RSS
 

W labiryncie burdelowa cz. 3.0

22 kwi

Półwiecznik

Ją odwiedziłem pewnego chłodnego wieczora. Byłem u znajomych. Pracowaliśmy nad prezentacją dotyczącą nowych modeli w zarządzaniu. Nie pamiętam, Kiedy odpłynąłem myślami. Chyba w połowie naszej pracy. Tak po prostu. Dźwignia w mojej głowie sama się przestawiła. Co mogło być tego przyczyną? Wdzierająca się do mojej głowy nuda, czy piersi Justy, które, tak jakby postawiły sobie za cel, cały czas prześladować moje oczy. Uwięzione w czarnym wełnianym sweterku zdawały domagać się wolności. Justa pojawiła się kiedyś na imprezie. Chciałem ją zaliczyć, ot tak dla sportu. Chyba nie była zainteresowana. Nią z kolei zainteresował się Misza. I tak, Justa przestała być kobietą, została kobietą najlepszego kumpla. Tym sposobem stworzyliśmy jedną z najbardziej pokręconych paczek na studiach.

Z mieszkania Justy wyszedłem po siódmej. Było ciemno. Zimny wiatr zdawał się wyganiać wszystkich z ulic do mieszkań, zupełnie, jakby przestrzeń między budynkami należała do niego. Tylko do niego. Misza został u Justy. To dobrze. Zdzwoniłem do Kaśki, pytając, czy wypije ze mną piwko. Zawsze padało to pytanie. Oboje wiedzieliśmy, że piwo jest najmniej ważne, to pretekst. Lubiliśmy poudawać. Zawsze spotykaliśmy się na piwo i tak jakoś wychodziło, że lądowaliśmy w łóżku. Tak przez ponad rok. Zaczęło się banalnie. Studencki klub. Po pierwszej. Ja zamroczony piwem i oparami papierosowymi, szukający ukojenia dla mojego druha. Niska, raczej o przeciętnej urodzie, biorąc poprawkę na wypite piwo, może być. Podszedłem, rozmowa o niczym, kolejne piwo. Wychodzimy. Łatwizna. Po raz pierwszy, tej nocy doświadczyłem, czym jest przeterminowana prezerwatywa. Poważnie, nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Co jeszcze ciekawsze doznałem wtedy olśnienia. Dziewczyny po dwudziestce, czyli dorosłe kobiety, mogą być cholernie nierozbudzone seksualnie. Kaśka na ten przykład nie wiedziała czy jest podniecona.

- Czuję spięcie w brzuchu i stoją mi suty. To chyba jestem gotowa.  – Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Pewnie, gdyby nie stojący maszt, chętnie bym z nią na ten temat porozmawiał.  – Nigdy nie wiem, czy już jestem podniecona – kontynuowała.

Kilka naszych spotkań i już wiedziała kiedy jej ciało domaga się seksu. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że po kilkunastu miesiącach, kiedy nasza relacja dobiegła końca. Katarzyna była w pełni rozbudzoną, świadomą każdego impulsu płynącego z jej ciała. Z pewnością, zostawiłem ją lepszą niż zastałem.

Trzysta metrów dalej, w szarym bloku, za drzwiami obitymi tandetną sklejką, czekały na mnie doznania. Z Kaśką umówiłem się przed dziesiątą. Mam wystarczająco dużo czasu. Wiatr niemile mnie połaskotał. Zapiąłem kurtkę. Wyjąłem telefon. Zadzwoniłem, pytając, czy mogę podejść za dziesięć minut. Mogę. Świetnie. Wiatr wieje coraz mocniej, jakby mnie poganiał, albo wręcz przeciwnie, jakby mnie stąd wyganiał. Idę znajomą droga po raz, no właśnie ile razy już tędy szedłem. Ile razy przemierzałem tą trasę, drogę po doznania, drogę po przyjemność, po zapomnienie. Przy pięciu blokach, sprytnie umiejscowionymi między wolnostojącymi domami stoi krzyż. Zawsze kiedy go mijam w głowie odradza się pytanie: czy jeśli powiedziałbym kiedyś, że żałuję, będzie mi wybaczone? Czy modlitwa grzesznika ma sens? Jaki sens ma spowiedź, jeśli nie ma żalu za grzechy. Te myśli zajmują kilkanaście sekund, może minutę. Przechodzę obok kolejnych, szarych, kilkupiętrowych bloków. W świetle ulicznych lamp widzę karuzelę i huśtawkę. Mikroskopijny plac zabaw. Mój plac zabaw jest w ostatniej klatce. Pukam do drzwi. Te kilkanaście sekund napełnia mnie seksualnym napięciem. Ciekawe z kim dziś będę. O ile wiem [przyjmuje tu trzy albo cztery divy. Już poza głównym nurtem, ale jeszcze przydatne. Tanie i przydatne. Słyszę chrzęst zamka. Drzwi otwiera niska, szczupła kobieta. Sceneria jest ciągle ta sama. Ciemny przedpokój, dalej, skromnie oświetlony pokój. Dywan, zakurzony, meblościanka i rozkładana wersalka. Obok wersalki ława, na której leży pudełko chusteczek nasączanych, budzik i dwa sreberka – kondomy. Patrzę na kobietę. Jest stara. Po pięćdziesiątce. Wiem, że to mieszkanie ma kilka ogłoszeń. Ta pewnie jest z ogłoszenia: „dystyngowana pięćdziesięcioletnia „. Spod farby na włosach wyłania się siwizna. Twarz, pokryta maską zmęczenia zmieszanego z rutyną, świadczy, że wiele takich chwil jak ta przeżyła. Skóra na jej szyi i ramionach jest pomarszczona. Patrzę na zwykłą, starą bladź. Daję jej pieniądze i zaczynam się rozbierać. Wychodzi z pieniędzmi i wraca po chwili, również ściąga sukienkę na ramiączkach. Zostaje w staniku, który sprawia wrażenie zakurzonego i czarnych pończochach. To pewnie ten atrybut „dystyngowanej”. Zdejmuje stanik, ukazując dwie niewielkie piersi. Dziwne. Ma obwisłą dupę, brzuch też, mimo, że jest szczupła, a cycki jeszcze sterczą, niczym ostatnie wspomnienie lat świetności. Kobiece ciało, nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Stoję tylko w slipach. Zdejmuję je. Podchodzę do wersalki, diva siedzi. Z wprawą bierze mojego miękkiego druha. Zaczyna mnie pieścić. Masować, głaskać, delikatnie odsłania główkę. Obsypuje całe krocze pocałunkami. Druga ręka zajmuje się jądrami. Jest całkiem przyjemnie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że z wiekiem kobiety, a zwłaszcza prostytutki stają się bardzo ckliwe w swych pieszczotach. Młode podchodzą do sprawy technicznie . Bez jakichkolwiek uczuć. Te starsze potrafią niemal z matczyną troską zająć się tym i owym. Oczywiście w trakcie całego aktu potrafią przemieć się w prawdziwe wampirzyce. To wszystko, jednak wymaga lat warsztatu.

CDN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

(P)o pewnej drabinie

18 mar

Czy świat płatnej miłości a swoją hierarchię? To środowisko, podobnie zresztą, jak każde inne zbiorowisko ludzi, ma swoją drabinę. Drabina ta, jest o tyle specyficzna, że przesuwanie się po niej, odbiega od norm i zasad, które rządzą podobnymi drabinami.

Dowolna, społeczna drabina, po której ludzie wspominają się z mozołem wygląda mnie więcej tak samo. Startujesz od dołu, od samego dołu. Weźmy szkołę. Z punktu zero, zaczyna każdy. Edukacja przebiega powoli i systematycznie, szczebel za szczeblem. Dochodzi się do pewnego szczebla. Kończy się pewien etap. Gimnazjum, szkoła średnia, zawodowa, cokolwiek. Jeśli masz wolę, jesteś zdeterminowany, to pniesz się dalej, szczebel, po szczeblu. Osiągasz tytuły naukowe, być może sprzedajesz własną myśl technologiczną. W końcu wchodzisz na sam szczyt tej drabiny. Jesteś autorytetem w danej dziedzinie. Wejście na sam szczyt tej drabiny kosztowało. Największą daninę zapłaciłeś w jednej walucie. Ta waluta, to czas. Podobnie wygląda drabina finansowa, dojście na szczyt kosztuje, z reguły – czas.

W krainie doznań za pieniądze jest nieco inaczej. Nowicjuszka, załóżmy, że zaczyna po dwudziestce, już jest nieco powyżej połowy, powiedzmy, że jest gdzieś na wysokości trzech czwartych takiej drabiny. Wszystko zależy od niej. Jeśli zainwestuje w siebie, jest dobra w łóżku (tak, zdarzają się prostytutki kiepskie w łóżku), to w przeciągu trzech, może czterech lat, jest w stanie dojść na sam szczyt albo w jego pobliże. Może też być inaczej, dziewczyna będzie ładna i uzna, że to wystarczy. Bardzo szybko zacznie schodzić z tej drabiny, do poziomu 30-40 procent. I tak już zostanie. Drabinę kariery w prostytucji, od innych drabin odróżnia oprócz poziomu startu, jeszcze jedno, bardzo ważne prawo. Tu czas jest wrogiem. Z biegiem czasu, każda dziewczyna, czy kobieta zarabiająca własnym ciałem dojdzie do tego, że zaczyna tracić na wartości, i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Czynnikiem, który przyspiesza ten stan, jest też tryb życia. Niestety, w tej profesji alkohol, papierosy, a czasem, narkotyki, to coś powszedniego, a to wszystko się odbija.

