęły mój stojący organ. Przyjemne uczucie otulało mnie jak najdroższa pościel. Spojrzałem na nią, jej głowa unosiła się i opadała, spokojnie, miarowo. Uznała że to już. Założyła prezerwatywę i mnie dosiadła. Góra – dół, góra dół, nic się nie odzywałem, delektowałem się jej ujeżdżaniem. Jedną dłoń położyłem jej na udzie, drugą ścisnąłem pierś. Patrzyłem na jej twarz, bez żadnych emocji, pełen profesjonalizm. W końcu obie dłonie wylądowały na jej pośladkach. Przyspieszyła. Zaproponowałem zmianę pozycji. Ułożyła się na boku, a ja w nią wszedłem. Poruszając się powoli, napawałem  się jej ciałem. Skończyłem od tyłu. Runda druga, zaczęła się klasycznie, skończyliśmy na jeźdźca. Po wszystkim, usiedliśmy na łóżku. Powiedziała, że od dwóch lat jest w zawodzie, od pół roku w mieście. Nieco mi poopowiadała o swojej profesji.

- Każda dziewczyna (czyt. prostytutka) woli starszych. Można troszkę porozmawiać, poprzytulać się i zawsze lepiej zapłacą. Nie wymęczą tak dziewczyny, jak młodzi. Młodzi, zazwyczaj mają mało kasy, a chcieliby najlepiej od razu na pięć godzin brać dziewczynę.

Powiedziała mi o Stronie i Forum. Słuchałem z zainteresowaniem. Nie zdziw się, jak rozpoznasz tam którąś z koleżanek. – Zaśmiała się. Pożegnaliśmy się i wyszedłem. Czas minął.

Wieczorem, z głośnika leciały dźwięki najnowszej piosenki Nelly Furtado, a ja niemal zahipnotyzowany, przesuwałem pasek na stronie www. Patrzyłem na profile, zdjęcia, opisy, ceny, telefony kontaktowe. Następnie Forum. Wszystko przyprawiło mnie o ucisk w żołądku, z podniecenia. Oto patrzyłem na nowy szlak, krainę wprost przepełnioną doznaniami. Uzmysłowiłem sobie, że patrzę na możliwość realizacji chyba każdej zachcianki. Wtedy byłem przekonany, że stoję u progu cudownej krainy, młodzieńcza naiwność, zdawała się tak udekorować ten mikrokosmos, że nie zauważyłem bardzo istotnej rzeczy. Za tymi wszystkimi obrazkami, obietnicami, które patrzyły na mnie z monitora i które w dużej mierze sam sobie wykreowałem, była otchłań, otchłań ziejąca pustką. Tamtego wieczoru spojrzałem właśnie w tę otchłań, a ona spojrzała na mnie. Moja naiwność zaślepiła mnie na tyle, że patrzyłem na tę otchłań i jej nie dostrzegłem, ja za to nie umknąłem jej uwadze.

Przestałem być debiutantem, tamtego wieczoru wstąpiłem do grona Szwagrów.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Ostatnia odsłona początku

10 paź

Wydarzenia letnich miesięcy, eskapady po ulicach obcego miasta, w pewien sposób nasyciły mnie. Przestałem odczuwać głód nowych doznań i czegoś nowego. Po powrocie do siebie, kilka tygodni później odwiedziłem divę, która zmasakrowała mojego fiuta czytaj . Przez kilka dni oglądałem poharatanego ptaka. To było za dużo. Zdecydowanie poczułem przesyt tymi wszystkimi doświadczeniami. Trzeba przysiąść, przystopować, dać na luz. Bilans i tak nie wyglądał źle. Na tle innych dwudziestolatków mogłem się poszczycić całkiem sporą listą pokręconych przeżyć. O! I właśnie ta refleksja popchnęła mnie do dalszych przemyśleń. Przecież chciałem normalnej relacji, zakochania, uczucia. Wciąż zakochany w Beacie, flirtujący z Martusią. Jak każdy młody człowiek przeplatałem marzenia z codziennością.

Co ciekawe, wyrzuciłem z głowy, wszystko, co było. Byłem młody, a świat miał tyle do zaoferowania. Zdecydowanie, należało wrócić do normalnego świata. Znowu byłem normalnym młodym człowiekiem. Moje wakacje minęły na wędrówkach po dziewiczych łąkach, strumykach, chłonąłem piękno i dobroć natury każdą porą skóry. Byłem wolny. Rok akademicki, już kolejny zacząłem z olbrzymim kopem energii. Całą jesień, zimę i wiosnę żyłem studenckim życiem. Chodziłem na zajęcia, imprezowałem, żyłem. Z Miszą, zmieniliśmy status ze współlokatorów, na kolegów. Grupa osób, która trzymała się razem na wydziale i poza nim, w końcu wykrystalizowała się na kształt paczki. Zacząłem relacje, zwane studenckimi przyjaźniami (nie wiem, czy na całe życie, ale część z nich wciąż trwa). To chyba w tamtym okresie, po raz pierwszy na horyzoncie pojawiła się Dagna. Na uczelni zaczął się niewinny flirt z Iwą. Do tego wszystkiego, nawet, początkowo nielubiona ekonomia, przyjęła nieco bardziej znośną formę. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu. Pewnie i, co ważne, radośnie kroczyłem pewną, twardą, bo ubitą tysiącami stóp przede mną drogą młodości. Problem w tym wszystkim był taki, że gdzieś w samym środku mojego „ja”, tak naprawdę nie lubiłem tej ubitej drogi. Koniecznie chciałem iść po swojemu. Bez względu na cenę i ofiarę, swojej prawdy, chciałem szukać sam. Inaczej byłoby nie w porządku. Wobec losu, Boga, czy natury. Nie po to istniejemy, żeby przeżyć swoje życie pasywnie i asekurancko. Nawet, jeśli nasze życie okaże się pasmem przegranych, a nasze szlaki, zamienią się w wielki nic, pozostanie uczucie, że do końca byliśmy czemuś wierni. Wiem, że to pogląd, który nie spotka się z pochlebnym przyjęciem w dobie mody na łatwe recepty i wprost wymuszonego poczucia szczęścia i spełnienia, ale nie ma łatwej gry. I to jest stek bzdur, że każdy może poprawić swój los. Co najwyżej możemy oprawić swój los, oprawić w ramki niby szczęścia, niby spełnienia, niby uśmiechu.