Przyjrzyjmy się tej drabinie

Na samym dnie plasują się uliczne prostytutki i tirówki. Jeśli chodzi o panie, które zwane są potocznie ulicznicami, to najczęściej, niestety, panie, które dobijają do wieku emerytalnego w tym fachu. Do tego dochodzi problem z alkoholem i ogólne zmęczenie materiału. Oczywiście są młodsze, ale prawie zawsze towarzyszy im jakiś defekt. Najczęściej jakaś patologia, narkotyki, konflikt z prawem, różnie. Wśród Szwagrów panuje przekonanie, że w tych przypadkach najczęściej złapać jakiegoś kalafiora. Ja uważam, że to działa w obie strony. Do takich kobiet i dziewczyn przychodzą różni śmierdziele i tak koło się zamyka. Spotkać je można raczej tylko w większych miastach. Wskazówka: uważać, lepiej uważać.

Tirówka, nie wiem, czy termin ten występuje poza językiem polskim. Grzybiarki, jagodziany, dziewczyny przydrożne, różnie je nazywają. Jeśli ktoś pragnie zasmakować w obcym ciasteczku, to jak najbardziej. Nie znam statystyk, ale najwięcej jest Bułgarek, młode, stare, ładne, brzydkie, co, kto lubi. Radziłbym uważać na „nasze” tirówki. Według reguł, na trasę wydalane są te, które miały pecha, albo po prostu były głupie i z jakiegoś względu znacząco straciły na wartości rynkowej, na przykład są zarażone. Nie oznacza to, oczywiście, że inne narodowości są odporne na różne świństwa, ale dla dziewczyn „ze Wschodu”, praca przy drogach, to pewien sposób na życie i wiedzą, że wszelkie niechciane „przygody”, mogą je wyautować z biznesu.

Kolejny szczebel, to grupa, którą roboczo można nazwać „dziwki i burdele”. Ktoś może powiedzieć, że przecież tirówka, ulicznica, dziwka, prostytutka, to synonimy i oto samo chodzi. Nie jest tak do końca. Wszystko wyjaśnię, zostańmy na razie przy dziwkach. Dziwka, konkretnie tania dziwka, w hierarchii stoi wyżej od tirówki, czy ulicznej kurwy, ale z racji urody, bądź wieku, już jest, niejako poza głównym obiegiem, dlatego utrzymuje się w branży dzięki cenom. Takie dziwki, mogą urzędować w prywatnych mieszkaniach – najczęściej to tanie nory, gdzie czas zatrzymał się na piecyku gazowym i meblościance z Polski Ludowej. Mogą też grupować się w stada i tworzyć coś, na kształt burdelu. Uwaga ! Nie tylko wiek jest tu narzędziem pomiarowym. Chodzi o całokształt: urodę, zadbanie, umiejętne zaprezentowanie się. Spotkałem kilka młodych, tanich dziwek. Pamiętam, jak Przemo, jeden z kumpli, łkał miesiącami, po rozstaniu z dziewczyną. Jestem dobrym człowiekiem, dlatego postanowiłem, że pomogę mu, tak jak potrafię najbardziej. Zabrałem go na dziwki. Taksiarz zabrał nas do dzielnicy peerelowskich kamienic. Na samym końcu uliczki duży sześcian oknami. I nazwa przybytku na tandetnej tabliczce ze sklejki. W środku, lichy bar, obdarte sofy i kilka dziewczyn do wyboru. W wieku do trzydziestu kilku lat. Obraz nędzy i rozpaczy. Przepite, zaniedbane w pogniecionych ciuchach. Zamglonym wzrokiem błądziły po nas. Wyszliśmy stamtąd jak oparzeni. To był typowy, tani burdel.

         Kolejny stopień, to tak zwane prostytutki i agencje towarzyskie. Wiadomo, że w agencjach towarzyskich pracują też prostytutki, ale pojawienie się mieszkań z paniami lekkich obyczajów spowodowało pewien rozłam. Tak zwane agencje towarzyskie, night cluby to lokale, gdzie można wypić drinka, porozmawiać z panią (po uprzednim postawieniu drinka), w końcu pójść na górę. Mała ciekawostka: większość takich agencji, chce uchodzić za night cluby(takie jak w Ameryce), gdzie dziewczyny „tylko tańczą”, mamy też takie, ale o tym za chwilę, większość lokali, to po prostu burdele, ale w lepszej scenerii. Czasem jest jacuzzi.

Mieszkania to wymysł dwudziestego pierwszego wieku. Nie pamiętam, aby wcześniej, coś takiego bywało. Mieszkania, to iluzja. Jedna wielka iluzja. Po pierwsze klient, który idzie do takiego mieszkanka, ma o wiele większe szanse pozostania anonimowym. Gdyby wybrał się do agencji i zobaczył tam kogoś znajomego byłby spalony. Tu, w razie czego, zawsze może coś ściemnić. Obalić należy jeszcze jeden mit. Mit dziennikarski o studentkach dorabiających sobie własnym ciałem. Idzie sobie taki jeleń, jeden z drugim, na mieszkaniówkę i okłamuje SAM siebie, że dziwki nigdy ni posuwał, ale studentkę, prawie wyrwał, no bo w końcu, był u niej w mieszkaniu. Biedni naiwniacy.

Obok mieszkań, klasą średnią (w tej społeczności) są agencje towarzyskie. Najczęściej lokale określane mianem „night club”, labo salon masażu lub jeszcze inaczej. Idea jest taka. Miejsce mające sprawiać wrażenie ekskluzywnego. Drogie alkohole, dziewczyny atrakcyjne, przynajmniej atrakcyjniejsze od tych w burdelach niższej ligi. To, co odróżnia agencję towarzyską od night clubu, to podejście do seksu. W agencjach, rozmowa, czy taniec (przy róże, lub jakkolwiek), ograniczone są do minimum. Ma to być, tylko grzecznościowy wstęp, żeby tylko iść na górę. W night clubach jest inaczej. Cała zabawa polega na tym, że dziewczyny tańczą, ładnie, powabnie i profesjonalnie. Zagadują, namawiają na drinki, pokazują cycki. Kiedy jeleń, ogłupiony cyckami i drinkami, staje się niczym plastelina, dziewczyna składa propozycję. Pokój dla VIPów. Z reguły, taki jeleń, bywał w podobnych przybytkach i VIP pokój, kojarzy tylko z jednym. Z posuwaniem. Kładzie kasę na ladę i chodu, do góry. A tu, niemiła niespodzianka. Bardzo często okazuje się, że w pokoju dochodzi do tańca (tylko?!). Tak, tylko. Jeleń się awanturuje, ochrona reaguje i mamy niemiłą sytuację, gdzie nie wiadomo, kto tak naprawdę winien. Dziewczyna, twierdzi, że tylko zmysłowo opisała, jak wykona taniec, klient, twierdzi, że liczył chociaż na lodzika. Awantura, szkoda gadać. Oczywiście, to nie jest reguła, są dziewczyny w takich klubach, które  dadzą, ale za wielokrotność stawki, jak obowiązuje.

Taką rozrywką dla bogatszych, na miarę night clubu, ale nieco bardziej kameralną są call girl, świadczące usługi na wysokim poziomie. Kilka lat temu, w prasie pojawił się artykuł, gdzie dziennikarze starali się dociec, co oznacza ten nowy, w branży termin. Przypuszczali, że to po prostu kolejny, ugrzeczniony synonim słowa „kurwa”. Tak jednak nie jest. Dziewczyny na telefon (oczywiście, z burdelu też można zamówić lalkę na telefon, ale to nie to samo), to dziewczyny z czołówki. Bardzo atrakcyjne, mające zadatki na modelki. Zgrabne, jeśli nie posiadają wykształcenia formalnego, to nadrabiają osobowością i życiowym doświadczeniem. Jednym słowem towarzystwo takiej kobiety, to sama przyjemność. Gustowna, jej bielizna, to coś ekskluzywnego, nie fatałaszek kupiony na straganie, powabna. Cechą charakterystyczną call girl jest to, że raczej nie umawia się na numerki, czyli godzinkę, dwie. Raczej noc lub wieczór plus noc.

Oczywiście to nie wszystkie gatunki i rodzaje pań do towarzystwa. Jest jeszcze cały przemysł seksualny. Sex shopy, peep showy, gdzie za mniejszą lub większą kwotę można skorzystać z kabiny life. Nie zapominajmy o hotelowych kurwach lub cichodajkach. Nie zapomniałem o sponsoringu, który w pewnym filmie został nieco przeinaczony. Gimnazjalistki chodzące po galeriach handlowych i proponujące loda za spodnie, to ewenement, margines. O wiele bardziej rozpowszechnione są relacje, które można nazwać układem (bez podtekstów politycznych). Starszy albo dobrze sytuowany facet jest w relacji (bo raczej związkiem tego nie można nazwać) z kobietą, którą obsypuje podarkami. Mogą to być drobne kwoty albo coś innego. Kolega, pracujący w salonie jednej z sieci komórkowej opowiadał mi, jak przyszła do niego pewna dziewczyna mniej więcej w wieku dwudziestu lat, z facetem pod pięćdziesiątkę.

- Najpierw rozmowa z laseczką. Wypytała mnie o telefony, abonamenty. Co będzie miała i za ile. Popatrzyła na w miarę drogi telefon i pyta mnie w jakim abonamencie będzie tak do dwóch stów. Wszystko jej wyjaśniłem. Jak już obejrzała telefon, mówi, że ok i kiwa na faceta, który stał przed salonem. Wchodzi i nic nie mówi. Nie wiedziałem, o co chodzi, to proszę pannę o dowód. A ta odpowiada, że nie na nią będzie umowa, pytam na kogo. Trzy sekundy kłopotliwego milczenia i pada odpowiedź: na wujka. Patrzę, więc na faceta. Kolejne pięć sekund kłopotliwego milczenia, w końcu młoda warczy: „daj dowód.” I facet zrozumiał, że jest wujkiem….

 Bardziej zaawansowaną formą sponsoringu jest instytucja utrzymanki. To relacja podobna do relacji rodzic – dziecko, gdzie jedna ze stron przejmuje rolę rodzica, w stu procentach finansując tę drugą stronę. Ta druga strona, niczym dziecko, w stu procentach opiera swoje (finansowe) jestestwo, na ekonomicznym rodzicu. Nie muszę dodawać, że od układu rodzicielskiego odróżnia się to jednym szczegółem – rżnięciem.

Legendy, legendy, legendy

Tu, w tym i tak na wpół tajemnym świecie również krążą legendy. Nie będę opowiadał bajek rodem z filmów pt. „Hostel”, bo z czymś takim się nie spotkałem. W środowisku Szwagrów, krąży jednak legenda o domku pod miastem. To zwyczajny dom. Nie ma tam zarejestrowanej działalności. Wtajemniczeni wiedzą. Dostać się tam można tylko poprzez kogoś. W domku tym żyją kobiety. Każda o urodzie modelki bądź aktorki i figurze instruktorki fitness. Obok walorów fizycznych, każda posiada wykształcenie i nie mówimy tu o kursie dla pielęgniarek (nie ujmując pielęgniarkom), ale o gruntownym, uniwersyteckim wykształceniu, które poparte jest wiedzą i obyciem. Towarzystwo takich kobiet można sobie kupić. Na weekend, na jeden event, na tydzień wakacji lub ferii. Zasady są proste. Płacimy wynagrodzenie dzienne (słyszałem o stawkach powyżej średniej krajowej – mam na myśli miesięczne zarobki) oprócz tego, musowo trzeba zabrać taką dziewczynę na zakupy: kreacja, biżuteria, czy perfumy, to dodatek, bonus.

Czy tak jest, czy nie, trudno powiedzieć, nigdy tam nie byłem, ale o tym słyszałem. I jako Wasz oddany kronikarz z burdelowa, o tym piszę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Porozmawiajmy jeszcze o Grey`u

28 lut

Nie chcę uchodzić za ignoranta, który mówi „nie, bo nie”. Dlatego zanim przypuszczę tyradę na Greya, zacznę od początku. Jak tylko zaczęła się fala zachwytu nad powieścią „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, jako miłośnik DOBREJ literatury erotycznej, postanowiłem nabyć książkę. Książkę przeczytałem podczas podróży koleją. Od, powiedzmy drugiego rozdziału, książka sprawiała wrażenie mizernej książczyny, którą ktoś zbyt pochopnie nazwał erotyczną. Treść nadmuchana korespondencją między Anastazją i Christianem. Cała historia miłosna, jak dla mnie skopiowana ze średniego romansidła, jakie można nabyć na stacjach PKP. Żeby było śmieszniej, tę książkę, również nabyłem na stacji PKP. Opisywane sceny seksu, również pozostawiają wiele do życzenia. A zahaczenie przez autorkę o tematykę BDSM, przelało czarę goryczy. Wiadomo, że w dzisiejszym świecie, zwłaszcza, jeśli mówimy o Internecie, można znaleźć wszystko, informację na każdy temat. I to, według mnie jest zarzutem głównym. Autorka poczytała troszkę o BDSM albo obejrzała jakiś filmik na  „czerwonej tubie” :) PSTRYK, sama stała się znawczynią wyuzdanego seksu. Pamiętam, jak po skończeniu lektury, nasunęła mi się myśl, że autorka nie uprawia wyuzdanego seksu, w ogóle go nie uprawia, jest po prostu nudna. Jest kobietą, niespełnioną, jako kobieta, która zatrzymała się na etapie marzeń (nie do końca dojrzałych) nastolatki. Co ciekawe kilka dni później, dokładnie taką recenzję, tylko nieco bardziej rozbudowaną, w formie artykułu, którego celem jest wyjaśnienie fenomenu, tej pozycji, przeczytałem w jednym z bardziej poczytnych tygodników. Jako, że jest wiele książek, wartych przeczytania, postanowiłem nie zawracać sobie więcej głowy Greyem.

Kilka lat, po zawrotnej karierze książki, jak się można było przewidzieć, powstał film. Wszystkie koleżanki z pracy, nie nadążały zmieniać bielizny, tak przebierały nogami na najbardziej szokującą ekranizację, najbardziej szokującej książki. Już po filmie, nastroje były różne. Z tego, co zapamiętałem, jedynym ciekawym momentem było zobaczenie kawałka fiuta, jak relacjonowała Milena, ode mnie z działu. Ja sam zachowałem obojętność doskonałą.

Minęły kolejne lata, a ja wciąż pozostawałem „greyoodporny”. Do czasu. W końcu dałem się namówić koleżance, na obejrzenie ekranizacji, drugiej części powieści E.L James. (Tak, Magdaleno, dokonałaś kulturalnego gwałtu, na mej skromnej osobie). Po upływie dwunastu minut filmu, przypomniałem sobie, dlaczego zaniechałem lektury dalszych części książki. Fabuła płytka, niczym brodzik, dla maluchów. Relacja między dwojgiem bohaterów, nie przypominała wielkiego romansu, uczucia, czy erotycznej, pełnej napięcia gry. Była to opowieść o perypetiach towarzyskich, wycięta z młodzieżowego czasopisma, którego tytułu pozwolę sobie nie wymienić. A sceny seksu, rodem z rubryki „mój pierwszy raz”. Płytkie dialogi, jeszcze bardziej spłycały fabułę. Obraz Any, przechadzającej się po pokoju, pełnym sukien i gustownej bielizny, utwierdził mnie w przekonaniu, że pisarka utknęła, gdzieś w dziewczęcych fantazjach o kilku zwierzętach. O jaguarze w garażu, norkach w szafie, ogierze w łóżku i ośle, który za to wszystko zapłaci. Śmieszy mnie również podjęcie wątku BDSM. Każdy, kto miał z tym styczność, ale prawdziwą styczność, a nie „starał się dodać pieprzyku w łóżku”, gołym, nie uzbrojonym w żaden przyrząd okiem zauważy, że twórcy filmu, mają takie samo rozeznanie w temacie, co autorka.

Żeby nie marudzić i wyciągać tylko „minusy”, na zakończenie napiszę, co uznałem, za interesujące, miłe dla oka lub po prostu ciekawe. Po pierwsze, muzyka, według mnie, najmocniejszy punkt filmu. Kolejna rzez kilka ujęć – zwłaszcza te na wodzie, bardzo ładne, mnie się podobały. I kilka szczegółów. Na przykład dalekowschodnie freski w biurze Christiana, ładnie pokazana siłownia w apartamencie (też chciałbym kiedy taką mieć) i w końcu czerwony pokój, gustownie zrobiony, bardziej elegancki, od większości tego typu obiektów w świecie realnym. Szkoda tylko, że na pokoju się skończyło, jeśli chodzi o TEN temat.

No cóż, dla mnie zarówno książka jak i film zasługują na oklaski za sukces marketingowy, ale nic poza tym. Wiadomo jednak, że każdy sam oceni.

Zainteresowanych prawdziwymi klasykami z tej dziedziny zapraszam na prv.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy możemy zdobyć czyjeś serce?

24 lut

Paląc papierosa, w całkiem miłej knajpce, patrzyłem na otaczające mnie pary. Pod oknem, para w średnim wieku. Farbowana brunetka, szczupła, której twarz zdradzała nadmiar wypalonych papierosów i dobrze ubrany facet, pewnie jakiś handlowiec. Obok, kilkoro nastolatków, dziewczyny wdzięczące się do chłopaków w śmiesznych czapeczkach. Nie m bardziej skomplikowanej gry, niż gra towarzyska. Żadna gra, nie jest tak ekscytująca, w żadnej, innej grze wygrana nie ma tak słodkiego smaku, a porażka nie daje o sobie zapomnieć, długo, po samym fakcie zaistnienia. Gdziekolwiek nie spojrzymy roi się ludzi, którzy są z kimś, byli z kimś, albo zamierzają być.

Niedawno były Walentynki. Święto zakochanych. Podobno najpopularniejszym podarunkiem były serca, w najróżniejszych postaciach. Łatwo dać komuś pudełko pomadek, ale czy tak łatwo sięgnąć po serce, to w środku?

Zawsze nurtowało mnie jedno zagadnienie. Co jest przejawem większych uczuć: bycie razem przez kilkadziesiąt lat, czy krótki, namiętny i płomienny romans. Obie formy bycia ze sobą mają dobre i złe strony. Obie mają zwolenników. Pytanie, kto ma rację.

Weźmy za przykład małżeństwo. Staż kilkudziesięcioletni. Typowy cebulowy rodak i typowa, cebulowa rodaczka. Mniej więcej dziesięć lat po ślubie seks i zmysłowość, o ile jakąś posiadali odstawili na półkę. Pozostało im wychowanie dwójki dzieci, remonty w mieszkaniu, odkładanie na wakacje nad morzem. Między czasie przeszli takie przygody jak krótkie pobyty w szpitalu, utrata pracy, kłopoty wychowawcze z dziećmi. Jednak cały czas byli razem. Dziś, kiedy kładą się wieczorem spać, jedno chrapie, drugie poprykuje przez sen. Jednak zawsze, w rozmowach określają siebie mianem „mój”, „moja”.

Kolejna para. Młodzi ludzie po dwudziestce. Przyjmijmy wariant studentów, mieszkających w akademiku. Poznają się na imprezie studenckiej. Coś iskrzy. Mija kilka dni, lądują w łóżku. Są mega kompatybilni. Nie wychodzą z łóżka. Ich ciała i zmysły wydają się nadawać na tych samych falach. W przypływie namiętności, przekraczają coraz więcej barier w sferze seksu, ale również w sferze uczuć. Taki stan trwa kilka miesięcy. Odkrywają, że mimo fantastycznego seksu i szczerego oddania, na dłuższą metę, nie potrafią być ze sobą. Kolejne kilka miesięcy i powoli, ich znajomość umiera śmiercią naturalną. Za kilka lat każde z nich wejdzie w poważny związek, jednak zawsze, każde z nich będzie pielęgnować tę cząstkę serca, którą kiedyś zdobyło.

To tylko dwa skrajne przykłady. Pomiędzy nimi jest całą masa innych. Typowe seks-układy, związki z rozsądku, związki-pomyłki, romantyczne relacje, etc etc.

Kiedy następuje moment, zdobycia serca, czyjegoś serca, kiedy nasze serce ktoś zdobywa? Po udanej nocy? Po wspólnym dramacie? Po narodzinach dziecka? A może w ogóle nie można zdobyć serca, bo to najbardziej egoistyczny organ (no, może poza dwoma innymi). A nasze związki, to tylko kwestia przyzwyczajenia i seksu?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Gruba blondynka cz. II

22 lut

Wierzę w znaki. Jako student ekonomii i finansów powinienem raczej wierzyć w mamonę i w to, co widzę na ekranie komputera, jednak, ja wierzę w znaki. Wierzę, że los, Siła Wyższa lub cokolwiek innego daje nam wskazówki.

Podobnie było teraz. Podobnie było wcześniej. Wraz z upływającym czasem, kiedy coraz głębiej wchodziłem w ten, nie do końca dobry świat, zawsze towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Że w pewnym momencie skręciłem w niewłaściwą drogę. Za każdym razem, kiedy rozmawiałem z prostytutką, kiedy szedłem pod dany adres, kiedy przeglądałem Stronę, Forum, cokolwiek. Zawsze czekałem na cud, na znak. Na coś, co da mi do zrozumienia, żebym odpuścił, żebym przestał. Kiedy dzwoniłem na numer ze Strony i nikt nie odbierał, w myślach liczyłem do pięciu. Kiedy doliczyłem, rozłączałem się, dziękując losowi, za ciszę w telefonie. Kiedy stałem na światłach, idąc na dymanie, często zastanawiałem się, co by było gdyby mnie potrącił samochód. Byłoby to nieszczęście, czy raczej dar od losu?

Tym razem było podobnie. To, że nie mogłem odnaleźć właściwej klatki i adresu, było dla  mnie znakiem. Znakiem, żeby odpuścić, dać spokój. Przez chwilę, chciałem to zrobić. Odejść. Każdy normalny człowiek odszedłby. Albo inaczej, każdy normalny człowiek nie wszedłby w ten świat. Problem ze mną by taki, że ja nie byłem normalny. Odkąd pamiętam, świat seksu, nagości, był dla mnie czymś upajającym. Ja zawsze chciałem więcej w tej materii. Nie interesowało mnie spotykanie się z jedną dziewczyną, chciałem spotykać się kilkoma. Nie interesowało mnie spanie z kilkoma, chciałem spać z wieloma. Zawsze chciałem więcej.

Wypity poprzedniej nocy alkohol, słońce i moje libido. To wszystko scementowało mnie w miejscu. Po prostu nie mogłem odejść. W kasynie, jeśli ktoś gra już od dłuższego czasu i przegrywa, w jego głowie pojawia się myśl: skoro tyle już postawiłem, muszę postawić jeszcze. Nie chodzi nawet o wygraną, chodzi o pewną zasadę konsekwencji. Podobnie było ze mną. Przeszedłem prawie cale miasto, a w każdym razie znaczną jego część, i co, i miałem odejść, tak po prostu? Nigdy!

Jeszcze raz zadzwoniłem.

- Widzisz rusztowanie? – Moja rozmówczyni cierpliwie tłumaczyła.

- Jestem przy nim, ale nie ma nigdzie numerów, pozdejmowali.

- Idź w stronę ulicy S. – Poszedłem, po przejściu pod lewe skrzydło bloku spojrzałem na otwierające się okno. Zobaczyłem okrągłą twarz blondynki. No oko miała dwadzieścia kilka lat. Z pewnością więcej niż dwadzieścia pięć. Uśmiechnięta, powiedziała, który przycisk mam wcisnąć. Klatka schodowa okazała się duża. Z zewnątrz nie wyglądało to tak okazale. Wszedłem na drugie piętro i zapukałem do drzwi obitych tanią boazerią. Wszędzie ciemno. Na klatce, w mieszkaniu, którego drzwi otworzyły się niemal natychmiast po moim pukaniu. Ciemność. Tak, dzień nie jest dla takich ja my.

Spojrzałem na dziewczynę, która już za chwilę miała rozkładać przede mną nogi. Bez żadnych uczuć, bez żadnych emocji. Moje pieniądze, za jej ciało. Chyba uczciwa wymiana. Blond włosy, opadały na dosyć masywne ramiona. Piersi, nie do końca duże, jak na jej dużą figurę. Szerokie biodra i duży brzuch. Grubaska o średnich cyckach. Może być, choć liczyłem na grubaskę o dużych, monstrualnych cycach. Rozebrałem się. Zostałem tylko w skarpetkach, wedle wskazań buraczanej mody. Duża blond diva, ściągnęła zwiewną sukienkę na ramiączkach. Czarną, pokrytą jakimś kwiatowym wzorem. Zobaczyłem ją nagą, w świetle słońca przenikającego przez żaluzję. Miała białą, delikatną skórę. Miła w dotyku, świeża, co w tym fachu wydaje się być niemożliwym. Podszedłem do niej, podotykałem jej łona, piersi. Ptak wyprostował się do lotu. Założyła mi gumę. Sama położyła się na czymś w rodzaju kozetki, leżanki, ale dosyć wysokiej. Położyła się i zadarła nogi do góry, odsłaniając delikatnie obrośniętą jasnymi włosami cipkę. Podszedłem do niej, delikatnie zgiąłem nogi w kolanach i w nią wszedłem. Przyjemnie ciepło otuliło mojego penisa. Jak to mawiają, w kobiecie liczy się wnętrze, musi być cieplutkie i wilgotne. Rytmiczne ruchy, w połączeniu z obserwacją jej ciała, doprowadziły mnie do szczytowania w zbiorniczek na końcu condomu. Dwa ostatnie pchnięcia i resztki wczorajszej imprezy, które skumulowały się w mojej spermie, zostały wydalone. Tylko tyle? Całe przedpołudnie chodzę, rozmyślam, kto wie, może nawet jestem autorem nowej filozofii, a tu pstryk i po wszystkim. Jeden spust i jestem „po”. „Trzy ruchy i wór suchy”, jak mawia Mati – najbardziej dwulicowy z moich znajomych. Cały ten seks, to być może jedna wielka lipa. – Tak czasem myślę. Tak, od pewnego czasu, zaczęło mnie prześladować pewne przeczucie. Pewna myśl, która niewiadomo skąd zakiełkowała w mojej głowie. Później, mimo, że nikt jej nie podlewał zaczęła rosnąć i wydawać plony. Plony, które objawiały się w nachodzących mnie myślach. Dlaczego? Po co to wszystko? Powtarzając za Orwelem: rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego. Wiedziałem, jak znalazłem się w tym popapranym światku, ale nie wiedziałem dlaczego. Jak? Bardzo prosto. Wchodzisz w coś. Dla frajdy, z ciekawości, bądź z jakiegokolwiek powodu. Zaczynasz coś robić. Robisz i nie zastanawiasz się nad niczym. Są nowe doznania, nowe przeżycia i poczucie odkrywania. Nie zadajesz pytań, wchodzisz w coś, jest dobrze. Pewnego dnia budzisz się i dostrzegasz, że masz życie, na które nie pisałeś się wcale, ale je masz i co dalej z nim? Ok, masz, co masz. Teraz pytanie dlaczego? Być może to przejaw pychy, ale uważam siebie za osobę, całkiem rozgarniętą. Mam sprawny umysł, kojarzę fakty i mam przyzwoitą intuicję. Mając tego rodzaju przymioty, nie mogłem zauważyć, że krzywa mojego życia w pewnym momencie skręciła i to niepokojąco skręciła. Dlaczego? Co takiego we mnie jest, że musiałem tak bardzo pobłądzić? Dobre pytanie, ale może zadane na wspak? Czego takiego we mnie nie ma, że szukam tego na zewnątrz. Tak, to była ta myśl, która od bliżej, nieokreślonego czasu, nie opuszczała mnie. Dlaczego popadłem w burdelowo? Chęć nowych doznań? Na początku, z pewnością, ale w zasadzie doznałem więcej, niż przeciętny człowiek przez szesnaście żyć. Może chodziło o chęć wsadzenia w jak największą ilość szparek? Na początku, może tak. Z resztą, nie chwaląc się, bez burdelowa, wsadziłem w więcej kobiet, niż moi znajomi, szybko dotarło do mnie, że jeśli dodam burdelowo, to ścigam się praktycznie sam ze sobą. Co to tu dużo gadać, tyko jedna osoba, mogła stanąć ze mną w szranki. Kubex. Człowiek lubiany i nienawidzony. Rozpuszczony bachor, który kiedyś mógł nosić miano mojego guru dupczenia, chociaż dziś, po latach, pewnie zostawiłem go daleko w tyle.

Wracając do tematu. Myśl, która mnie prześladowała, jak to ująć, przestrzegając zasad gramatyki i interpunkcji. Może najprościej. Burdelowo, to poszukiwanie. Poszukiwanie jakiejś brakującej części mnie. Chęć zapełnienia pewnej pustki, czymś. Czymś, czego szukałem na zewnątrz. Szkoda, że nikt mi nie powiedział, że to jest we mnie. Ale, wtedy nie było by tyle zabawy.

Poruchałem. Zjadłem obiad, w postaci kebabu i wróciłem na mieszkanie. Jeszcze nie zdążyłem przekroczyć progu, kiedy usłyszałem Miszę:

- Szykuj się okurwieńcu, wieczorem idziemy do P. nasi organizują balet.

- Co? – nie mogłem zrozumieć, dopiero, co skończyliśmy wczoraj i znowu?

Wieczór. Klub P. Mieszanka, szpanu, młodości i hormonów targających młodymi ludźmi. Dwa parkiety i barierki wokół, dla tych mniej rozgarniętych. Siedzę w loży, z pięcioma dziewczynami. Znam Gosię, Justynę i Kaśkę. Reszta to ich koleżanki. Zostałem ładnie przedstawiony. „To ON, uważajcie to kurwiarz, jakich mało”. Miód na moje uszy. Dziewczyny, oburzone, zerkające na mnie i coś szepczące sprawiały wrażenie prawdziwie oburzonych. Popijałem czysty Absolut i zastanawiałem się której wsadzić. Nie wiem dlaczego pomyślałem o Dagnie. Ta naturalna brunetka, miała w sobie coś tak cudownie nieuchwytnego, że miałem na jaj punkcie obsesję. I, żeby było ciekawiej, myślałem, że im więcej szparek będę miał na koncie, to lepiej mi pójdzie z NIĄ, jednocześnie, za każdym razem, kiedy oddawałem się rokoszom z kobietami, które nic dla mnie nie znaczyły, prześladowała mnie myśl, że zaprzedaję szansę, na to, że kiedykolwiek znajdę miłość, uczucie bliskości, szczęście i spokój, jakiego doznają tysiące par, tak zwanych, zwyczajnych par.

Podobno, możemy przyciągnąć swoimi myślami wszystko. Nie zdążyłem odstawić szklanki z wódką na stół. Kruczoczarne włosy i to coś, co jest nieuchwytne. Coś tak wspaniałego, coś tak rozdzierającego. Pragnę jej. Tak, to jedyna myśl. Pragnę JEJ. Wszystko przestaje istnieć. Dagna. Moja ukochana, moja jedyna, która mnie nie zauważa. Boże, jak jej pragnę. Kocham ją. Znika, gdzieś w tłoku, klubowego motłochu. Nie wiem, co mam robić. Patrzę na dziewczyny w loży, pójdę na całość, zaproponuję im loda i seks na świeżym powietrzu. A co mi tam. Ale nie. Przecież to mnie nie zbliży do NIEJ. A tylko jej pragnę. „Boże POMÓŻ, pomóż mi z Dagną. Daj szanse. Daj szanse nam na kontakt, na uczucie. Daj mi szanse, szanse, jako facetowi, żebym się sprawdził, jako mąż, jako ojciec. O kurwa, zagalopowałem się, ale nie..Nie zagalopowałem się. TAK. Tego chcę. Żony, dziecka, miłości. Jestem myślami cztery lata wstecz. Patrzę na swoich rodziców. Takich dziwnie bezbarwnych. Co oni osiągnęli? Średnie pozycje w firmach i syna, życiowego przegrańca. Ja będę inny – zawsze tak myślałem. Do teraz. Patrząc na Dagnę, chcę być, jak moi rodzice. Chcę byś nijaki, chcę tyko kobietę, którą kocham. I nic więcej. To wystarczy. Resztę, będę sam wypracowywał systematycznie i powoli. Niestety. Dagna znika w czeluściach klubu. Kolejne minuty mijają na wypiciu kolejnych „pięćdziesiątek” i rozmowach ze znajomymi. Myśli nie dają mi spokoju. Dosyć tego wszystkiego. Dosyć burdelowa. Pora zagrać za całą stawkę. Moje uczucie, przeciw całemu światu.

Pozbierałem myśli i postanowiłem ruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Przemierzałem klub, szukając mojej damy serca. Niestety, z każdym przebytym metrem, moje nadzieje opadały w głębinę oceanu nicości. JEST. Tak bardzo JEJ pragnąłem. Niestety, tańczyła, z jakimś przygłupem. Mnie pozostała pięćdziesiątka w towarzystwie Miszy. Wyznałem mu, oczywiście „po pijaku” kwestię moich uczuć i poszedłem szukać Dagny. Nie znalazłem JEJ. Wiedziony, jakimś niejasnym uczuciem, wyszedłem na zewnątrz. Tak bardzo jej pragnąłem. Kiedy przeszedłem kilkanaście metrów, dostrzegłem JĄ, Siedziała, z jakimś frajerem, który prawił JEJ komplementy.

Chciałem ruszyć, od razu. W głowie miałem artylerie komplementów i słów mających razem tworzyć wyznanie miłości. Nie zrobiłem tego. Dlaczego? Kilka lat później wciąż zadałem sobie to pytanie. Nie znałem odpowiedzi. Po prostu. Odpuściłem. Nie czułem się godny. Jej i tego świata, prostych uczuć i relacji. Na pocieszenie, został głos w mojej głowie: zrezygnuj, już wybrałeś drogę, poddaj się jej, nie walcz. Poddaj się, poddaj się.

Nie podszedłem do NIEJ. Starałem się to zapić, zaćpać, nie czuć straty. Jednak los mi mówił: po raz klejony sprzedałeś duszę. Dla ciebie nie ma ratunku. W końcu, ile razy można bezkarnie sprzedać duszę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Gruba blondynka cz. I

16 lut

     Byłem wtedy studentem, imprezowałem, dupczyłem, piłem, troszkę ćpałem, bla bla bla. Jeśli ktoś zadał sobie trud przeczytania kilku moich postów, to doskonale wie, że fabuła jest tak jakby podoba. Może wręcz nudna, ale takie jest, kurwa, życie. Zawsze pod powłoką imprezowego life stylu, gdzieś na samiutkim dnie duszy pozostałem romantykiem. Nieporadnym, chłopcem, marzącym o wielkim uczuciu. Uczuciu na dobre i na złe. Nigdy nie odkryłem, czy moje obsesyjne pragnienie Dagny, było gorącym, niczym wulkaniczna lawa uczuciem, czy raczej obsesją, schorzeniem, które chłodna ocena psychologii zakwalifikowałaby jako objaw psychpatologiczny ICD ileś tam.

     Ten epizod też zaczął się od balangi. Wóda, znajomi, jakieś lachony. Standardowy akademicki wieczór. Było świetnie, dobra zabawa, uśmiechnięci ludzie, nieco obskurne ściany akademickiego klubu, nadawały klimat. Było kilka dobrych godzin po północy, kiedy każdy poszedł spać, zmorzony ciężkim imprezowym etatem.

     Będąc jednym ze Szwagrów, a uważam, że na takie miano zasłużyłem, kontrolowałem na bieżąco Stronę i ogłoszenia. Zawsze, moją uwagę przykuwało jedno. Ogłaszała się jako „pulchna blondynka”. Nie jestem wielbicielem „aż tak” pulchnych kobiet. Faktem, jednak jest, że pewien odsetek grubasek jest pociągający. Jest, kilka procent kobiet z nadwagą, które mają śliczną twarz, nieziemskie cycki, bądź cokolwiek innego. Stawiam pół pensji, że każdy, kiedyś, czy to w pracy, czy to w szkole, spotkał taką dziewczynę. Dziewczynę, która, byłaby super dobra, gdyby, „nie ta monstrualna dupa”, gdyby, „nie te biodra, szerokości SUVa”, mnożyć można takie przykłady. Intrygowała mnie ta diva. Zdjęcia, tajemnicze, nic nie ukazujące, lakoniczne ogłoszenie. Kurwa. Muszę być w niej – pomyślałem.

Po przebudzeniu, jeszcze lekko podchmielony, pomyślałem właśnie o niej. Być może się powtarzam, ale seks na kacu, ma swój urok. A co do uroku, to jest on wiele większy, z płatną divą, niż z przysłowiową „normalną dziewczyną”. Przetarłem, zaspane oczy. Była końcówka kwietnia albo początek maja. Piękny czas. Dla studentów, nie ma piękniejszego czasu. Każdy, nawet najbardziej opieszały student zaliczył braki z sesji zimowej, a do letniej pozostają długie tygodnie. Świat wydawał się nie mieć szarych barw. Nie brałem prysznica, umyłem tylko zęby i jeszcze, nieco chwiejnym krokiem poszedłem na spacer. Słońce. Słońce, to rzecz magiczna. Nie dziwię się ludom pierwotnym, że wyznawali bóstwa solarne. Słońce, to nie tylko promyk, jasno i ciepło. Jest coś tak magicznego w słonecznej pogodzie, że nie da się tego uchwycić. Czasami, jedne promyk słońca, któremu uda się przebić przez chmury, potrafi dać nadzieję, tchnąć w nas optymizm i „zapewnić”, że będzie dobrze.

Tak było dziś. Krok za korkiem, szedłem w stronę dobrego humoru, ciepła, ludzi i dobrego samopoczucia. Nieco osłabiony, z troszkę bolącą głową, ale wciąż szukający. Szedłem bez celu, do głowy przyszła mi niewinna myśl, że przecież, jeszcze nie zadzwoniłem do divy, która sama siebie określała, jako „pulchną blondynkę”. To też była część rytuału. Usłyszeć głos. W dobie coraz doskonalszego obrazu, porzuciliśmy zmysł słuchu, tak jakby stracił na ważności. Tym czasem sto procent przyjemności, to działanie na wszystkie zmysły. Burdelowo, w pewnym sensie tak właśnie działało, na wszystkie zmysły. Wyobraźnia podpowiadała, co może mnie czekać za bramą tej krainy. Kiedy słyszałem głos divy w słuchawce, zamierałem. Starałem się uchwycić każdą, nawet najmniejszą zmianę uczuć w jej głosie. W pewnym momencie, nabrałem niebywałej wprawy w tym, jeśli mogę użyć tego zwrotu, rzemiośle. Głos zdradzał wiele. Ile czasu pracuje w branży, jaki ma charakter, czy warto zostawiać tam pieniądze.

Po kilku minutach rozmowy, miałem w głowie obraz „pulchnej blondynki”. Nie było w tym obrazie nic, co by mnie zadziwiło lub zaskoczyło. Mimo wszystko, jakaś niewidzialna siła kierowała mnie w kierunku głosu z słuchawki. Okazało się, że to mieszkanie jest położone dosyć daleko. Nie przeszkadzało mi to. Zatrzymując się w spożywczych sieciówkach, wzmacniałem organizm ananasowymi jogurtami i napojami izotonicznymi. Szedłem krok za krokiem, ulica za ulicą. Myśli, niczym magnetofon odtwarzały wydarzenia wczorajszej nocy. Było kilka ładnych dziewczyn. Przypomniałem sobie obraz Marty. Szczupłej dziewczyny, z włosami ufarbowanymi, w kolorze ciemnobrązowym. Była roześmiana, sympatyczna i zadziorna z charakteru. Zaraz, zaraz. Wspomnienie jej śmiechu, odpaliło alarmową lampkę w mojej głowie. Dlaczego? Siadam na ławce, w cieniu, pod kilkupiętrowym blokiem. Muszę odpocząć i pomyśleć. Chwila zastanowienia. No tak. Wszystko ułożyło się w logiczną całość. Kiedy wszyscy dotarli do momentu, gdy moc jest na wyczerpaniu i trzeba kończyć imprezę piłem piwo (ostatnie) z Martą. Śmiała się, było wesoło i wtedy uznałem, że będzie jeszcze weselej, gdy powiem jej: „masz bardzo sympatyczny uśmiech, chciałbym się na niego spuścić.” Kurwa. Ja to powiedziałem. Nie, nie powiedziałem. Sięgam po telefon. Dzwonię do Miszy. On, kręcił się w pobliżu, może coś powie na ten temat.

- Siema, jesteś gość! – Jego powitanie, brzmi niepokojąco. – Marta powiedziała Edycie, a Edyta dlaej. Wszyscy już wiedzą, że chcesz się jej spuścić na uśmiech. Na początku cię broniłem, że na pewno tak nie powiedziałeś, ale pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że w końcu to ty.

To tyle jeśli chodzi o naszą rozmowę. Tak więc powiedziałem TO. I co z tego. Wstałem z ławki i dalej ruszyłem przed siebie. Świat widziany z perspektywy kaca, jest inny, niż na trzeźwo. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale zawsze inny. Kolory, dźwięki, wszystko niby jest normalne, ale jakby inne. W cudownym otępieniu dotarłem na wiadomą ulicę. Miałem poszukać odpowiedni numer lokalu i zadzwonić. Wszystko poszłoby po mojej myśli gdyby nie mały drobiazg. Blok, w którym miało się znajdować burdelowo, okazał się mieszanką peerelowskiego bloku i kamienicy. Dziwny, budowlany twór, w kolorze żółtym. Pięciopiętrowy w kształcie litery C. Naliczyłem około sześciu klatek. Na domiar złego, ponad trzy czwarte budowli pokryte było rusztowaniami – trwały prace ociepleniowe. Podszedłem do najbliższej klatki. Żadnego spisu, żadnej numeracji, poszedłem do kolejnej, również nic. Zadzwoniłem do divy, prosząc o wskazówkę. Jej wskazówka okazała się na tyle niekonkretna, że obszedłem blok dwukrotnie i za nic  nie mogłem znaleźć odpowiedniej klatki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Na co komu Grey?

12 lut

W kinach pojawia się kolejna część „prowokującej, erotycznej, zrywającej tabu” książki. Już widzę ten kisiel w majtkach nastolatek, prawie dorosłych dwudziestokilkuletnich kobiet i mężatek, które czują, że coś, mężowie nie patrzą na nie tak łakomym okiem, jak dawniej.

Żeby nie było. Lubię i doceniam literaturę erotyczną. Klasyki tej literatury. Powiem więcej. Interesuje mnie literatura pornograficzna. Podana w odpowiedniej oprawie intelektualnej i fabularnej, może wiele nauczyć, skrzywić myślenie, albo otworzyć wrota, które już na zawsze pozostaną otwarte, bez względu na skutki. Klasyki pozostaną niezapomniane. A co nam zaserwowała autorka trylogii „najbardziej perwersyjnej książki dekady”? Wielkie nic. Powieść typu harlequin, której objętość napompowała w pierwszej części emailową korespondencją. Chcecie przepis na „skandaliczną powieść”. Służę. Kupcie za kilka złotych tanie romansidło w kiosku. Teraz dodajcie trochę klapsów, trochę scen ze skrępowanymi kończynami, no i jeszcze kilka rozterek życiowych i BĘC. Napisaliście powieść.  A przepraszam, zapomniałem, minimum jeden z bohaterów musi być bardzo bogaty. Domy na różnych kontynentach, jacht i samolot. To ważne, przecież orgazm pojawia się tylko u tych, co mają minimum milion dolarów na koncie. Ci mniej majętni również i w tej materii są ubożsi. Jeśli miałbym krótko zrecenzować modne ostatnio pozycje erotyczne, to moja recenzja byłaby krótka: książki pisane przez kobiety z syndromem niedopchnięcia, dla kobiet z syndromem niedopchnięcia.

Warto zadać sobie pytanie, dlaczego takie książki są popularne. Co takiego się dzieje w związkach (bo na pewno nie w książce), że kobiety sięgają po takie pozycje. Powiem wam. Każdy człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, nigdy tak naprawdę nie wyrasta z etapu bajek. Nawet na starość po cichu liczymy na happyend. A sfera uczuć i seksu, to sfera, gdzie przez całe życie jesteśmy dziećmi. To taki ostatni listek figowy, za którym skrywamy pewne tęsknoty, pragnienia i sny.  To, że kobiety lubią nową wersję Kopciuszka, świadczy o tym, że to faceci nieco pokpili sprawę. Stawiam, że z lenistwa.

Kilka lat temu spotkałem się ze znajomą, prawdziwą fanką Greya. W co trzecim zdaniu wzdychała, że wokół nie ma TAKICH FACETÓW. Sytuacja towarzysko-zawodowa spowodowała, że nasze spotkania odbywały się cyklicznie. Dosyć szybko odkryłem, że ta młoda żona i mama czuje się zaniedbana. Mąż daleko od domu pracował, na miejscu pozostało dwuletnie dziecko i szara rzeczywistość. Dla dwudziestoośmioletniej kobiety, to faktycznie nie jest ciekawy scenariusz i nie potrzeba konsultacji u prof. Lwa Starowicza. Kiedyś, przy drinku, stwierdziła, że nie jest pewna, czy ten związek ma przyszłość.

Wypadki tak się potoczyły, że kilka nocy spędziliśmy w łóżku. Przestała wzdychać o Greyu. Żeby nie było, nie uważam siebie, za Greya, ani za któregokolwiek książkowego, czy też filmowego amanta. Po prostu, znalazłem się w odpowiedniej chwili, w odpowiednim miejscu. Uważam, że uratowałem ten związek. Obecnie mają drugie dziecko i według relacji wspólnych znajomych są szczęśliwi.

         Na koniec dobre słowo. Panowie, rozejrzyjcie się dookoła. Jeśli któraś z kobiet w waszym otoczeniu podoba się wam i do tej pory nic nie działaliście w temacie, to podejdźcie, powiedzcie, że ma ładną sukienkę i jakoś dalej pójdzie. Drogie panie, wiedzcie, że my faceci jesteśmy ograniczeni i trzeba nam łopatologicznie uzmysłowić, że mamy rozpocząć towarzyskie manewry. Przecież dobrze wiecie, że to WY tak naprawdę inicjujcie kontakt i rozgrywacie karty w tej pięknej towarzyskiej grze. Dajcie szanse i może wtedy, wspólnie powiemy: na co nam Grey? Mamy siebie.

Udanych Walentynek dla wszystkich.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Trawiące myśli

 

Double BDSM cz. 2

09 lut

Minął prawie rok. Anka gdzieś rozpłynęła się w otaczającej rzeczywistości. Straciłem ją z oczu. Wszystko toczyło się dalej. Miesiące mijały nieubłaganie. Dotarło do mnie, że jednak świetlana kariera brokera, jednak mi umknęła. Przygniotło mnie nic nie robienie. I już tego nie potrafiłem unieść. Moje marzenia, zamieniłem tylko na plany, plany ukończenia studiów. Nic więcej. Moje założenia nie wychodziły poza najbliższe tygodnie. Ostatnie seminaria na wydziale. Popatrzyłem na nią. Tak, jednak to ona. Co robi na wydziale? Czyli się nie obroniła w terminie – pomyślałem. I w dziwny sposób, myśl ta sprawiła mi przyjemność. Dobrze jej tak. Mimo, że nasze znajomość zakończyła się neutralnie, to z przyczyn niewiadomych, udawaliśmy, że się nie znamy. W ostatnich miesiącach, na uczelni, wciąż miałem dużo pracy. Upominały się zaległości z poprzednich semestrów. Kiedy po raz któryś z kolei błąkałem się po wydziale, znów ujrzałem Ankę. Zastanawiałem się, u kogo się broni i co takiego się stało, że się nie obroniła w terminie, raczej była sumienną studentką. Dumnym krokiem przemierzyła korytarz i podeszła do portierni. Nie wiedziałem, co się dzieje. Po niecałej minucie odeszła, w ręku trzymała klucz. To było poza scenariuszem, jaki kreśliłem. Doktorantka. Nigdy nie byłem zawistnikiem. Nie zazdrościłem, nie złorzeczyłem, gdy byłem świadkiem czyjegoś sukcesu. Nie wiem, co mnie opętało. Poczułem złość, na wydział, na Ankę, na wszystkich, tylko nie na siebie. Byłem zły, że się jej udało że, prawdopodobnie jest szczęśliwa. Musiałem się przewietrzyć. Wyszedłem przed wydział i zapaliłem papierosa. Spokojnie paląc papierosa starałem koić nerwy. Mózg sam zaczął pracować na innych obrotach. To realne doświadczenie, empirycznie doświadczyłem, jak umysł wypracował strategie radzenia sobie ze stresem. Myślę o Stronie, to myślenie całkowicie mnie pochłania. Anka zeszła na dalszy plan, albo w ogóle zeszła ze sceny.

Nie minęło czterdzieści minut, a już byłem na mieszkaniówce, nowej. Ciche mieszkanko w bloku typu bliźniak. Drzwi otwarła kobieta, brunetka. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Szczupła, ubrana w getry i cienką bluzeczkę. Chwila rozmowy, co, za ile. Wcześniej, ustaliłem tylko adres. Powiedziała mi, że jeśli dołożę, to może dołączyć koleżanka. Z drugiego pokoju wyszła druga kobieta. Kasztanowe włosy i spojrzenie zdradzające ironiczne i raczej pogodne podejście do życia. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się nieco za ciasna, a może taka miała być. Duże piersi, niemal z niej wyskakiwały. Basia i Aneta, tak się przedstawiły. Pojawił się problem, bo akurat nie miałem tyle pieniędzy. Wyskoczyłem ze wszystkiego, co miałem w portfelu. Finalnie usłyszałem, że za taką kwotę Aneta może asystować. Cokolwiek to znaczy. Poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem owinięty ręcznikiem, Aneta poszła do łazienki, ja zostałem z Basią. Krótka rozmowa o świątecznych potrawach i nadchodzących, letnich miesiącach, kiedy wróciła Aneta, odświeżyć poszła się Basia.

- Połóż się, wymasuję cię. – Aneta, jak większość kobiet o szerokich biodrach była pogodna. Położyłem się posłusznie na brzuchu. Zaczęła przyjemnie gładzić mnie po plecach, od czasu do czasu ugniatając obręcz barkową. Nie nazwałbym tego masażem, ale było przyjemnie. Po kilku minutach przyjemnego niby masażątka usiadła na mnie i zaczęła ugniatać kark. Wróciła Basia.

- No, odwróć się, zaczynamy działać. Uśmiechnąłem się z głupkowatym „ok” na ustach.

Leżałem na plecach. Większa z div masowała mi tors, szczuplejsza, zaczęła od masaż ud i robiła go naprawdę umiejętnie. Kiedy przeszła w okolice krocza, błogie uczucie zaczęło mnie owijać, niczym magiczny szal. Chuj z Anką, chuj z tym wszystkim. Liczą się tylko doznania. Resztki logicznych myśli ulatywały. Kasztanowe włosy Anety przyjemnie drażniły moje ciało, jej język zakreślał ósemki wokół moich sutków. Kolejna para rąk bardzo wprawnie zajmowała się fiutem i jajami. Błogość i przyjemnie rozleniwienie, zdawały się opanować cały pokój. Mógłbym tak przeleżeć dziesięć lat. Przyjemność ustała. Aneta, odeszła ode mnie i wyszła z pokoju. Popatrzyłem zdziwiony, mojemu zdziwieniu odpowiedziała Baśka: – Aneta tylko asystowała, to było w kwocie.  – Nic nie odpowiedziałem, znałem zasady. I w kwestii pieniędzy, nie było odstępstw.

- No, jesteś gotowy. Zakładamy i jazda! –  Niczym za sprawą magicznej sztuczki, w ręku mojej rozmówczyni pojawił się condom w opakowaniu, które bardzo wprawnie zdjęła. Rozwinęła kalosza, na moim wyprężonym wyżle i dosiadła mnie niczym mityczna amazonka. Zaczęła mnie ujeżdżać. Mocno, sprężyście. Minęło kilka minut. Uniosłem się na łokciach, bo chciałem zasugerować zmianę pozycji. Położyła lewą rękę na mnie i przytrzymała. Przesunęła ręką po mojej klatce i złapała mnie za sutek. Mocno ścisnęła i przekręciła. Ssss – syknąłem z bólu.

- No, co? – Spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem i kpiącym spojrzeniem. – Ja lubię sado-maso. Druga ręka powędrowała do moich jaj. Uścisk był bolesny, o dziwo pobudzający. Kiedy jeszcze minimalnie zwiększyła uścisk, nie wytrzymałem.

- Aaaał. – Ta krótka fraza miała jej uzmysłowić, że tyle wystarczy. Uścisk powoli zelżał, a diva zaczęła na mnie jeszcze bardziej skakać. Ujżdzała mnie i ujeżdżała, co jakiś czas serwując dawkę niespodziewanego bólu. Jaja, sutki, tors, włosy. Nie wiedziałem, kiedy poczuję jej ostre paluszki. Kiedy się spuściłem, oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. Nasze spojrzenia mówiły: „kawał dobrej roboty”.

Ubrałem się i wyszedłem na przedpokój. Stała tam Aneta.

- Już, po wszystkim? – Zapytała z uśmiechem.

- Taak. – Odpowiedziałem zmęczonym głosem. Zachichotała.

Dołączyła do nas Baśka. Po obfitym spuszczeniu, odezwała się we mnie łajza. Streściłem im historię nieszczęsnego uczucia do Anki. Dziwne, że nie dostrzegłem wtedy, jaki jestem żałosny. Na pożegnanie usłyszałem:

- Jesteś fajny facet, na pewno sobie kogoś znajdziesz. – Słyszałem to wielokrotnie, mimo wszystko, czułem się wybrakowany.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Burdelowo

 

Double BDSM

01 lut

Jak to się stało. Złamałem dane sobie słowo. Kiedy jechałem na Wielkanocne Święta do domu, obiecałem sobie, że z tym koniec. Koniec z moją przygodą. Koniec z pewnym zachowaniem. Jeszcze kilka dni temu. Nieco ponad tydzień. Uznałem, po raz kolejny, że na chwilę obecną wystarczy mi doznań. Że trzeba uporządkować pewne sprawy. Wrócić do systematycznej nauki. Śledzić wytyczne KNF. Kto wie, może kariera w dużych, brokerskich firmach jeszcze nie przepadała. Kto wie. Chcę się zmienić. Muszę się zmienić. A teraz? Idę szarym miastem. Moje ręce dotykają spodni, sztruks zdaje się parzyć moje opuszki. Mijani ludzie, przybierają dziwne rozmazane kształty. Co się stało? A może, jak to się stało? Wracam od dziwki. Starając ominąć wyszczerbione, chodnikowe płytki, powoli rekonstruuję wydarzenia.

Wszystko zaczęło się od Ani. Rok wcześniej. A może jeszcze wcześnej. Ania spowodowała moje uczucia. Na skutek uczuć, podjąłem działanie. Działanie przyniosło nowe uczucia, a owe uczucia nowe działanie. Łańcuch zdarzeń. Ankę znałem z widzenia od pierwszego roku. Nie wiem, czy właściwym stwierdzeniem było, że wpadła mi w oko, ale coś jednak przykuło moją uwagę. Blondynka, duże cycki, w porównaniu, z którymi jej tyłek wydawał się nieco mały. Figura, jakby troszkę zwalista. Z pewnością, nie była podręcznikowym przykładem atrakcyjnej dziewczyny. Jednak, pod jej okularami, kryły się niebieskie oczy, intrygująca, sympatyczna twarz. Zawsze mnie intrygowała. A poznałem ją dopiero na czwartym roku. A raczej na powtórce czwartego roku, ponieważ pojawiło się tyle do zrobienia, że uczelnia spadła na ostatnią pozycje, za co mi odpłacono, nie dopuszczając do dwóch egzaminów. Wiosna, początek sezonu randkowego. Ta wiosna miała być inna, miała dać początek czemuś innemu, lepszemu. Kiedy zobaczyłem Ankę w tramwaju, podszedłem, uśmiechnąłem się, i tak oboje wysiedliśmy jako nowi znajomi. Tydzień później zaprosiłem ją na pierwszą randkę. Odblokowała we mnie pewien obszar, obszar, który burdelowo, z całym swoim kolorytem doznań przykryło i nie dopuściło na światło dzienne. Sprawiała wrażenie idealnej kandydatki na żonę. Patrząc na nią, miałem jeden scenariusz – ślub. Nie było to uczucie takie samo, jak w przypadku Dagny. Tam ślub, wydawał się częścią wielkiej, romantycznej przygody. Tu było inaczej. Po prostu, spotkałem matkę moich dzieci. Przez ostatnie lata, kraina doznań seksualnych, nie miała przede mną tajemnic. Seks oralny, seks analny, spuszczenie w usta, połykająca dziewczyna, między cycki, rimming, robótki ręczne, niemal każda pozycja. Dymałem młode, stare, grube, chude, ładne, brzydkie. Rżnąłem w mieszkaniu, w kiblu w pubie, w zagajniku na nowo budowanym osiedlu, w samochodzie, na klatce schodowej, w windzie. Do kolekcji brakowało mi pociągu.  Przesadą byłby napisać, że zrobiłem wszystko, co możliwe na tej płaszczyźnie, ale z pewnością robiłem dużo. Z Anką, było inaczej. Kiedy byłem przy niej, z nią. Nie miałem żadnych pokręconych scenariuszy w głowie. Nie chciałem próbować żadnych nowinek. Z nią mogło być normalnie, klasycznie. Tak po prostu. Wprost niewyobrażalną frajdą było dla mnie chodzenie na randki, wizyty z winem. Po prostu spotykaliśmy się ze sobą. Było dobrze. Tak bardzo zapętliłem się w moich pozalekcyjnych zajęciach, że zapomniałem, jak wiele radości może przynieść normalne życie. Jest tylko jedno ale. Prędzej, czy później, żądza zawsze zwycięży. Podstawowe prawo burdelowa, związków, w ogóle wszechświata. Byliśmy umówieni na siedemnastą u niej. Kolacja ze znajomymi. Butelka wina na szafce czekała aby trafić do mojej torby. Kończyłem toaletę i jednocześnie, rzucałem okiem na odtwarzane filmiki w moim laptopie. Sam nie wiem kiedy, ale włączył się trailer filmu. Kilka sekund. Prawie hipnotyczny głos mówił: „poddaj się, poddaj się, poddaj się”. Byłem sam w mieszkaniu, zrobiło się dziwnie. Mimo pełnej świadomości, że to tekst z filmu, że właśnie leci trailer. Odniosłem wrażenie, że te słowa są kierowane do mnie. I nie pochodzą od aktora wygłaszającego kwestię filmową. W jakiś przedziwny sposób, ktoś lub coś mówiło mi, że to nie ma szans. Żebym przestał się okłamywać, że dawno temu wybrałem drogę i jeśli zechcę z niej kiedyś zejść, to sama się o mnie upomni. To prawda. Myślałem o tym wcześniej, czy los nie kpi ze mnie, przecież, to nie moja bajka. To prawda, mimo, że się spotykaliśmy, nie przestałem posuwać n boku. Nie przestałem, bo nie padły żadne wiążące deklaracje. Mocne postanowienie poprawy, a co za tym idzie poprawa, miały dopiero nastąpić. Balsam po goleniu, wyprasowana koszula, i gotowy do drogi. W myślach wykrzyczałem (chyba do losu) „i co, idę na randkę, nie spieprzę tego i nie poddam się”.

Po dwóch tygodniach, przestaliśmy się widywać. Ne była to moja wina, po prostu nie wyszło.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Burdelowo, Ja i one

 

Co nas kręci, porozmawiajmy o fetyszach

30 sty

Fetysz. Oznaka czegoś fe, parafilia seksualna. Zawsze się zastanawiałem, czy faktycznie tak zwana większość normalnych ludzi faktycznie jest normalna. Jeśli przyjrzymy się temu z bliska, okaże się, że każdy ma w sobie ułamek fetysza.

Zacznijmy od tego, że każdy facet ma fiksacje. W skrócie można ją nazwać „cycki-dupa”. Być może paru zakłamanych zakichańców oburzy się i stwierdzi: co? Jak to? Ja nie jestem takim prymitywem. No gdzieżby:) Pamiętam audycję w radiu, gdzie redaktor katolickiego pisma nadymając się stwierdził: kobiece piersi są przede wszystkim dla dziecka! Kochanieńki, żeby te piersi mogły być dla dziecka, to najpierw ktoś musi to dziecko zrobić. I niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale cycki w łowieniu przyszłego tatusia odgrywają dużą rolę. Mój przyjaciel, Misza, zawsze, po wypiciu kilku kieliszków oznajmiał: „jestem cyckomaniakiem”. Po takim wyznaniu następowało szczegółowe opisywanie, jakie są cycki idealne. Odpowiednio układając dłoń, Misza wyjaśniał jaki rozmiar powinna mieć kobieca pierś i jak powinna układać się w dłoni. Przyjmując owocową kwalifikację, chodziło mu o jabłka:)

Zostańmy jeszcze chwilę, przy kościelnych fetyszach. Moja koleżanka, o której pisałem wcześniej, zawsze z dumą podkreślała, że kobieta, powinna chodzić, jak kobieta. Miała na myśli spódnice i sukienki. Jak wyznała, kiedyś przy kawie, znajomy ksiądz powiedział powiedział jej kiedyś, że na tak ubrane (czyt. w sukienkę) kobiety, które są prawdziwymi kobietami, uwagę zwracają prawdziwi faceci, których, wiadomo kręcą tylko prawdziwe kobiety. Coś, jak sadzę z gatunku: prawdziwi ludzie, z prawdziwymi ludźmi. I co? Takie zafiksowanie na punkcie danego stroju, to co, jeśli nie fetysz. Ocenę wypada zostawić czytelnikom,.

Co do kobiecego stroju, to z pewnością elementem zasługującym na kilka słów jest bielizna. Oj, to prawdziwy raj, dla wszelkich fetoli. Ja osobiście przepadam, za gustowną, seksowną bielizną. Czarna, czerwona, granatowa, ciemnozielona. Taak. Jeśli dodamy do tego koronkę i odpowiedni krój, to krew sama spływa w odpowiednie miejsce. Kilka lat temu szedłem ze znajomym pasażem handlowym. Minęliśmy wystawę sklepu sprzedającego taki asortyment. – Jak będę miał dziewczynę, tak na dłużej i na serio,to będę tu zostawiał połowę wypłaty. – Zdanie, które wtedy usłyszałem, zapadło mi długo w pamięci.

Uważam, że każdy osobnik na tej planecie, kobieta, czy mężczyzna ma swoje fiksacje, małe i duże. Może chodzić o wzrost, tuszę, głos, cycki, dupę, fryzurę, cokolwiek. Ważne aby do takiej fiksacji podejść na luzie, ze śmiechem.

Kiedy poznałem Marabelkę, miała dosyć dużo walorów. Uroda Indianki, latynoski tyłeczek i kształtne cycki. Dopiero po czasie odkryłem u niej jeszcze jeden wabik…..stopy. Fetysz stóp, przez społeczeństwo uważany, za odchylenie od normy, mnie zawsze bardziej śmieszył, niż napawał odrazą. A jednak, kiedy zauważyłem, te hobbicie stópki, ze prawdziwym rozbawieniem uznałem, że mnie kręcą. Małe hobbicie stópki, idealne do masażu (aktywnego i pasywnego) i do..a zresztą, ami zobaczcie:)

V__6B6D

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trawiące myśli