           Minął prawie rok. Jak we wcześniejszych latach, lato zaczęło odbierać pałeczkę wiośnie, w odwiecznej sztafecie. Ciepło za oknem rozleniwiało coraz bardziej i bardziej. Na wydziale został trzy godziny wykładu, co w porównaniu, do pogody na zewnątrz wyglądało blado. Trzy godziny z panią profesor Danutą. Niektórzy śmiali się, że najpierw była Danuta, a później wokół nie zaczęli budować wydział. Tęga starsza kobieta, posiadająca wiedzę, ale nie potrafiąca tej wiedzy ani zareklamować, ani sprzedać. Stoimy pod ścianą, czekamy na psorkę, jak na pluton egzekucyjny. Pojawia się, profesjonalnie pochmurne „dzień dobry”, zaprasza nas do sali. Informuje, tytułem wstępu, że w najbliższej przyszłości przepadnie nam wykład i musimy tę godzinę odrobić. Dziś, innymi słowy zamiast trzech godzin, siedzimy cztery godziny. Opadają nie tylko ręce. Rozglądam się po ludziach z grupy, miny są grobowe, tylko Iwa zachowuje twarz pokerzysty. Jest nieprzejednana.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Aktywność i pasywność towarzyska

05 paź

W ostatnią sobotę, między moimi znajomymi rozgorzała dyskusja. Dyskusja żywa, gorąca, budząca szczere emocje.

Przy stole siedziało sześć osób czterech facetów, dwie kobiety. Singielka, małżeństwo z trzyletnim stażem, facet w pięcioletniej relacji, towarzysko-emocjonalny rozbitek (ja) i facet po rozstaniu, jakieś cztery miesiące temu.

Padł akt oskarżenia z ust singielki: nie ma kogo i gdzie poznać!tMałżeństwo nie odezwało się zdecydowanie w tej sprawie. Coś tam stęknęli, że trzeba szukać odpowiednio wcześnie, bo później, to kicha. Akt skierowany był w stronę facetów, dlatego facet po rozstaniu stwierdził, że owszem nie ma. Od kilku miesięcy odwiedza modne kluby i nic, kompletnie nic. Kilka wymian nr telefonu, ale i tak nic z tego nie wyszło. Facet z pięcioletnim stażem starał się ubrać to wszystko w kostium życiowego doświadczenia, tłumacząc, że w związkach też bywa raz lepiej, raz gorzej. Dodał, że jego zdaniem, tak zwane pierwsze wrażenie jest przereklamowany, bo czas jest kryterium ostatecznym.

Singielka opowiedziała o różnych facetach, jednego poznała na FB, bo był znajomym koleżanki i wypatrzył ją w swoim monitorze, kolejny na klubowym parkiecie, zrecznym obrotem zawrócił jej w głowie, jeszcze inny, barczysty brodacz, swoją pewnością siebie potrafił zaimponować, jednak braki w dobrych manierach skreslily go, bo jak stwierdziła, szkoda czasu na próby ucywilizowania go. Wywód podsumowała wyłączeniem cech odpowiedniego kandydata.

Facet po rozstaniu dodał swoje trzy grosze. Małżeństwo niewiele się odbywało, ale na ich twarzach gościł łatwo zauważalny i niemal ekstatyczny wyraz ulgi: uff mamy to za sobą , na szczęście mamy siebie.

Facet wzwiązku wyśmiał romantyczno-bajkowe oczekiwania singli. Że szczerością wyznał , że jego dziewczyna, nie jest tą jedną na milion , on też ma świadomość , że jest nieco innym księciem, z innej bajki, niekoniecznie tym wymarzonym. cSłuchając dyskusji, tak sobie pomyślałem, jak my sami się ograniczamy. Poznajemy ludzi w pracy, przez znajomych, w klubach lub w sieci. A przecież świat jest o wiele większy. Dziewczyna wykładająca szarlotkę w cukierni, smukła skrzypaczka w tramwaju, z ustami kipiacymi namiętnością, czy intrygująca chłopczyca, którą minąlem na chodniku. Los ciągle rzuca nam miłosne rękawice , pytanie, czy je podnosimy, czy wycofujemy się do narożnika i czekamy, aż nasza pasywność przerodzi się we frustrację ?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli